fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Badu zapowiada nadejście nowej, czarnej Ameryki

Rzeczpospolita
Pogodny singiel „Honey” promujący pierwszy od siedmiu lat studyjny album Eryki Badu, królowej neo soulu, nie oddaje charakteru nowej płyty. „New Amerykah. Part One (4th World War)” jest projektem ambitniejszym, nie tylko w sferze muzyki. To dopiero pierwsza część opus magnum Badu – uduchowionej myślicielki, zgłębiającej naturę świata i życia. Do końca roku ukaże się jeszcze jeden krążek.
Okładka wiele wyjaśnia – twarz Eryki otacza napuszone afro, ale zamiast włosów kłębią się w nim myśli. Pięści zaciśnięte w geście walki o prawa czarnoskórych sąsiadują z palcami ułożonymi w znak V, kwitnącym kwiatom towarzyszą kopcące fabryczne kominy, ciężkie łańcuchy oplatają noworodki, czołgi i symbole dolarów, a w centrum wszystkiego stoi egipski znak życia – krzyż ankh. Badu zapowiada „New Amerykah” – nową Amerykę – i nie tyle nawołuje do duchowej rewolucji, ile wieści jej nieuchronne nadejście. Niestety, o kształcie przyszłości dowiemy się z płyty niewiele. Może wyjaśni to drugi album.
Ta płyta to mieszanka przekonań i społecznych koncepcji – nie zawsze jasnych, nawet dziwacznych, ale interesujących. Poglądy Eryki są optymistycznym, ale i bezkompromisowym głosem, nowa Ameryka według niej mało ma wspólnego z idealistyczną wizją Baracka Obamy. Czarnoskóry demokrata niedawno publicznie odrzucił poparcie Louisa Farrakhana, przywódcy afroamerykańskich islamistów, któremu Badu oddaje na płycie pokłon. To mieszanka przekonań i społecznych koncepcji – nie zawsze jasnych, ale interesujących
Jedną z oznak zapowiadanej przez nią odnowy jest to, że zaprosiła do współpracy pomysłowych producentów. Dali płycie świeżość i różnorodność – od dynamicznych funkowych bitów w „American Promise” po hipnotyzujące oszczędnością i prostotą podkłady w „The Healer”. Ten utwór to wyznanie wiary, w którym hip-hop „jest większy niż religia, niż rząd”. Pojawia się między bogami, tańcem i seksem. Badu nazywa go językiem tych, którzy przybyli z Afryki, zostali ochrzczeni w oceanie, a teraz żyją w ukryciu i przemawiają dzięki Internetowi. Poza undergroundowymi muzykami wokalistka utożsamia się z tymi, którzy cierpią. „Soldier” to dedykowany im manifest, osobista wypowiedź emanująca siłą mimo wokalnej delikatności. Tytułowymi żołnierzami są ambitne dzieci z gett, chłopcy na irackim froncie, dziewczyny trzymające się dzięki terapiom i tabletkom, wszyscy, którzy maszerują w rytmie pieśni wolności. Badu jest bojowniczką o lepszy los swojej rasy, wraca do tego w „Twinkle” i „My People”, występując w imieniu ludzi załamanych, pozbawionych pieniędzy, edukacji i szans. O rasowej walce mówiła wielokrotnie, ale o sobie nigdy nie powiedziała tyle co w autobiograficznej „Me”. Sukces komercyjny ją przytłoczył, dlatego długo nie nagrywała. Próbuje uciec przed próżnością, kiepsko jednak znosi upływ czasu – skóra 36-letniej Badu straciła jędrność. Na co dzień artystka czerpie siłę z modlitwy i słucha tylko siebie. Nowa płyta jest mroczniejsza i bardziej drapieżna niż poprzednie, ale jedno się nie zmieniło – Erykah lubi utwory pozbawione dramatyzmu. Niewiele się dzieje, esencją jest intensywny puls oraz głos, który albo wije się jak satynowa wstążka, albo gwałtownie przekłuwa rytm. Ostrożnie, łagodność Badu to złudzenie. Erykah Badu New AmerykahPart One (4th World War)Universal, 2008
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA