fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Izrael: Premier Benjamin Netanjahu w opałach

Premier Beniamin Netanjahu (z prawej) w towarzystwie ministra obrony Avigdora Liebermana w 2016 roku. Politycy współpracowali blisko przez ćwierć wieku
AFP
Po raz pierwszy w historii kraju nie udało się utworzyć rządu po wyborach.

Zamiast hucznej inauguracji piątej kadencji Beniamina Netanjahu na stanowisku szefa rządu w Izraelu odbędą się we wrześniu nowe wybory do Knesetu. Ostatnie miały miejsce zaledwie w kwietniu tego roku. Po sześciu tygodniach negocjacji koalicyjnych Netanjahu zdołał skłonić do współpracy kilka niewielkich ugrupowań, w tym dwie partie religijnych ortodoksów.

Dało to w sumie 60 głosów w 120-osobowym Knesecie. Do ostatniej chwili liczył na pięć mandatów partii Nasz Dom Izrael kierowanej przez Avigdora Liebermana, ministra obrony w ostatnim gabinecie Netanjahu. Lieberman zażądał jednak gwarancji, że rząd podejmie skuteczne działania zmierzające do wcielenia do armii studentów jesziw – religijnych szkół dla haredim, czyli ortodoksyjnych Żydów.

Czytaj także:

Sześć mitów o restytucji mienia żydowskiego

Zdążyć do października

– Oficjalnie mowa jest o fiasku porozumienia z powodu ustawy o służbie wojskowej haredim. Jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana – mówi „Rzeczpospolitej” Avi Scharf, szef „Haarec Online”.

Netanjahu doprowadził celowo do rozwiązania Knesetu i nowych wyborów parlamentarnych, nie będąc w stanie utworzyć koalicji rządowej po wygranych w kwietniu wyborach. Takie rozwiązanie uniemożliwia prezydentowi powierzenie misji utworzenia rządu innemu politykowi, na przykład szefowi koalicji Niebiesko-Białej Benny Gantzowi, która zdobyła w kwietniowych wyborach jeden mandat mniej niż Likud. Jego wysiłki zapewne nic by nie dały, ale trwałyby sporo czasu. Nie ma go Netanjau, który w październiku będzie przesłuchany przez prokuratora generalnego w sprawie trzech doskonale zbadanych i udokumentowanych zarzutów korupcyjnych. Prokurator Avichai Mandelbit zapowiedział już wcześniej, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby postawić Netanjahu w stan oskarżenia.

Na taką ewentualność premier przygotowywał się od dawna. Po postawieniu go w stan oskarżenia Sąd Najwyższy musiałby zadecydować o tym, czy mógłby nadal pełnić swą funkcję, czy też ustąpić. Zapobiec temu miało uchwalenie przez Kneset specjalnej ustawy unieważniającej a priori spodziewane orzeczenie Sądu Najwyższego.

Plan Kushnera

Wtedy Netanjahu mógłby rządzić spokojnie przez kolejne lata. Za wsparcie takiej ustawy premier był gotów na wszelkie koncesje pod adresem przyszłych koalicjantów. Należała do nich także obietnica dotycząca formalnej aneksji ogromnych obszarów okupowanego Zachodniego Brzegu.

Rozwój sytuacji w Izraelu zaskoczył Waszyngton, którego wysłannicy na czele z Jaredem Kushnerem przybyli z wcześniej zaplanowaną wizytą do Jerozolimy. Przygotowujący plan pokojowego rozwiązania konfliktu bliskowschodniego zięć prezydenta Trumpa Jared Kushner odwiedził w ostatnich dniach szereg stolic państw arabskich, sondując nastroje przed ogłoszeniem propozycji pokojowych nazwanych przez Trumpa „deal of the century”.

W najbliższych dniach w Bahrajnie przedstawiona zostanie część ekonomiczna całego planu na konferencji przygotowanej przez Waszyngton z udziałem nie tylko przywódców państw arabskich. Chodzi o inwestycje wartości wielu miliardów dolarów na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, co miałoby rozruszać gospodarkę regionu. Przygotowałoby to grunt pod polityczną część planu, która będzie zaprezentowana w późniejszym terminie.

– Potrzebne jest całkiem nowe podejście. Rozwiązanie w postaci dwu państw się nie sprawdza – tłumaczył Kushner w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Time”. Uznano, że oznacza to, iż administracja Donalda Trumpa rezygnuje definitywnie z tzw. two states solution. Jest to formuła z początków lat 90. zakładająca, że obok państwa żydowskiego miało funkcjonować państwo palestyńskie na obszarach zajętych przez Izrael w wyniku wojny w 1967 roku.

Nowe podejście

– Słowa Kushnera nie oznaczają nic innego jak to, że idei „two states solution” nie należy traktować jak świętość. Na jej bazie nie udało się rozpocząć negocjacji, które zawsze rozbijały się o dwie kwestie: statusu Jerozolimy oraz problemu uchodźców palestyńskich – mówi „Rzeczpospolitej” Nadim Shehadi, dyrektor nowojorskiej filii Libańsko-Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie.

Jego zdaniem samo przeniesienie ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy nie oznacza, że Trump uznaje całą Jerozolimę za wyłączną stolicę państwa żydowskiego, jak to zapisano w jednej z izraelskich ustaw konstytucyjnych. Nie ma też w jego opinii nic wspólnego z planem Kushnera zapowiedź premiera Netanjahu włączenia do państwa żydowskiego obszarów tzw. Area C Zachodniego Brzegu, czyli 63 proc. terytorium ziem okupowanych zamieszkanych przez 300 tys. z ponad 3 mln Palestyńczyków i 385 tys. osadników żydowskich.

Sami Palestyńczycy odrzucają plan Kushnera, nie czekając na szczegóły. Konferencję w Bahrajnie szef Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas posyła zaś „do piekła”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA