fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Orchidee w sosie pomidorowym

Francja 1947 Bobkowski podczas wyprawy z żoną. Opisy podobnych wędrówek znajdziemy w „Szkicach...”
Rzeczpospolita
„Szkice piórkiem" to jedna z najważniejszych książek w literaturze XX wieku. A zarazem jedno z najciekawszych dzieł o wieku XX, a ściślej o człowieku zbuntowanym, nikczemności i głupocie tego stulecia.
Gdy to już sobie powiedzieliśmy, możemy dodać, że „Szkice piórkiem" to również najważniejsza książka w dorobku jej autora Andrzeja Bobkowskiego, zresztą jedyna wydana za jego życia. I że są „Szkice piórkiem" dziennikiem, który stanowi unikat na tle bardzo bogatego dorobku diarystyki polskiej minionego stulecia. Wspaniałe dzienniki pozostawili przecież Gombrowicz, Tyrmand, Herling-Grudziński, Dąbrowska, Kisielewski, Kijowski, Mrożek, a gdy mowa o II wojnie, bo jej dotyczą zapiski Bobkowskiego, Nałkowska, Koniński, Trzebiński, Buczkowski. A przecież na tym wspaniałym tle „Szkice piórkiem" jawią się jako dzieło wyjątkowe, lśniące silnym i wciąż niesłabnącym blaskiem.

Zamiast powieści

Dlaczego? W czym tkwi owa wyjątkowość, arcydzielność „Szkiców piórkiem"?
Na pewno znaczenie ma ich forma. Literacki wiek XX to z jednej strony proces stopniowej destrukcji klasycznej powieści, tej, która chciała oddawać sprawiedliwość widzialnemu światu. Proces ten określano mianem śmierci powieści, ale że życie nie znosi próżni, miejsce po nieboszczce zajmować zaczęły gatunki wcześniej traktowane jako marginalne. Zamiast  powieści na jej pograniczu karierę robić zaczęły zwłaszcza rozmaite odmiany pisarstwa autobiograficznego, w tym dziennik.
Dziennikopisarstwu sprzyjała historia, spuszczona z łańcucha, jak chciał Jerzy Stempowski, dzika, okrutna i fascynująca. W jej obliczu najpilniejszym zadaniem literatury zdawało się nie kreowanie fikcyjnych krain, ale zapisywanie na gorąco tego, co dzieje się wokoło, co często jest bardziej niesamowite niż najbardziej fantastyczne fikcje literackie, a tym samym trudniejsze do zrozumienia. „Tymczasem jesteśmy skazani na odczytywanie samych siebie", zauważał na początku II wojny Czesław Miłosz. Odczytywanie samego siebie było w jakimś sensie łatwiejsze, ale też stanowiło próbę ocalenia własnego „ja" wobec ducha kolektywu, który tak silnie naznaczył cały wiek XX. Dziennik jest silną manifestacją pojedynczości, u jego podstaw tkwi przekonanie, iż „ja" jest wartością wyjątkową i źródłem wyjątkowej, autentycznej przy tym wiedzy o świecie. Dlatego Bobkowski, który pisze  „Postanowiłem być subiektywny, skrajnie subiektywny", czyni tak wbrew swej epoce.
To, że „Szkice piórkiem" były dziennikiem, nie było więc w wieku XX wyjątkowe. Wyjątkowe było natomiast to, jak tę formę Bobkowski wykorzystał i jak za jej pomocą odczytał wojnę i samego siebie jako tej wojny świadka, uczestnika, ofiarę, ale też – co najbardziej zadziwiające – jej bardzo szczególnego beneficjenta. Bobkowski przeżywał bowiem wojnę jak chyba nikt w literaturze polskiej! „Wstyd mi – pisze 1 września 1941 roku – ale pomimo wszystko, co nas dotąd spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata, nawet te dwa lata wojny. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze".
Mowa cały czas oczywiście o II wojnie, ale widzianej ze specyficznego punktu obserwacyjnego, jakim była okupowana przez Niemców Francja. Mowa o latach 1940–1944, w których toczy się także „akcja" dziennika Bobkowskiego. Pierwszy zapis w „Szkicach piórkiem"  pochodzi z 20 maja 1940 roku. „Cisza i upał. Paryż opustoszał i pustoszeje z dnia na dzień", notuje Bobkowski, by niedługo potem referować o postępach wojsk niemieckich wkraczających w głąb Francji. Zapis ostatni pochodzi z 25 sierpnia roku 1944. Historia jakby zatoczyła koło. „Na mieście cisza", zaczyna ten fragment Bobkowski. W Paryżu wygasły starcia z Niemcami. Widzimy krajobraz po historycznej burzy. Paryż jest wolny, są w nim już wojska amerykańskie. Bobkowski słyszy, jak poprzez miasto płynie „jeden wielki krzyk radości". On sam patrzy na wiwatujące tłumy i zaczyna płakać. Na zdziwione pytanie angielskiej dziewczyny odpowiada: „– Jestem Polakiem i myślę o Warszawie. Oni  tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno".
Scena bardzo charakterystyczna. Ważny jest tu dystans Bobkowskiego wobec dziejącej się na jego oczach historii i wobec otaczających go tłumów. Można tu mówić o specyficznym efekcie obcości, znamiennym dla całych „Szkiców piórkiem". Ich autor to Polak we Francji, który żyje jakby na pograniczu tych dwu narodów, jest specyficznym cudzoziemcem, nawet outsiderem, którego spojrzenie na sprawy francuskie, ale i polskie nabiera specyficznej ostrości i przenikliwości. Dystans nie wyklucza zaangażowania. Przeciwnie – „Szkice piórkiem" są jedną z najbardziej namiętnych książek w naszej literaturze. Są pełne gniewu, sarkazmu, buntu, ale gdy trzeba, także czułości, śmiechu, płaczu, a wreszcie wyznań rozkoszy i szczęścia. Tego szczęścia, o którym mówi Bobkowski w cytowanym wcześniej zdaniu i które stanowiło dlań esencję życia.

„Pochłania mnie soczyste życie"

Specyficzne spojrzenie, o którym mówię, kształtuje się u bohatera dziennika Bobkowskiego już w maju 1940 roku, gdy wraz z robotnikami fabryki, w której pracuje, otrzyma nakaz ewakuacji z Paryża. Ewakuacja zmieni się w podróż rowerem po południowej Francji. Ta z kolei podróż przeciągnie się do, bagatela, trzech miesięcy, stając się wakacyjną wycieczkę, upajającą włóczęgą, turystyczną przygodą, ale po trosze wyprawą do wnętrza samego siebie, nostalgicznym pożegnaniem z młodością i zarazem ucieczką od rozmaitych dogmatów myślowych.
To kluczowa i najsłynniejsza część dziennika Bobkowskiego. Najmocniej, najbardziej plastycznie manifestuje się w niej specyficzna dla całości „Szkiców piórkiem" postawa ich głównego bohatera. Cywila, indywidualisty, wroga intelektu, cynika wolności, smakosza życia, wreszcie eudajmonisty wyznającego zasadę primum vivere. Groteskowa chwilami groza toczącej się gdzieś obok wojny tylko zaostrza jego apetyt na życie i potęguje zachwyt urodą świata.
Tak jest zresztą w całym dzienniku: Bobkowski czuje religijny wręcz zachwyt wobec istnienia i napawa się pięknem tego, co codzienne, konkretne, zwyczajne. Pisze: „Żyć i modlić się. Coraz częściej modlę się nad szklanką piwa lub kieliszkiem rumu, bo są to momenty, w których naprawdę czuję, że jeszcze żyję. I dziękczynię". Albo: „Kiedyż kocha się Boga bardziej, jeżeli nie w tych momentach, gdy człowiek czuje się »tak« jego dziełem? Tym tworem natury najbardziej udałym, którego ewolucja jest bez granic, który ma jeszcze tyle przed sobą, by stać się Człowiekiem. W tych krótkich chwilach modlę się nie myślą, nie słowami, lecz całym sobą. Czuję życie".
Bobkowski pisze te słowa w roku 1943. Jest zawziętym wrogiem absolutyzmu i wyznawcą wolności. Jako przeciwnik racjonalizmu, krytyk suchego intelektualizmu, kartezjańskiego „Cogito ergo sum", deklaruje: „Wyczuwam, więc jestem". I dodaje: „Pochłania mnie życie, to wspaniałe, soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień".
Bohater „Szkiców piórkiem" uczy siebie (i tym samym uczy nas), jak być wolnym w świecie nienawidzącym wolności i piękna, jak swobodnie oddychać w atmosferze kłamstwa. To dzisiaj szczególnie chyba aktualny wymiar tej książki! Bobkowski chce żyć naprawdę w czasach okupacyjnego życia na niby, które – jest tego świadom – w okupowanym Paryżu jest jednak inne niż na przykład w okupowanej Warszawie czy Krakowie. Ale sama istota zniewalania przez przemoc i propagandę jest podobna. Wola życia Bobkowskiego jest liberum veto rzuconym wojnie toczącej się w imię nietzscheańskiej woli mocy i każącej jednostce podporządkowywać się interesom kolektywu, poświęcić dla niego swe osobiste szczęście, godność, wolność, nawet życie.
Takim zmilitaryzowanym stanem umysłu, ideologią kopca termitów jest dla Bobkowskiego hitleryzm, komunizm i wszelkie totalizmy. Przeciwstawia im swoisty witalizm i personalizm, podszytą anarchizmem afirmację człowieka z krwi i kości, głosi jego wartość „nie tylko użytkową", co zresztą jest w jego przekonaniu chrześcijańskim wkładem w kulturę Zachodu. Pięknie zauważa: „człowiek to wieczny pożar, odwieczna niespodzianka, nie da się ująć w system".
Równocześnie autor „Szkiców piórkiem" jest coraz bardziej świadom, że jego świat się kończy. Że umiera nie tylko Francja, którą pokochał, ale że odchodzi do przeszłości cała kultura ufundowana dziedzictwem helleńskim, rzymskim i chrześcijańskim. Nadchodzi totalizm, dla którego „nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od swoich umiejętności, nie jesteś Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. [...] Nastaje z powrotem chłód pogańskiego świata, jakieś pogańskie »państwochwalstwo«, w którym z takich czy innych powodów wypędza się Einsteina, Mannów i Werflów, tak jak wypędzało się Anaksogarasa".
W II wojnie widzi też Bobkowski kulminację nowoczesności, która, jak zauważy przenikliwie, jest „jedynym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka". Dlatego im bliżej końca, tym więcej w „Szkicach piórkiem" gniewu i pesymizmu.

„Francja była dogmatem"

Bobkowski był jednym z ostatnich tak namiętnych kochanków Francji w naszej literaturze. Tłumaczy to pasję, z jaką na kartach „Szkiców..." próbuje dokonać swoistej fenomenologii francuskiego „ducha", wahając się nieustannie między podziwem i oburzeniem. Podziw budzi w nim na przykład to, że Francuzi mają „fenomenalnie rozwinięty, a tak trudny dla nas do osiągnięcia zmysł życia bez ideału i bez iluzji". Podoba mu się francuska równowaga, pisze, że „życie tu łatwiejsze i prostsze, człowiek był przede wszystkim człowiekiem". Ale oburza go styl, w jakim Francuzi ulegają Niemcom, gardzi polityką kolaboracji z Hitlerem spod znaku Petaina. „Wychowałem się na micie Francji – notuje – A teraz co? Wali się – i to wali się jakby po cichu, pęka jak fastryga, właściwie bez trzasku". Albo: „Wojna jest dla narodu jak rzucenie monety na marmurową płytkę: i choć nienawidzę wojny, to wydaje mi się, że trudno o lepszy probierz. Przypominam sobie, co myślałem o Francji za dawnych lat. Dziś zrozumiałem jedno: cechy, które są czarujące w czasie pokoju, które ceni się wysoko – te cechy francuskie są zgubne w tej epoce". Świetnie też opisuje Bobkowski mechanizm aksamitnej, miękkiej okupacji, subtelnego zniewalania Francuzów.
Bobkowski lubi zresztą uprawiać w „Szkicach piórkiem" takie narodowe charakterologie. Co ciekawe, ten zdeklarowany indywidualista często postrzega drugiego człowieka jako reprezentanta narodowego „typu". Stąd krok do krytycznych i sentencjonalnych, często błyskotliwych, czasem szokujących, uogólnień. „Niemcy – pisze – są narodem genialnym, wszystko przewidzą, wszystko obliczą, przetną włos na cztery części, tylko w tych przewidywaniach zawsze czegoś brak. Najczęściej głupstwa i na tym głupstwie rozwalają się, kładą na całego". Wyznaje też: „Rosji nienawidziłem od dziecka, żywiołowo, razem z ojcem, który do tego stopnia jej nie znosił, że już w Warszawie pachniało mu – Rosją". I jeszcze: „Jeżeli nigdy nie spierałbym się na temat dorobku materialnego Rosji, o tyle uważam, że dorobek duchowy jest tam niewielki – jeśli w ogóle nie żaden".
Z większą ambiwalencją wyrażał się o nas. Bywał wobec Polaków niezwykle wręcz brutalny w swym krytycyzmie, a zarazem zachwycał się Chopinem, zaczytywał Sienkiewiczem i Prusem. Złościł go romantyczny mesjanizm, ale po Katyniu pisał: „Zaczynam się mniej dziwić Mickiewiczowi i Słowackiemu, ich mistycyzmowi i takiej pile jak Księgi Pielgrzymstwa z całym Towiańskim". Druzgocącej krytyce poddawał Polskę niepodległą. Pisał np.: „Literatura, sztuka, muzyka były oderwane od codziennego życia, stanowiły ucieczkę, nienaturalne oddzielenie, zachłystywanie się, polski snobizm, zupełnie specjalny i specjalnie antypatyczny". I dodawał: „Nie miejmy złudzeń – nas nie lubią; nie lubią nas za to jakieś pretensjonalne chamstwo. Mając raz w życiu szampana w ustach, zachowujemy się tak, jakbyśmy go pili codziennie do obiadu. Tymczasem zwykłe piwo pijało się – od niedzieli, bo butelka kosztowała 90 groszy". Przy okazji jednej z takich krytyk wyjaśniał jednak: „to nie przez pogardę dla Polski – po prostu przez wściekłość na nasz los, na tego pecha, przez zazdrość, gdy patrzy się na innych jakże często mniej godnych". A w trzeźwym aforyzmie przestrzegał: „Każda klęska ma jedno wielkie niebezpieczeństwo: w poszukiwaniu błędów łatwo przekracza się granicę, poza którą poszukiwanie to staje się zwykłą podłością i opluwaniem samego siebie".

Wojna i spokój

Bobkowski miał kilka pomysłów na tytuł swego dziennika. W liście do rodziców nazywał je „orchideami w sosie pomidorowym", w żartobliwy sposób wskazując na różnorodność swych zapisków. Widać to chociażby w wielości podejmowanych przezeń tematów. Kilka ważnych wątków już wymieniłem. Ale przecież nie sposób wymienić ich tu wszystkich. Na przykład tematu miłosnego, bo „Szkice piórkiem" są przepiękną, subtelną i dowcipną opowieścią o miłości małżeńskiej. A wątek śmiechu i związany z nim żywioł komizmu? Pojawia się on przede wszystkim wraz z postacią Tadzia, towarzysza rowerowej eskapady Bobkowskiego. Ten warszawski taksówkarz, rówieśnik autora „Szkiców..." tworzy dlań komiczny kontrast. Przypomina mu Kubusia Fatalistę, Kaczora Donalda oraz Piętaszka i wnosi do jego przygód sporo śmiechu, ale też zdrowego rozsądku, jak w takiej chociażby scence: „Wieczór biały od gwiazd i grający świerszczami, opada rosa. Siedzieliśmy i gadali i w końcu jak jeden mąż, zgodziliśmy się z Tadziem, że »Francuzi to łapciuchy i mineciarze«".
A wspomnienia z młodości? A porachunki z dwudziestoleciem międzywojennym? A jego liczne, świetnie i obszernie komentowane lektury? A wątek gastronomiczny? Opisy jedzenia i picia zajmują ważną i efektowną część „Szkiców piórkiem".
Dlatego te orchidee w sosie pomidorowym, o których smakowitości decyduje spajającą to wszystko niezwykła osobowość „kuchmistrza" Bobkowskiego.
Ale brał on też pod uwagę inne tytuły, np. Douce France, a więc słodka Francja, za popularną piosenką Charlesa Treneta. Z kolei „Wojna i spokój" nawiązywała do arcydzieła Tołstoja, nieco polemicznie chyba, bo eposu rosyjskiego pisarza Bobkowski nie cierpiał, a z kolei „spokój" (obok np. ciszy) to jedno z najważniejszych dlań „uczuć życia".
Ostateczny tytuł akcentuje nie tylko szkicowość kompozycyjną i myślową dziennika Bobkowskiego, ale także swobodę i lekkość, z jaką został on napisany. Bo sława tej książki bierze się też z jej artyzmu. Jej autor terminował przede wszystkim u swoich ukochanych XIX-wiecznych realistów: Balzaca, Flauberta, Goncourtów, Prusa... Jak oni jest piewcą konkretu i szczegółu. Umie z obserwacji banalnej sytuacji budować zaskakująco oryginalne i trafne uogólnienie. Albo, mówiąc nieco inaczej, polityczne, filozoficzne, historiozoficzne, religijne konkluzje Bobkowskiego najczęściej wychodzą od codzienności, od ulicznej scenki, anegdoty, zasłyszanej rozmowy, fragmentu przeczytanej gazety, kapitalnie potem komentowanej.
Okupacyjna codzienność znalazła zresztą w Bobkowskim świetnego fotografa, który pieczołowicie rejestruje wygląd okupowanego Paryża, zwraca uwagę na remonty ulic, na wystawy sklepowe, na ówczesne menu, na repertuar teatrów i kin, nawet – rzecz rzadka u mężczyzny – na zmiany w kobiecej modzie. Dlatego też pisarskie credo Bobkowskiego brzmiało: „Prawdziwy pisarz to nie ten, który dobrze pisze – to ten, który najwięcej dostrzega".

Książka zbójecka

Bobkowski swe wojenne zapiski zaczął publikować we fragmentach tuż po zakończeniu wojny, jednocześnie w prasie emigracyjnej i krajowej. Już te ułamki zwróciły nań uwagę Jerzego Giedroycia, Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Turowicza. Zachęcony ich komplementami, próbował Bobkowski opublikować całość dziennika w Polsce. Wydawnictwo „Czytelnik" podpisało z nim nawet jesienią 1948 roku umowę i wypłaciło honorarium na ręce mieszkającej w Krakowie matki pisarza, Stanisławy, wdowy utrzymującej się wówczas z pensji... garderobianej w teatrze.
Czytelnik ostatecznie jednak książki nie wydał. W styczniu roku 1950 maszynopis zwrócono Stanisławie Bobkowskiej. Nie wiemy dokładnie, co było przyczyną tej decyzji, choć wydaje się oczywiste, że i treść „Szkiców piórkiem", i osoba ich autora, współpracownika „faszystowskiej" „Kultury" były wówczas absolutnie nie do przyjęcia dla komunistów.
Ostatecznie „Szkice piórkiem" ukazały się w dwu osobnych tomach w roku 1957 w Paryżu, nakładem Instytutu Literackiego. Bobkowski miał wówczas już 44 lata, od dawna mieszkał w Gwatemali. Dziennik wzbudził niemal jednoznaczny zachwyt. Z uznaniem pisano o nim na emigracji i w kraju, choć recenzje Przybosia i Hertza skonfiskowała cenzura. Bobkowskiego chwalił „sam" Gombrowicz.
Mimo to „Szkice piórkiem" pierwszego wydania krajowego doczekały się dopiero w 1985 roku i to w drugim obiegu. Dziesięć lat później doszło do pierwszej oficjalnej edycji. Mimo to popularność dziennika Bobkowskiego rosła. Był jedną z formacyjnych lektur pokolenia stanu wojennego. Już wcześniej chwalili go Czapski i Terlecki. Krajową karierę „Szkiców piórkiem" przyspieszył znakomity esej Romana Zimanda wygłoszony w czasie sesji o „literaturze źle obecnej" w roku 1981. A potem już poooszło! Powstały świetne teksty, m.in. K. Dybciaka, J. Zielińskiego, K. Ćwiklińskiego, A. Horubały, M. Nowaka i wielu innych.
Szkice piórkiem miały jednak i sceptycznych czytelników. Ci podważali przede wszystkim autentyczność zapisków Bobkowskiego, zwłaszcza tam, gdzie autor wypowiada się na temat wydarzeń wojennych, przewidując nieraz z zaskakującą trafnością ich kierunek. Część krytyki twierdziła, że był to efekt późniejszych korekt i retuszów, z czym stanowczo nie zgadzał się sam autor. Porównanie dziennika z roku 1957 i fragmentów publikowanych tuż po II wojnie dowodziło tylko tego, że Bobkowski bardzo starannie cyzelował styl i kompozycję swoich zapisków. Przechowywane w Nowym Jorku rękopisy „Szkiców piórkiem" z wersją drukowaną zestawił dopiero niedawno Łukasz Mikołajewski. Okazało się, że zachodzą między nimi poważne różnice. Bobkowski fabularyzował swoje wojenne zapiski, które tym samym stały się wedle Mikołajewskiego bliskie diaryzowanej autobiografii, zdaniem innych swoistą powieścią. Co równie interesujące, w wersji z roku 1957 autor „Szkiców..." wyostrzył i ujednoznacznił swoje wojenne poglądy na komunizm, znacznie też złagodził akcenty antyamerykańskie, a wreszcie zupełnie wykreślił liczne uwagi o charakterze antyżydowskim.
Sprawa ta stała się już przedmiotem ciekawej polemiki, która zapewne szybko się nie zakończy. Czy mamy bowiem do czynienia z dwoma różnymi tekstami, czy z odmianami jednego? A jeśli to ostatnie, to które „Szkice piórkiem" są „autentyczne" i „lepsze"? Jak traktować przeróbki Bobkowskiego? Jako świadectwo częstej przecież pracy nad tekstem, jako efekt politycznej ewolucji pisarza, a może konformizmu i ulegania duchowi czasu? Co zrobić z postawą Bobkowskiego wobec Żydów, wyraźnie niechętną w „Szkicach nr 1", pełną współczucia w wersji z 1957 roku?
Pewnie za czas jakiś będziemy mieć do czynienia z sytuacją analogiczną do „Dziennika 54" Leopolda Tyrmanda – czyli dwiema wersjami tej samej książki, pokazującymi Bobkowskiego w dwu momentach jego biografii.
Autor jest polonistą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, edytorem i krytykiem. Andrzejowi Bobkowskiemu poświęcił wydaną niedawno książkę „Szczęście pod wulkanem" (Wydawnictwo LTW)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA