Film

Gwałt po meksykańsku

Spectator
"Heli" Amata Escalante, czyli jak żyć, gdy przemoc wkracza do twojego domu? - pisze Barbara Hollender.
Amat Escalante to dzisiaj jeden z najbardziej znanych reżyserów meksykańskich. Jego nakręcona w 2005 roku, debiutancka „Krew" była opowieścią o społeczeństwie, w którym ludzie stracili chęć do życia i porozumiewania się ze sobą. W „Los Bastardos", które miało premierę trzy lata później, Escalante  mierzył się z trudnym tematem biednych emigrantów, opuszczających Meksyk, by szukać szczęścia w Stanach. Chłód, z jakim pokazywał tu brutalność świata, krytycy porównywali do dystansu Michaela Hanekego w „Funny Games". W „Heli" z tego chłodu pozostało niewiele. Meksykanin zrobił film, w którym aż kipi od emocji.
Akcja „Heli" toczy się w małej, meksykańskiej wsi. Młody bohater ma żonę, kilkumiesięczne dziecko, starego ojca i młodszą, 12-letnią siostrę, którą się opiekuje. To ona, przez swoją naiwność, ściągnie na rodzinę tragedię: marząc o „lepszym jutrze" i ucieczce z zapyziałej prowincji, zawierzy chłopakowi, który wmiesza ją w walki narkotykowych gangów. Cena za marzenia okaże się potwornie wysoka. Ale Escalante nie robi filmu sensacyjnego. Najbardziej interesują go zachowania zwyczajnych, prostych ludzi, których dotyka potworny gwałt. Czy godzą się na niegodziwość? Czy mają jakąkolwiek szansę, by się obronić przed mafią? — W Meksyku wszyscy noszą pod skórą strach — mówi reżyser. — Przemoc, nawet jeśli nie dotyka cię bezpośrednio, stale wisi w powietrzu, jest częścią rzeczywistości.
„Heli" staje się opowieścią o kraju, w którym niebezpieczna jest codzienność. Ludzie próbują na swój sposób walczyć z nędzą i brakiem perspektyw, a w walce tej puszczają wszelkie hamulce. Przestaje obowiązywać kodeks moralny, który kiedyś spajał małe społeczności. A mafia może pojawić się wszędzie. Wcale nie w podejrzanej dzielnicy wielkiego, odległego miasta, lecz tuż obok. W miejscowości żyjącej na pozór sennym życiem. Twórcy „Heli" pytają: co zrobisz, jeśli ten horror zdarzy się w twojej rodzinie? Escalante przyznaje, że reportaże na temat przemocy czy handlu narkotykami są w Meksyku pokazywane w telewizji niemal na okrągło. Można tam obejrzeć  ludzi, których dotknęły porachunki gangsterskie: zmasakrowane ciała  z obciętymi głowami. W „Heli" też są okrutne, wręcz naturalistyczne, sceny tortur. A oprawcami są bardzo młodzi chłopcy, niemal dzieci. To kolejne oskarżenie, jakie Escalante rzuca w swoim filmie. „Heli" jest filmem niepokojącym i - mimo zamierzonych chropowatości - sprawnie zrealizowanym. Na ostatnim festiwalu w Cannes sam Steven Spielberg uhonorował Escalante nagrodą za reżyserię tego filmu. Barbara Hollender
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL