fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Klęski żywiołowe

Australia stanęła w ogniu: Pożary trawią kraj

AFP
Australia płonie. Przez ostatnich kilka tygodni pożary pochłonęły ponad 3 miliony hektarów we wschodnich stanach Australii – a więc zniszczenia są prawie trzy razy większe niż te, które wywołał pożar Amazonii w 2019 r.

We wtorek zanieczyszczenie powietrza w Sydney przekroczyło ponad 12-krotnie poziom uznawany za „niebezpieczny”. Miasto dosłownie dusiło się pod toksyczną pierzyną. - Oczywiście zdarzały się w Sydney w przeszłości epizody, gdy jakość powietrza była bardzo zła, szczególnie podczas burzy piaskowej w 2009 roku – powiedział Richard Broome, dyrektor departamentu do spraw zdrowia środowiskowego w Nowej Południowej Walii. - Ale z pewnością to, czego doświadczamy od około miesiąca, to sytuacja bezprecedensowa i stanowi zagrożenie dla zdrowia ludzi - dodał.

Okropna nowa normalność

Zgodnie ze wskaźnikiem jakości powietrza (AQI), który określa poziom zanieczyszczeń w powietrzu, pomiary wynoszące 200 lub więcej AQI są uważane za niebezpieczne dla zdrowia. We wtorek kilka regionów Sydney zanotowało pomiar powyżej 400, niektóre nawet ponad 1000, a co najmniej dwa przekroczyły próg 2000 AQI, - tj. prawie 13 razy więcej niż poziom uznawany za niebezpieczny.

- To przełomowe wydarzenie – powiedział w rozmowie z "The Sydney Morning Herald" naukowiec zajmujący się ochroną środowiska, Mark Taylor z Macquire University. - Te odczyty jakości powietrza są zazwyczaj notowane tylko w miejscach takich jak Indie i Chiny. Tymczasem morze dymu i cząsteczek z pożaru w Nowej Południowej Walii jest ogromne, obejmuje od 4 do 5 milionów ludzi i wciąż się rozprzestrzenia. Jak wiadomo jest to pył rakotwórczy - dodał.

Wśród scen rodem z piekła – określanych jako „airpocalypse” czyli "powietrzna apokalipsa" - wzrosła liczba przyjęć do szpitali, działanie transportu publicznego zostało zakłócone, załączające się w pomieszczeniach alarmy dymne wymuszają ewakuacje budynków. Powietrze śmierdzi i dusi. Mieszkańcy Sydney zaczęli kupować maski przeciwdymne, aby zmniejszyć poziom wdychanych cząstek smogowych, przenoszonych przez mgłę. Władze miasta nawołują do pozastania w domach i nakazują przygotować siebie, najbliższych i swój dobytek na ewentualną ewakuację.

„Kaszląc w łóżku, dusząć się w zadymionym powietrzu widzę jak prom na Manly wynurza się z mglistego mroku. A mężczyzna na promie nosi maskę gazową. I to jest okropna nowa normalność” - napisał na Twitterze dziennikarz Andrew Thomas.

"Modlić się i czekać"

Szef straży pożarnej w Nowej Południowej Walii, Shane Fitzsimmons, poinformował w zeszłą sobotę, że do pomocy przy gaszeniu pożarów przyleciała grupa strażaków z USA i Kanady. Specjaliści będą nadzorować samoloty do zrzucania wody i ciężki sprzęt używany do tworzenia linii przeciwpożarowych. - Jesteśmy nie tylko wdzięczni za ich obecność tutaj, ale także za ich poświęcenie - powiedział Fitzsimmons.

Oprócz regularnej straży pożarnej (w chwili obecnej z płomieniami walczy około 1600 strażaków), w walce z ogniem uczestniczą setki wolontariuszy, którzy od tygodni zamiast stawić się w miejscu pracy, ewakuują zagrożone tereny.

Tymczasem konserwatywny premier Australii, Scott Morrison, w odpowiedzi na rosnące niezadowolenie Australijczyków z powodu bierności rządu federalnego w walce z pożarem, zaleca „modlić się i czekać”. Jego postawa wobec kryzysu jest ostro krytykowana. Tak samo jak lekceważenie przez rząd federalny oczywistego związku pomiędzy zmianami klimatycznymi, a trwającą plagą pożarów.

Susze i pożary nękające kraj pozbawiają źródeł utrzymania rolników i spowodowały szkody warte milionów dolarów. Kraj robi się coraz bardziej gorący i coraz bardziej suchy, a deszcze są coraz rzadsze. Tymczasem według Urzędu Wodnego Nowej Południowej Walii ponad 85 proc. zaopatrzenia Sydney w wodę zależy od opadów deszczu – co oznacza, że jeśli poziom opadów utrzyma się na obecnym poziomie, w roku 2022 tamy mogą wyschnąć. Od czerwca Sydney podlega ograniczeniom zużycia wody.

Rośnie presja na rząd

Niszczycielskie pożary zwiększyły presję polityczną na rząd, by ten zrobił więcej, aby walczyć ze zmianami klimatu. W środę pod sydnejskim ratuszem 20 tysięcy protestujący w maskach na twarzach, wymachiwało transparentami: „Chcę znów zobaczyć błękitne niebo”, „Odmowa to nie polityka”, „Mniej debaty więcej działań klimatycznych”, „Dla moich wnuków” i „Zmiany klimatu jest stanem zagrożenia zdrowia publicznego”. Działacze partii ekologicznych zatrzymują pociągi węglowe i blokują drogi. Na papierze wygląda na to, że kraj podejmuje odpowiednie działania - w 2015 roku Australia zgodziła się ograniczyć emisję dwutlenku węgla na mocy paryskiego porozumienia klimatycznego. Jednak wielu oskarża premiera Scotta Morrisona i jego administrację, że poza tym nie zrobili nic, a sam Morrison zapytany w zeszły weekend o zmiany klimatyczne, unikał udzielenia odpowiedzi.

Tymczasem Nowa Południowa Walia i Queensland płoną. W tym pierwszym stanie jest nadal aktywnych ponad 100 pożarów. Zginęło 6 osób, ponad 770 domów i 1590 budynków zostało zniszczonych. Premier stanowego rządu, Gladys Berejiklian, ogłosił stan wyjątkowy a mieszkańcy zostali ostrzeżeni o „katastrofalnych” warunkach pożarowych, ponieważ meteorolodzy ostrzegają przed wysokimi temperaturami i silnymi podmuchami wiatru.

Naukowcy szacują obecnie liczbę ofiar wśród dzikich zwierząt, w szczególności w zagrożonej populacji koali. Mark Graham, ekolog z Rady Ochrony Przyrody, powiedział, że koale w większości przypadków „naprawdę nie są w stanie poruszać się wystarczająco szybko, aby uciec przed płomieniami, które rozprzestrzeniają się od wierzchołka drzewa do wierzchołka drzewa”. W najbliższy poniedziałek w Parlamencie Nowej Południowej Walii przewidziane jest wystąpienie ekologa i prezydenta North East Forest Alliance, Dailana Pugh który ma przedstawić dowody na to, że spaliło się ponad 2000 torbaczy, a jedna trzecia ich siedlisk na południowym wybrzeżu została unicestwiona.

Koale to ikona Australii. W stanach objętych pożarami są one objęte programem ochrony gatunków zagrożonych. "Forbes" pisał niedawno, że pożary spowodowały, iż koale „wyginęły funkcjonalnie”, co wielokrotnie powtarzały inne australijskie i zagraniczne media. Jest to twierdzenie kontrowersyjne. David Lindernmayer, profesor ekologii na Australian National University, twierdzi, że co prawda płomienie mogły zdziesiątkować populację tych torbaczy, jednak kryzys zaczął się wraz z procesem wylesiania terenów oraz z przedłużającymi się okresami suszy (koala nie jest w stanie wytrzymać więcej niż cztery dni bez wody). Ostatnie pożary pogłębiły problem, jednak jego pełna skala nie jest jeszcze oszacowana.

W związku z pożarami słynny, sylwestrowy pokaz fajerwerków na Sydney Harbour został odwołany. To niespotykany w historii miasta precedens.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA