Energianews

Kto i dlaczego nie chce gazu łupkowego

materiały prasowe
Energia byłaby znacznie droższa, gdyby Amerykanie nie odkryli gazu łupkowego. Niestety problemem pozostaje brak regulacji określających zasady eksploatacji jego złóż – mówi Mike Rosenberg, profesor IESE Business School.
Jak zmieniłaby się gospodarka tych krajów europejskich, w których znaleziono złoża gazu łupkowego, gdyby władze pozwoliły na ich eksploatację?
Radykalnie. Wystarczy spojrzeć, jak wygląda sytuacja w Stanach Zjednoczonych. Tyle że technologia wydobycia gazu łupkowego nadal jest bardzo nowa, niezbadana, praktycznie nieuregulowana i potencjalnie niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wiemy już, że wymaga ona użycia ogromnych ilości wody, która z domieszką detergentów jest pompowana pod ziemię pod bardzo wysokim ciśnieniem, co nie jest obojętne dla środowiska. Ale nie byłem na polu wydobywczym. Widziałam takie pole, na którym wydobywany jest gaz łupkowy. Wyglądało jak krajobraz księżycowy z mnóstwem maszyn. Było też bardzo głośno. Tyle że wokół tego pola była zielona trawa i pasły się tam krowy. Oczywiście można powiedzieć, że te krowy zostały „wynajęte" przez firmę, do której należało pole, ale takie rozumowanie graniczyłoby z absurdem. Widziałam też z helikoptera więcej podobnych pól. Niektóre z nich wyglądały na opuszczone i zarastały trawą. I osiedla, w których mieszkali pracujący na polach gazowych. Kiedyś były biedne, teraz są dostatnie, a w każdym z nich było po kilka banków...
Firmy zajmujące się poszukiwaniami i eksploatacją gazu łupkowego od wielu lat zapewniają, że technologia jest bezpieczna. I można podejrzewać, że mówią tylko to, co jest im wygodne. Tak samo jak rządy tych krajów, które zdecydowały się na energię łupkową także mówią tylko to, co im jest wygodne. Stąd bierze się niepewność i brak zaufania ze strony ludzi mieszkających w pobliżu takich odwiertów. Być może gdyby wiedzieli więcej, ten brak zaufania nie byłby tak oczywisty. W Stanach Zjednoczonych uwarunkowania prawne poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego są tak otwarte, że nie ma żadnych warunków brzegowych ani dla bezpieczeństwa oraz zapewnienia zachowania warunków ochrony środowiska. I wcześniej czy później dojdzie do jakiegoś wypadku. Na tym właśnie polega problem z gazem łupkowym: że wielką niewiadomą jest jego wpływ na środowisko. Chodzi mi o to, że Stany Zjednoczone powinny jak najszybciej wprowadzić ściśle określone spójne regulacje, mówiące, gdzie i jak można wydobywać gaz łupkowy. W ten sposób Amerykanie przekonaliby własnych obywateli, z których wielu obawia się łupków, a jednocześnie pomogliby tym krajom, które są zdecydowane na wykorzystanie tego nośnika energii. Inna sprawa to wpływ gazu łupkowego na ceny energii i to w sytuacji, kiedy wydobycie gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych wcale nie jest tak potężne. Ale ten surowiec pojawił się na rynku, kiedy ceny gazu były wysokie i skutecznie je obniżył. Dla Stanów Zjednoczonych te ilości mają ogromne znaczenie: kiedy tanieje energia, zmienia to całkowicie obraz gospodarki, bo dochodzi do reakcji łańcuchowej. Kto więc cierpi, a kto zyskuje? Jako pierwsi odczuwają to producenci energii wiatrowej. Żeby na przykład w Ameryce opłacało się produkować energię z wiatrowni, musi ona kosztować 5 dol. za milion BTU [miara energii cieplnej; w przybliżeniu jeden milion BTU (MMBtu) to energia cieplna zawarta w jednym tysiącu stóp sześciennych gazu ziemnego – red.]. Tymczasem od chwili, kiedy gaz łupkowy znalazł się na rynku, cena tego surowca ani razu nie przekroczyła tego pułapu. Więc nikt teraz w USA nie buduje farm wiatrowych, chyba że otrzyma bardzo wysokie dotacje. O wiele taniej jest wybudować elektrownie na gaz. Drugim problemem jest to, że zanim w Stanach Zjednoczonych doszło do boomu łupkowego, najwięksi producenci gazu na świecie zakładali, że Amerykanie będą potrzebowali o wiele więcej gazu, niż jest to w rzeczywistości. To dlatego na przykład Nigeria zainwestowała w gazową infrastrukturę do odbioru gazu, licząc na wielki popyt. I co się stało? Ta infrastruktura stała się niepotrzebna, bo Stany dzisiaj eksportują gaz, a nie kupują go za granicą. Dlatego ceny ropy są w zasadzie stabilne i za baryłkę nie płacimy np. 180 dol., ale ok. 110 dol. Czyli w takim razie pana zdaniem Europa jest skazana na wysokie ceny energii i paliw? Bo przecież te 110 dol. za baryłkę to nadal drogo. Moim zdaniem w dzisiejszej sytuacji 110 dol. za baryłkę to rozsądna cena. I najprawdopodobniej nie zejdzie dużo poniżej tego poziomu. Nie sądzę również, żebyśmy byli świadkami wzrostu ceny znacząco powyżej tej kwoty. Producenci doskonale wiedzą, że jeśli ropa podrożeje, natychmiast pojawiają się inwestycje w alternatywne źródła energii. Jednocześnie zbadane zasoby gazu wydobywane metodą konwencjonalną obliczane są na wystarczające do pokrycia ponadstuletniego zapotrzebowania. Kiedy więc tylko ceny ropy pójdą w górę, natychmiast pojawią się alternatywne źródła energii. Czy pana zdaniem Europa pozostanie bardzo sceptyczna wobec szans na obniżenie cen energii? W Europie mamy z tym problem polityczny, chociaż w tej chwili Bruksela wydaje się znacznie bardziej gotowa, by szybko przygotować uwarunkowania prawne dla gazu łupkowego. Jednocześnie frakcja Zielonych jest u nas znacznie silniejsza, niż jest to w USA. We Francji i w Niemczech Zieloni są we władzach i domagają się spełnienia ich postulatów, aby rządy mogły sprawować władzę. We Francji powiedziano to otwarcie: nie chcemy łupków. I rząd natychmiast się zgodził: nie chcecie, to nie będzie. O ile się orientuję w Europie, która jest znacznie gęściej zaludniona niż USA, są również inne warunki geologiczne i wydobycie gazu nie jest takie proste. Poza tym ludzie są przywiązani do ziemi. Mówią: należała kiedyś do mojego dziadka. Jest jeszcze Rosja, która sprzedaje mnóstwo gazu Europie i nie zamierza zmieniać swoich planów. Nie mówiąc już o tym, że dostaw gazu używa jako presji politycznej. I z tego Rosjanie łatwo nie zrezygnują. Doskonale wiedzą, że znalezienie nawet niewielkich nowych złóż gazu w Europie może drastycznie zmienić ich sytuację jako głównego dostawcy na rynku europejskim. —rozmawiała Danuta Walewska

CV

Mike Rosenberg jest profesorem zarządzania strategicznego w hiszpańskiej IESE Business School. Specjalizuje się w analizach wpływu technologii na klimat wokół biznesu, w szczególności potencjału, jaki mają alternatywne źródła energii na konkurencyjność różnych branż przemysłu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL