fbTrack

Publicystyka

Odwieczne podziały Polaków

Michał Wojciechowski
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
W podzielonej Polsce, po obu stronach można się dopatrywać zalet. Ale szlachetność jednych psuły nieraz awantury i głupota, a optymistyczne plany drugich – zdrada i korupcja – pisze publicysta.
Pojawiają się opinie, że Polacy są ostatnio bardzo podzieleni. Tymczasem rozłam na dwie orientacje polityczne nie jest nowością. I na pewno nie zaczął się w czasach komunizmu ani tym bardziej od Smoleńska. Trwa przynajmniej od XVIII wieku.
Jedna grupa jest patriotyczna, religijna i zachowawcza. Druga się jej sprzeciwia, ale trudno poznać, kiedy przez reformatorski zapał, a kiedy przez uleganie obcym wzorom i wpływom. W obu można dopatrywać się zalet, ale szlachetność pierwszej psuły nieraz awantury i głupota, a optymistyczne plany drugiej – zdrada i korupcja.

Rozdrapany majątek

Podział wyłonił się w XVIII wieku. Na życie polityczne schyłku dawnej Rzeczypospolitej składały się elementy przeciwstawne. Z jednej strony był to konserwatywny szacunek dla rodzimego ustroju i prawa oraz obrona wolności, czego symbolem stała się konfederacja barska ( 1768–1772). Druga orientacja łączyła różne nurty: oświeceniowe reformatorstwo (często słuszne, choć odgórne), a zarazem zgodę na faktyczną okupację rosyjską kraju i korupcję. Polegała na braniu łapówek od posłów Rosji i Prus oraz pazerności na majątek publiczny. Znakomicie pokazuje to historia Komisji Edukacji Narodowej, która przejąwszy majątek po jezuitach, zorganizowała nowocześniejsze szkolnictwo, przy okazji jednak znaczną część tego majątku rozdrapując. Skądinąd magnaci z założenia przejmowali dochód państwa – królewszczyzny.
Już wtedy były zatem dwie Polski: ta tradycyjnych patriotów i ta władzy. Władzy, która miała co prawda zamiary reformatorskie, ale była skażona kolaboracją z obcymi i korupcją. W pierwszej uczciwym towarzyszyli głupi, w drugiej – interesowni.

Powstańcy i ugodowcy

Epoka rozbiorów kojarzy się zwykle z powstaniami i patriotyzmem, który przegrywał. To uproszczenie. Bo to nie patrioci, ale skorumpowani reformatorzy zgodzili się na rozbiory. Faktycznie to patrioci wywoływali powstania, ale zarówno pojęcie „powstanie”, jak i zasadę, że „powstanie równa się porażka”, upowszechnili ich przeciwnicy. Poza tym większość Polaków jakoś się pod rozbiorami urządziła, czy to kolaborując, czy pracując organicznie. Etykieta „powstanie” w ogóle jest szeroka. Klasycznym przegranym powstaniem był zryw z 1863 roku, który notabene sprowokowała polityka okupanta, a nie patriotyczni szaleńcy. Powstania krakowskie i wielkopolskie miały podobny charakter, choć ich zasięg i znaczenie były niewielkie. Ale już w latach 1830–1831 niewielkie, lecz usamodzielnione i silne wojskowo Królestwo Polskie toczyło wojnę z Rosją, przegraną głównie z winy małodusznych dowódców. Dodatkowo mieliśmy udane i zwycięskie powstanie przeciw wszystkim trzem zaborcom w latach 1918–1920. Bo to było prawdziwe powstanie, oddolne, które pozwoliło odbudować państwo obejmujące prawie całość ziem etnicznie polskich. Nic dziwnego, że w II Rzeczypospolitej nurty niepodległościowe i narodowe politycznie górowały. Tymczasem jeszcze w 1914 roku w sukces prawie nikt nie wierzył. Legiony i POW skupiły ledwie garstkę, choć miała ona charakter elity. Wśród Polaków dominowały ugodowość wobec zaborców i nadzieja na ograniczone reformy. Rozczarowanie tym stanem rzeczy ilustrują słowa Józefa Piłsudskiego, że dla Polaków można zrobić wszystko, ale z nimi – nic.

Opór czy kolaboracja?

Po klęsce 1939 roku zwyciężyła rezygnacja. Opór zbrojny pod oboma okupantami był niemal żaden, próbowano co najwyżej uciekać. Celem było dostosowanie. Pod panowaniem niemieckim liczono nawet na znośne życie. Współpraca z okupantem była powszechna, a konspiracja – nieliczna i oparta na przedwojennej elicie: wojskowych, harcerzach. Nastroje zmieniły się dopiero pod wpływem okrucieństw Niemców w połączeniu z wiadomościami z frontów. Konspiratorzy zaczęli wtedy śmielej zwalczać kolaborantów. O egzekucjach na zdrajcach, w tym szmalcownikach, bardziej się dziś pamięta, ale towarzyszyła im przecież szeroka kampania piętnowania, zastraszania i karania pomniejszych współpracowników okupanta, nieraz przypominająca metody mafijne. We wschodniej części Polski udało się znacznie zwiększyć potencjał wojskowy podziemia i zdyscyplinować społeczeństwo, ale już w zachodniej przeważała wymuszona bierność. Wraz z wkroczeniem do naszego kraju Sowietów głowę podnieśli kolaboranci. Chętni do partii i bezpieki się znajdowali. Między nimi plątali się ideowi socjaliści, którzy uwierzyli w szansę postępowych reform. Inne kariery można usprawiedliwiać pracą organiczną i tym, że Niemcy okazali się większym zagrożeniem dla bytu fizycznego i duchowego Polaków niż Rosjanie. W latach 80. widzieliśmy głównie dość powściągliwych patriotów i rozzuchwalonych kolaborantów. Owi kolaboranci i ich następcy uważają dziś, że zachowywali się w porządku. Podobnie jak połowa społeczeństwa, która uznaje stan wojenny za uzasadniony.

Wybryki antyreligijne

Dwojaki bywał również stosunek Polaków do katolicyzmu. Dzisiejsze niesmaczne wybryki antyreligijne wydają się czymś nowym. Niesłusznie. Około stu lat temu wolnomyślicielstwo miało wśród inteligencji spory zasięg. Antyklerykalizm polityczny był co prawda wcześniejszy, ale kierował się zasadniczo przeciw duchownym chciwym bądź uległym wobec zaborców. Dawniejsze bluźniercze wybryki arian to margines i zjawisko przejściowe. Jeśli chodzi o antyklerykalizm czynny, warta przypomnienia jest „zimmermaniada” z 1911 roku, zamieszki studenckie na Uniwersytecie Jagiellońskim w proteście przeciwko wykładom z socjologii księdza Kazimierza Zimmermanna. Socjologia uchodziła bowiem za domenę laicyzmu. Opowiadano sobie wtedy, że córka znanego ateusza, profesora medycyny Odona Bujwida, próbowała przerwać wykład ks. Zimmermanna w ten sposób, że przysiadłszy obok katedry, publicznie się wysiusiała. Chłopi, nawet jeśli prywatnie pobożni, często pozostawali w konflikcie z księżmi. W diecezji przemyskiej podczas wizytacji biskupiej ostentacyjnie wozili gnój. Decyzja o wymaganiu celibatu od przystępujących do święceń w diecezji greckokatolickiej w Przemyślu wywołała sprzeciw uczennic liceum tego wyznania, które swojemu biskupowi powybijały okna w pałacyku. Te ekscesy można rzecz jasna traktować jako ciekawostki. Z tym że w okresie PRL nastroje antykościelne zostały wprzęgnięte w system władzy. Uciskane społeczeństwo było solidarne z Kościołem, ale już inteligenccy ateiści służyli propagandzie. Długofalowe jej efekty, jak widać, przetrwały, skoro w mediach świeckich nie przypomina się dziś zbyt często o tym, jak Kościół był traktowany przez Niemców, a potem przez komunistów. Natomiast zwrot zrabowanego majątku kościelnego jest wykorzystywany w agitacji antyklerykalnej, chociaż w rzeczywistości zwrócono raptem około połowy gruntów i tylko 12 procent budynków. Nasilił się też proces odchodzenia młodych od Kościoła.

Długa tradycja

Te sprzeczne tendencje widoczne są także w dzisiejszym społeczeństwie polskim. Czasem są one dziedziczone dosłownie. U działacza prawicy nie zdziwi ojciec powstaniec warszawski ani ubek czy komunistyczny propagandysta w rodzinie kogoś z SLD lub od Palikota. Ważniejsza wydaje się trwałość pewnych nastawień, które szukają dla siebie formy politycznej, jawnie lub w sposób zamaskowany. Te partyjne formy wynikają jednak z długiej tradycji. Czy powyższe podziały należy więc uznać za silne? Na pewno są zadawnione i ważne, ale wciąż możliwe do załagodzenia. Politycy co prawda je eksponują, ale „na dole” bywają mniej widoczne. Wszak wielu ludzi godzi elementy obydwu postaw. Przypomnijmy, że podobny podział przecina Hiszpanię i jest daleko głębszy. Wielokrotnie prowadził tam do krwawych starć, z okrutną wojną domową włącznie. Dziś w Polsce wracamy niejako do punktu wyjścia z XVIII wieku. Z jednej strony mamy orientację bazującą na tradycji, która potencjalnie jest liczniejsza, ale jakby biedniejsza, mniej skuteczna i aktywna. Druga grupa ma zamiar nas reformować i jednoczyć z Europą, ale co i rusz na jaw wychodzą afery, ruina budżetu, osłabienie państwa oraz wojska, pojawia się też lekceważenie polskości i nienawiść do Kościoła. Czy skutki będą takie jak w XVIII wieku? Autor jest teologiem, wykładowcą na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim oraz ekspertem Centrum im. Adama Smitha
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL