fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Czas Jerzyka

Jan Mulak, człowiek, który stworzył naszą lekkoatletyczną potęgę przełomu lat 50. i 60., wierzył w długodźwigniowców. Szukał ludzi wysokich, o bardzo długich rękach i nogach – to byli jego wymarzeni kandydaci do roli sportowych gwiazd.
Wybitny trener dowodził, że atleta niski i krępy wygra bez trudu początkowe sprawdziany, ale w dalszej perspektywie nie ma szans. Teoria Mulaka przebiła się dziś we wszystkich już chyba dyscyplinach sportu.
Do tenisa, gdzie bardzo długo liczyły się przede wszystkim umiejętności techniczne, zawodnicy o sylwetkach typowych dla NBA trafiali jednak rzadko. Przeciwko wytrwałym i sprytnym szybkobiegaczom, szczególnie w dobie rakiet drewnianych, niewiele poza serwisem mieli argumentów. Nowy sprzęt, inaczej katapultujący piłki, plus większa sprawność ogólna graczy bardzo wysokich spowodowały zasadniczą zmianę układu sił. Kadr telewizyjny z ostatniego finału turnieju ATP w Las Vegas nie pozostawia złudzeń. Dwóch młodych wieżowców w swobodnych pozach stoi pod siatką, a pomiędzy nimi, niczym krasnoludek, szwedzki arbiter. Bohaterowie to Amerykanin Sam Querrey, 198 cm wzrostu, koniec pierwszej setki rankingu, a więc bez rozstawienia, i Kevin Anderson z RPA, 201 cm, gorszy o 100 miejsc, kwalifikant. Jakim cudem – pytałem sam siebie przed transmisją telewizyjną – w imprezie, w której roiło się od mistrzów i finalistów turniejów Wielkiego Szlema, została w ostatnim dniu taka akurat para? Odpowiedzi dostarczył pojedynek. Wspomniana dwójka zademonstrowała zadziwiającą jak na ich wzrost płynność poruszania się, a do tego umiejętności tenisowe daleko wykraczające poza schemat serwisowego bum-bum. Ten mecz, obejrzany przez garstkę widzów na trybunach i ze słabiutkim audytorium telewizyjnym, nie powinien jednak umknąć nam z pola widzenia. Bo to był wyraźny sygnał, że w ATP Tour grupa dwumetrowców niebawem powiększy się i obejmie władzę.
Nad Wisłą powinniśmy się cieszyć z faktu, że to nowe, które nadchodzi w światowym tenisie, będzie bardzo wysokie. W Księstwie Liechtenstein mały turniej ITF z pulą nagród 10 tys. dolarów wygrał właśnie Jerzy Janowicz. Chłopak w listopadzie obchodził 17. urodziny, w Vaduz zagrał piąty turniej zawodowy. Występował z tzw. dziką kartą, z rankingiem pod koniec pierwszego tysiąca ATP. Przez ostatnie sezony słychać było o jego świetnych wynikach juniorskich, ale to akurat polski tenis już parę razy przerabiał. Nie pamiętam za to drugiego tak efektownego przejścia do gry wśród dorosłych. Mowa tu o chłopaku, który podczas tegorocznego challengera we Wrocławiu ograł Francuza Mahuta, pogromcę m.in. Nadala, Safina i Ljubicicia, a odpadł z Ukraińcem Stachowskim, tym samym, który dwa tygodnie później był sensacyjnym triumfatorem dużego turnieju ATP w Zagrzebiu. No i jeszcze najważniejsze. Łodzianin mierzy 202 cm, fantastycznie serwuje, a do tego bardzo dobrze biega po korcie. Przed dwoma laty umiejętności Jerzyka zachwalał mi trener polskich siatkarek Andrzej Niemczyk: – To syn mojego kolegi z parkietu. Ma znakomite warunki fizyczne i smykałkę. Niech pan koniecznie zapamięta to nazwisko, bo będzie o nim głośno. No i jak tu nie ufać intuicji wybitnych polskich szkoleniowców?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA