fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Komiks o tożsamości

Jérémie Dres, Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz, Tłum. Natan Okuniewski, MF Studio, 2013
materiały prasowe
Francuz Jérémie Dres opowiedział ?o poszukiwaniach swych żydowskich korzeni w Polsce - pisze Monika Małkowska.
„Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz" to komiksowy reportaż francuskiego rysownika i scenarzysty Jérémiego Dresa (rocznik 1982), absolwenta Art Décoratifs w Strasburgu. Zobacz galerię zdjęć
Oglądam: rysunek szkicowy, bez światłocienia. Spontaniczna charakterystyka postaci ociera się czasem o karykaturę, lecz nade wszystko jest roboczą notatką, pospieszną rejestracją sytuacji. Niby dokument, lecz emocjonalny, osobisty. I ten gorący klimat udziela się oglądającym. Cofnijmy się do roku 2010. Jérémie, Francuz przed trzydziestką, wolnej profesji (artysta), wyrusza w nieznane. Kierunek – Polska. Młody człowiek szuka tropów ukochanej babci Temy, która niedawno zmarła. Przed I wojną mieszkała w Warszawie; jej rodzina pochodziła z Żelechowa. Zobacz na Empik.rp.pl
Jedyna rada, jakiej ojciec Jérémiego udziela synowi przed wyjazdem, to „przede wszystkim uważaj na Polaczków". Hm, nieprzyjemne. Czy autor książki podzieli tę paskudną opinię? Do narratora wkrótce dołącza Martin, starszy brat mieszkający w Izraelu. Zaczyna się ich wspólna przygoda. Są reporterami zamierzającymi zdać obiektywną relację na temat obecnej sytuacji żydowskiej społeczności w Polsce. Chcą zrozumieć polski antysemityzm. Zbadać, na jakim jest obecnie etapie. Subiektywne potrzeby łączą się u nich z dociekaniem prawdy – przecież bracia Dres szukają własnych korzeni. Najpierw snują się po gorącej (jest środek lata) Warszawie. Odbywają mnóstwo spotkań – z rabinami, pracownikami Żydowskiego Instytutu Historycznego; z ludźmi podobnie jak oni zainteresowanymi odszukaniem przodków. Są poruszeni, gdy niespodziewanie odnajdują groby pradziadków, ocalałe na żydowskim cmentarzu w Warszawie. Kulminacyjny moment ich eskapady to wyjazd do Żelechowa, gdzie urodziła się babcia. Tu nie czują się komfortowo: zachowanie lokalnej społeczności odbierają jako wrogie, wydaje im się, że są śledzeni. Z duszą na ramieniu zapuszczają się na teren zdewastowanego kirkutu. „Nagle znikają miłe wrażenia tolerancji i odnowy, których dotychczas doświadczyliśmy. Zastępuje je poczucie pustki i upokorzenia" – komentuje autor. Potem nastrój znów im się poprawia. Odwiedzają Kraków, uczestniczą w panelu dyskusyjnym poświęconym odrodzeniu żydowskiemu w Polsce; idą na koncert żydowskiej muzyki w synagodze, potem w knajpie na Kazimierzu posilają się tradycyjnymi daniami jidisz. Tak jak zapowiada tytuł komiksu, nie kierują się już do Oświęcimia, bo „to nic nie zmieni". Wracają do siebie przekonani, że Polska zmienia się na lepsze. Ale... jest jeszcze jedno spotkanie. Jérémie umawia się już w Paryżu z niejaką Anną Rabczyńską, emigrantką z Warszawy, przedstawicielką „pokolenia '68". Ta burzy jego w miarę pozytywne wrażenia. „To wszystko, co pan widział, to Disneyland finansowany przez Amerykanów", twierdzi. Jej zdaniem mieszkańcy nadwiślańskiego kraju pozostali antysemitami. „Nie wróciłabym tam za żadne pieniądze", stanowczo oznajmia. Książkę zamyka posłowie Martina Dresa: konkrety dotyczące występujących w opowieści osób plus sentymentalny wizerunek babci Temy. Mimo wszystko kończę lekturę z uczuciem przykrości. Świadectwo wystawione nam przez braci Dres idzie w świat. Przebija przez nie nasz antysemityzm... To jak z nami jest?  
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA