fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nadprodukcja kiepskich humanistów

Marek Łagosz
Archiwum własne
Uczelnie zabrnęły w ślepą uliczkę błędnej polityki ratowania humanistyki poprzez chwyty marketingowe. Zwiększają one co prawda na jakiś czas liczbę studiujących, lecz przy okazji kompromitują tradycyjne kierunki. Bo czyż nie jest kompromitacją dla filozofii kierunek doradztwo filozoficzne i coaching? – pyta Marek Łagosz, filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego
Po transformacji ustrojowej z 1989 roku edukacja wyższa nabrała dużego rozmachu. Szybki wzrost liczby osób z wykształceniem wyższym jest skutkiem – by użyć metafory agrarnej – zastosowania na dużą skalę zarówno ekstensywnych, jak i intensywnych metod zagospodarowywania umysłów w Polsce. Ekstensywne metody gospodarowania na polu szkolnictwa wyższego polegają na systematycznym powiększaniu jego areału. Powstały nie tylko nowe wyższe uczelnie państwowe – na przykład uniwersytety (zresztą na ogół na bazie już wcześniej istniejących uczelni, jak wyższe szkoły pedagogiczne czy inżynieryjne) – lecz także jak grzyby po deszczu wyrosły rozmaite wyższe szkoły prywatne. Na istniejących wcześniej uczelniach z rozmachem zaczęły też działać studia w trybie zaocznym. Zmiany ustrojowe uwolniły rynek edukacyjny. Wielu co bardziej rzutkich wykładowców i animatorów wyższej edukacji poczuło, że na sprzedaży dyplomów licencjackich i magisterskich można całkiem nieźle zarobić.
Od razu zastrzegę, iż rozumiem, że motywacje wielu twórców szkół wyższych mogły być (i w wielu wypadkach zapewne były) szlachetniejsze niż zwykła chęć zysku – wszak krzewienie nauk i edukacja na każdym poziomie jest sprawą słuszną i godną pochwały. Niezależnie jednak od motywacji poszczególnych organizatorów zadziałał nowy system „wyższego szkolenia", a ten nie ulega sentymentom, lecz liczy pieniądze. Wspomniana wyżej „sprzedaż" dyplomów też mogłaby być traktowana nie dosłownie, lecz metaforycznie – nie za dyplom bowiem płaci adept wyższej uczelni prywatnej czy publicznych studiów zaocznych, lecz za edukację, która uzyskanie dyplomu mu umożliwia.
Mnożenie uczelnianych bytów
Koniec końców jednak skutek przejścia szkolnictwa wyższego na rachunek ekonomiczny jest taki, że uczelnie potrzebują „dusz" (dotyczy to także uczelni państwowych, które otrzymują pieniądze z ministerstwa w zależności od liczby studentów), a więc przy naborze nie zniechęcają kandydatów zbyt wysokimi limitami punktowymi ani zbyt dużymi wymaganiami, jeśli chodzi  o ukończenie studiów i zdobycie dyplomu. Takie powierzchowne szkolnictwo wyższe coraz częściej uczy młodych ludzi sprytu i udawania, zamiast dostarczać wiedzy, rozwijać umiejętności, otwierać na poszukiwanie prawdy oraz kształtować duchowość.
To, że prywatne uczelnie kierują się przede wszystkim przesłankami ekonomicznymi widać po tym, jakie kierunki oferują najczęściej swoim studentom: marketing, zarządzanie, pedagogikę, psychologię, socjologię, politologię, filologię, ekonomię czy prawo. Działa tu zasada maksymalizacji zysku: jak największa wartość dodana przy jak najmniejszych nakładach kapitałowych. Bo czegóż trzeba, aby wyszkolić studenta takich kierunków? Sali, sanitariatu, minimalnego poboru energii elektrycznej lub cieplnej, no i zagonionego pomiędzy różnymi uczelniami profesora, który – bez specjalnego „poczucia misji" – chce sobie najzwyczajniej w świecie dorobić. „
Produkując" w takich warunkach magistrów-humanistów degraduje się humanistykę, gdyż produktem ubocznym jest na ogół bylejakość wykształcenia, która urąga tym szacownym dyscyplinom wiedzy o człowieku.
Aby przyciągnąć kandydatów na studia, zarówno na uczelniach publicznych, jak i prywatnych mnoży się kierunki i specjalności. W znakomitej większości przypadków nosi to – z merytorycznego punktu widzenia, bo perspektywa marketingowa jest inna – znamiona „mnożenia bytów ponad konieczność". O ile można się zastanawiać, czy europeistyka oraz stosunki międzynarodowe powinny być specjalnościami w ramach politologii czy osobnymi kierunkami, to już wyodrębnianie obok socjologii takich kierunków (kierunków, podkreślmy, a nie specjalności), jak: praca socjalna, socjologia grup dyspozycyjnych czy socjologia techniki i ekologii, jest rozdrabnianiem trudnym do merytorycznego uzasadnienia.
Niektóre nowe „modniejsze" kierunki zaczynają też wypierać tradycyjne. I tak na przykład dla wielu laików hybrydowa kognitywistyka już zaczyna w funkcjonować  jako synonim filozofii. Nie mówiąc już o  próbach (o ile wiem do tej pory w Polsce funkcjonują jedynie studia podyplomowe) wprowadzania tak dziwnych kierunków jak studia gender, które „udają", że naukowo mają coś więcej do powiedzenia niż socjologia, etnologia czy antropologia kulturowa.
W ślepej uliczce
Przyciąganie „za wszelką cenę" studentów na kierunki humanistyczne jest nieporozumieniem. Byt fundamentalnych dziedzin nauki i odpowiadających im kierunków studiów (w tym także filozofii) nie powinien zależeć od liczby chętnych do ich studiowania. Uczelnie zabrnęły w ślepą uliczkę zupełnie błędnej polityki ratowania humanistyki poprzez chwyty marketingowe. Zwiększają one co prawda na jakiś czas liczbę studiujących, lecz przy okazji kompromitują tradycyjne kierunki (bo czyż nie jest kompromitacją dla filozofii kierunek doradztwo filozoficzne i coaching) oraz drastycznie obniżają jakość kształcenia. Nie mówiąc już o oszustwie wobec kuszonych „atrakcyjnymi" kierunkami młodych ludzi.
Powszechność edukacji wyższej nie polega na tym, aby rozdać dyplomy, jak największej liczbie osób, lecz na tym, aby stworzyć sprawiedliwy (względnie równy) dostęp do kształcenia na tym poziomie dla tych, którzy  chcą i – co najważniejsze – potrafią podołać trudom studiowania. Szkolnictwo wyższe, obejmując swoimi strukturami na pięć czy dziewięć lat dużą liczbę młodzieży, tylko pozornie ogranicza bezrobocie, gdyż po upływie tego czasu liczni absolwenci (a także ci, którzy nie ukończyli studiów sukcesem) i tak stają w końcu przed spotęgowanym problemem znalezienia pracy. Trudno też przyjąć, że upowszechnienie się studiów wyższych jest najlepszym sposobem na ukulturalnienie społeczeństwa, gdyż misję tę z powodzeniem mogłoby spełniać średnie szkolnictwo zawodowe na wysokim poziomie. Mogłoby, lecz nie spełnia, ponieważ zostało drastycznie zredukowane – tak jakby w tym kraju nie było zapotrzebowania na rodzime produkty i usługi.
„Rakietówka" dla licencjusza
Intensywny wymiar gospodarowania edukacją wyższą w Polsce pokazuje z kolei, że za mizerię znacznej części nowej inteligencji odpowiada nie tylko (i nie w każdym wypadku) nauczanie prywatne. Pierwszym błędem uczelni publicznych było wprowadzenia – zamiast jednolitych studiów magisterskich – studiów dwustopniowych. Pomijając już kwestię celowości zakończenia kształcenia na poziomie licencjatu (wykształcenie „półwyższe"), należy zwrócić uwagę na zjawisko „mieszania kierunków" przy przechodzeniu ze studiów pierwszego stopnia na drugiego.
Jakim na przykład magistrem filozofii będzie ktoś, kto przez trzy lata studiował, powiedzmy filologię polską czy kulturoznawstwo, a tylko dwa lata – przedmioty filozoficzne? Tak właśnie jest na specjalizacji filozofia-komunikacja społeczna, gdzie w ciągu dwóch lat przyspieszonego kursu filozofii, takiej „rakietówki" dla licencjuszy, kształci się  „filozofów", którzy – umieją się chyba „komunikować społecznie". Trudno sobie wyobrazić, by ktoś w takim trybie mógł zostać magistrem fizyki, matematyki czy lekarzem.
Uczelnie państwowe, próbując zintensyfikować kształcenie absolwentów, popełniły dalszy błąd, jakim było uruchomienie studiów trzeciego stopnia, tzw. doktoranckich, z wysokimi limitami przyjęć. Dla przykładu na samym tylko Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego limit ten wynosi obecnie 45 osób (w tym 25 miejsc stypendialnych) i niemalże tyleż właśnie osób rozpoczyna rokrocznie studia doktoranckie. Oczywiście wielu z nich nie udaje się uzyskać stopnia doktora, ale tych, którzy go uzyskują i tak jest za dużo. Dawniej pisanie doktoratu wiązało się z reguły z pracą na uczelni. Jego przygotowywaniem zajmowali się zwykle ludzie, którzy wybrali zawód naukowca. Być doktorem oznaczało być uczonym.
Otwarcie szerokiego dostępu do możliwości uzyskania stopnia doktora sprawiło, że już dawno przestał on być synonimem uczonego. Stał się on na przykład elementem marketingowym, mającym niektórym pomóc przebić się na rynku pracy; innym zaś – umożliwić osiągnięcie jakiejś innej pozanaukowej satysfakcji: przeczekać czas bezrobocia, przedłużyć sobie młodość, dodać „intelektualnego sznytu".
Nie idzie o to, aby bezwzględnie blokować możliwość uzyskania stopnia doktora ludziom spoza uczelni (poza uczelniami także potrzebni są uczeni) , lecz o to, aby byli to pasjonaci zdeterminowani do naukowego poznawania świata, pogłębiania swojej wiedzy, stosowania jej w praktyce i  przekazywania jej innym. Coraz częściej jednak doktorami (szczególnie w zakresie nauk humanistycznych) zostają osoby przypadkowe, tak naprawdę bardzo mało zdolne w dziedzinach, na które się porywają. Nad zjawiskiem tym tracą kontrolę sami opiekunowie naukowi i promotorzy. Skoro bowiem dopuszcza się do studiowania tak wielu przeciętniaków i skoro wielu z nich upiera się – z takich czy innych względów – aby doktorat „wypocić", to w końcu  gremia oceniające doktoraty, chcąc nie chcąc, obniżają kryteria dopuszczenia do obrony doktorskiej i pomyślnego jej zakończenia.
Sprytni górą
Nie bez znaczenia jest tu zapewne aspekt finansowy – „za doktorantem idą" dość duże pieniądze. Takiej nieodpowiedzialnej polityce sprzyja też – zupełnie niepotrzebny – wymóg awansowy wypromowania doktora przez ubiegających się o tytuł profesorski. Nie rozumiem, dlaczego awans profesorski ma być uzależniony od – przypadkowego skądinąd  faktu – spotkania przez samodzielnego pracownika naukowego człowieka zdolnego i będącego zdeterminowanym do podjęcia trudu pisania pracy doktorskiej
Studia doktoranckie o masowym charakterze poskutkowały dokładnie tym samym w stosunku do stopnia – niegdyś z pewnością naukowego – doktora, czym nadprodukcja magistrów w stosunku do stopnia magistra – jego postępującą degradacją i deprecjacją. W rozmaitych działach gospodarki i kultury jest niewątpliwie określone zapotrzebowanie na pracowników z wyższymi kwalifikacjami niż magisterskie. Trudno mi ocenić, jak to jest w przypadku absolwentów kierunków matematyczno-przyrodniczych, ale  podaż humanistów jest zdecydowanie za duża. Pokazują to problemy, jakie ze znalezieniem pracy ma wielu doktorów humanistyki. Mamy tu typowy kryzys nadprodukcji, który powoduje wykluczenie finansowe, a co za tym idzie – społeczne, „ludzi wiedzy". Zwiększona podaż zwiększa konkurencję, a tym samym obniża koszty pracy w szeroko pojętym sektorze nauczania i kultury. I tak wielu świeżo upieczonych intelektualistów błąka się po rozmaitych placówkach kulturalno-oświatowych, poszukując różnych dorywczych i niskopłatnych zajęć. W tym kontekście warto przypomnieć słowa klasyka ekonomii Adama Smitha, który już z górą dwieście lat temu w Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów pisał o „owej nieszczęsnej klasie ludzi zwanych pospolicie uczonymi", którzy „wykształcili się [...] na ogół na koszt publiczny, a liczba ich jest tak wielka, że sprowadza zwykle cenę ich pracy do bardzo nędznego wynagrodzenia". Liczba wnikliwych, wartościowych i twórczych doktoratów zapewne nie zmniejszyła się od czasów umasowienia stopnia doktora. Masowość zjawiska sprawia jednak, że ci rzeczywiście najlepsi, mają o wiele mniejsze szanse na znalezienie odpowiedniej pracy, gdyż liczni i nierzadko gorsi od nich  konkurencji mają często więcej życiowego sprytu i siły przebicia.
Habilitacja na cito
Ale to nie koniec. Za dewaluacją stopnia doktora idzie coraz bardziej postępująca dewaluacja stopnia doktora habilitowanego. Presja wywierana na adiunktów, aby jak najszybciej, w trybie cito, przygotowywali swoje rozprawy habilitacyjne, też skutkuje obniżeniem ich jakości. Pisanie habilitacji jako „przełomowej" pracy  w karierze naukowca wymaga czasu. Szczególnie w humanistyce, gdzie odkrycie naukowe nie polega na rozwiązaniu ściśle określonego problemu, jak np. podanie dowodu jakiegoś twierdzenia czy przeprowadzenie szeregu  eksperymentów i zinterpretowanie ich rezultatów, lecz na dogłębnym  zrozumieniu natury  zjawisk kulturowych i społecznych, niezbędne są wieloletnie badania. Tylko długie i wielostronne studia są bowiem w stanie odsłonić wszystkie konteksty potrzebne do właściwej interpretacji różnych elementów kultury. Humanistyka to nie rozwiązywanie łamigłówek, które może zostać znacznie przyspieszone przez „błysk geniuszu", lecz czasochłonne budowanie określonych stylów myślowych, rzucających nowe światło na człowieka i jego świat. Pamiętam czasy – zresztą nie tak odległe – gdy standardowym pytaniem na kolokwiach habilitacyjnych było: jaki istotny wkład do wiedzy światowej na dany temat wnosi rozprawa?. Od wielu już lat nie słyszałem takiego pytania, mimo że w kolokwiach habilitacyjnych uczestniczę często.
Ze względu na niż demograficzny część opisanych wyżej zjawisk ma swoje apogeum – przynajmniej na ten czas – za sobą. Jednakże skutki takiego podejścia do szkolnictwa wyższego (a myślę tu przede wszystkim o kryzysie humanistyki)  jeszcze długo będą dawały o sobie  znać. Wspominany już Smith zauważył, że w przypadku „filozofów i poetów" powszechny podziw i szacunek stanowi „prawie jedyne wynagrodzenie", na jakie mogą oni liczyć. Zdaje się, że obecnie trudno nawet i o to.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA