fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Platforma – partia bez właściwości

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Partia Donalda Tuska ma kłopot z tożsamością. Nie może wiecznie siedzieć okrakiem na ideowym murze – pisze prawnik i publicysta
W tym, że na kilka tygodni przed Wielkanocą grupa przyjaciół i znajomych postanawia się udać do klasztoru, by trochę wspólnie pomedytować, nie ma nic zdumiewającego ani nawet interesującego w rozumieniu gazetowego newsa. Dlatego, gdy niedawno gazety podały, że czołówka liderów Platformy udała się do klasztoru w Tyńcu celem kolektywnego wyciszenia się, nie należało w tym zdarzeniu doszukiwać się podtekstów ani sensacji. A już zwłaszcza nie ma co się oburzać.
Wprost przeciwnie, jako zdeklarowany liberał uważam, że każdy powinien mieć pełne prawo do przeżywania swej duchowości, jak tylko chce, byle tylko innych nie krzywdził i im się nie narzucał. Więcej: każdy ma prawo przeżywać swą duchowość wspólnie, kolektywnie i publicznie. Partie polityczne są organizacjami dobrowolnymi, prywatnymi (przynajmniej z pewnego punktu widzenia), a zatem każdy ma pełne prawo należenia do partii, która publicznie i kolektywnie chce duchowość swych liderów celebrować. Nie należę do tych liberałów, którzy uważają, że religia nie powinna manifestować się w przestrzeni publicznej. Wprost przeciwnie, konsekwencją mojego rozumienia liberalizmu jest to, że religia – jak i wszelkie inne światopoglądy – powinna mieć prawo do kolektywnych, a także publicznych manifestacji swych wierzeń i przekonań, pod minimalnymi tylko warunkami podyktowanymi prawami innych ludzi.
I na tym można by skończyć. Ale nie da się, bo jest to tylko połowa morału, jaki można sformułować na podstawie wspólnej peregrynacji polityków PO do Tyńca. Druga połowa jest taka, że gdy partia rządząca urządza sobie takie kolektywne wyciszanie, to jednak wysyła pewien komunikat do społeczeństwa o swej ideowej tożsamości, a jeśli jest to partia duża i na dodatek rządząca, to nieuchronnie mówi swym wyborcom, w tym także potencjalnym, jak pragnie być postrzegana. Nie da się bowiem ukryć, że istnieje jednak kontrast między prywatnym charakterem wyciszania się religijnego a dość publicznym i medialnym wymiarem wydarzenia, jakim jest zbiorowe udanie się liderów partii rządzącej do Tyńca. W przypadku PO jest to szczególnie znamienne, bo partia ta ma pewien problem (mówiąc bardzo delikatnie i kurtuazyjnie) ze swą ideową tożsamością, a dotychczasowe rządy premiera Tuska specjalnie owej ambiwalencji nie zniosły: ambiwalencji dotyczącej tego, czy jest to partia przede wszystkim konserwatywna, czy liberalna. W pewnych sprawach (np. ekonomicznych) podział ten nie jest specjalnie istotny i rząd może się spokojnie starać znajdować kompromisy na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Wydaje się bowiem, że różnice w sprawach ekonomicznych i socjalnych między głównymi partiami są raczej drugorzędne, sprowadzają się do kwestii ilościowych, a nie jakościowych.Ograniczenia wynikające zarówno z niewielkiej jeszcze zamożności społeczeństwa, jak i z przynależności do Unii Europejskiej, nie zostawiają aż tak wielkiego pola manewru, by można było polskie partie parlamentarne przypisać do pozycji na jakimś bardzo szerokim spektrum, np. od socjalizmu do skrajnie wolnorynkowego libertarianizmu. Inaczej jest jednak w kwestiach związanych z problematyką światopoglądową i moralną: tu różnice między np. PiS i LiD (by wybrać dwie partie całkowicie odmienne pod tym względem) są bardzo istotne, a o kompromisy dużo trudniej. W pewnych kwestiach po prostu trzeba się za czymś opowiedzieć. Czy na przykład rząd uzna za sprawę priorytetową organizowanie nauczania etyki jako alternatywy dla religii w szkołach publicznych czy nie – to problem, który jakoś należy rozwiązać. Pozostawanie przy status quo też jest rozwiązaniem – tyle że wcale nie kompromisowym, lecz opowiedzeniem się po jednej ze stron. Otóż mam wrażenie, że w tych sprawach społeczeństwo nie usłyszało jasnego komunikatu i dużo dłużej rząd Tuska nie może tak siedzieć okrakiem na murze rozdzielającym, w teorii przynajmniej, państwo od religii. Rząd Tuska odziedziczył po swych poprzednikach pewne zaszłości w tej dziedzinie i jak na razie wygląda na to, że nie może się zdecydować, czy jest bardziej konserwatywny (przejmując z aprobatą owe zaszłości), czy bardziej liberalny (co oznaczałoby konieczność posprzątania po poprzednikach). Kwestia stosunku państwa do religii są zapewne najbardziej oczywistą, choć niejedyną dziedziną, w której ekipa Tuska musi się wreszcie zadeklarować, właśnie w układzie konserwatyzm – liberalizm. Na porządku dziennym jest kilka problemów. Żaden nie jest jednak tak ważny jak sprawa statusu religii w szkołach publicznych. Sygnały wysyłane przez nowy rząd w tym zakresie nie są jasne. Pilnego rozwiązania wymaga przede wszystkim zapewnienie realnego wyboru między religią a etyką – obowiązek zapewnienia tej alternatywy wynika z ustawy o systemie oświaty z 1991 r. i z rozporządzenia ministra oświaty z 1992 roku. Należy przypomnieć, że zgodnie z tym ostatnim rozporządzeniem nauka etyki musi być zaproponowana w każdej klasie, w której jest co najmniej siedmiu uczniów pragnących uczęszczać na te zajęcia. W przeciwnym razie szkoła ma obowiązek zorganizować międzyklasowe lekcje etyki. Bez tego konstytucyjna wolność sumienia i religii uczniów jest naruszona, jak wyraźnie przewiduje to art. 53 ust. 4 konstytucji, który dopuszcza (a nie narzuca) możliwość nauczania religii w szkole, ale pod warunkiem nienaruszania „wolności religii i sumienia innych osób”. Wolność ta jest naruszona przez sam fakt nieoferowania zajęć alternatywnych w czasie i w miejsce nauczania religii (gdyż nieuczęszczający na religię uczniowie są faktycznie stygmatyzowani jako odrębni, inni). Nadal niejasne są zamierzenia władz co do dwóch kontrowersyjnych kwestii, które zantagonizowały społeczeństwo w czasie ostatnich miesięcy władzy poprzedniego rządu: statusu religii jako przedmiotu maturalnego, a także zaliczania oceny z religii do średniej z ocen. W obu tych sprawach władze Kościoła katolickiego wywierają presję na władze publiczne, a długofalowe stanowisko centralnych władz oświatowych w tych sprawach jest niejasne.Trzeba wyraźnie powiedzieć, że szczególnie w sytuacji, gdy alternatywa w postaci przedmiotu etyki jest fikcją (oferowana jest ona w nieco ponad 1 proc. szkół), zarówno zaliczenie religii do średniej, jak i do zestawu przedmiotów maturalnych byłoby niezgodne z wyraźnymi konstytucyjnymi wymogami. Podałem przykład zagadnienia miejsca religii w szkołach publicznych, gdyż jest on zapewne najbardziej pilny, ale kwestia jest bardziej ogólna: PO nadal nie powiedziała jasno społeczeństwu, czy teraz, gdy już jest partią władzy, w zbitce „konserwatywny liberalizm” (albo „liberalny konserwatyzm”) przeważa liberalizm czy konserwatyzm. A jest to sprawa istotna, bo ma swe implikacje także dla takich kwestii, jak rozumienie równouprawnienia kobiet, wolności słowa, praw osób o mniejszościowej orientacji seksualnej itp. Abstrakcyjne doktryny przekładają się na konkretne rozwiązania prawne i posunięcia polityczne – i dobrze byłoby wiedzieć, o co rządowi Tuska w tych sprawach chodzi.Oczywiście byłoby małostkowością przypisywać ekipie Tuska jakiekolwiek stanowisko w tej sprawie na podstawie marginalnego w końcu wydarzenia, jakim było zbiorowe wyciszanie się w Tyńcu. PO nadal nie powiedziała jasno, czy teraz w zbitce „konserwatywny liberalizm” przeważa liberalizm czy konserwatyzm Ale z drugiej strony liderzy PO nie są ludźmi naiwnymi i muszą wiedzieć, że gest tego typu będzie społecznie interpretowany. I to nie tylko w taki sposób, że grupa prywatnych obywateli postanowiła się udać wspólnie w miejsce odosobnienia, by z daleka od kamer i zgiełku przemyśleć swą duchowość. Autor jest publicystą i prawnikiem, profesorem Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji i Centrum Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA