fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Szczyt w Warszawie: To nie musiała być antyirańska konferencja

AFP
Polska poinformowała Iran o szykowanym w Warszawie spotkaniu bliskowschodnim. I Iran zareagował spokojnie. Wszystko się zmieniło, gdy głos zabrał sekretarz stanu USA.

Światowa opinia publiczna długo nic nie wiedziała o szykowanej w stolicy naszego kraju na 13–14 lutego konferencji ministrów spraw zagranicznych dotyczącej Bliskiego Wschodu. Aż nagle, 11 stycznia, usłyszała. Ale nie od przedstawicieli kraju gospodarza, lecz od szefa amerykańskiej dyplomacji Mike’a Pompeo.

Kto przyjedzie?

Z Londynu minister, z Berlina wiceminister, z Ankary nikt


W ostatniej chwili poznajemy listę uczestników spotkania dotyczącego Bliskiego Wschodu.


Kluczowym państwem dla przyszłości Bliskiego Wschodu jest Turcja, zarazem sojusznik Ameryki i Polski z NATO. Ale do Warszawy nie przyjedzie szef MSZ Mevlüt Cavusoglu ani jego zastępca. W ogóle nikt z Ankary nie przyjedzie – nieoficjalnie dowiedziała się z ankarskich źródeł „Rzeczpospolita". Prawdopodobnie na spotkaniu pojawi się przedstawiciel ambasady tureckiej w Polsce.


Minister Cavusoglu zapewne będzie w tym samym czasie towarzyszył prezydentowi Recepowi Erdoganowi w Soczi, gdzie ma się odbyć poświęcony Syrii szczyt przywódców Rosji, Turcji i Iranu. Nieprzypadkowo w tym terminie.


Moskwa już w połowie stycznia odrzuciła zaproszenie do Warszawy.


W czwartek wyjaśniło się, kto przyjedzie z Berlina. Będzie to wiceminister spraw zagranicznych Niels Annen – podała „Rzeczpospolitej" rzeczniczka ambasady Niemiec Christina Wegelein.


Z Unii Europejskiej wiadomo, że będą ministrowie spraw zagranicznych:


Litwy Linas Linkevičius i Węgier Péter Szijjártó, o czym pierwsza informowała „Rzeczpospolita" 18 stycznia.


Austrii Karin Kneissl – o czym publicznie sama mówiła.


Wielkiej Brytanii Jeremy Hunt – co w czwartek potwierdziła nam rzeczniczka ambasady brytyjskiej Małgorzata Śmierzycka.


Z Bliskiego Wschodu wybierają się, i to wiadomo przede wszystkim z mediów amerykańskich, szefowie dyplomacji arabskich krajów pozostających w sojuszu z Waszyngtonem i zarazem wrogów Teheranu: Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii, Bahrajnu. Niektóre media dodają jeszcze Oman.


Będzie też Beniamin Netanjahu, premier Izraela, który stoi również na czele resortu dyplomacji.


Jak się dowiedziała „Rzeczpospolita", zaproszenia nie odrzucił Katar, państwo izolowane przez Arabię Saudyjską i jej sunnickich sojuszników m.in. za utrzymywanie bliskich kontaktów z Iranem. Wciąż niewykluczone, że do Warszawy przyjedzie szef katarskiego MSZ.

Zapowiedział ją w Kairze, podczas objazdu po stolicach proamerykańskich krajów arabskich Bliskiego Wschodu. I od razu podał, jaki jest główny cel konferencji: wskazanie Iranu jako destabilizującego sytuację w regionie.

W tym czasie MSZ w Teheranie co najmniej od kilku dni wiedziało o warszawskim spotkaniu i nie uważało go za antyirańskie. Powiedział o tym w środę na spotkaniu z kilkoma polskimi dziennikarzami ambasador Iranu w Polsce Masud Edrisi Kermanszahi. Wyjaśnił, że to on spotkał się przed 11 stycznia z wiceszefem polskiego MSZ i przekazał do centrali, że Polacy nic skierowanego przeciwko Irańczykom nie szykują.

– Pompeo wszystko zepsuł – podkreślił irański dyplomata.

Do czwartku wieczór nie udało nam się uzyskać żadnej informacji na ten temat od wiceministra Macieja Langa odpowiadającego za Bliski Wschód i Azję w MSZ. Lang odwiedził Teheran dziesięć dni po antyirańskiej zapowiedzi Pompeo i omówił z irańskim odpowiednikiem – jak to ujęto dyplomatycznym językiem – „cele i oczekiwania” obu krajów wobec konferencji.

Wyglądało to jak próba ratowania stosunków z Iranem. Bo 11 stycznia na kairskie wystąpienie sekretarza stanu USA natychmiast gniewnie zareagował na Twitterze szef irańskiej dyplomacji Dżawad Zarif. Napisał, że Polska nie zmyje hańby, jaką jest goszczenie „antyirańskiego cyrku”, i wypomniał jej niewdzięczność (za pomoc udzieloną tysiącom Polaków, którym udało się wraz z armią Andersa wydostać ze Związku Radzieckiego w czasie drugiej wojny światowej).

W udzielonym „Rzeczpospolitej” sześć dni później wywiadzie ambasador Kermanszahi powiedział, że „Polska podjęła ryzyko polegające na zniszczeniu naszych wzajemnych relacji. A były one serdeczne i przyjazne od wielu wieków”.

Teraz dodaje, że jeżeli deklaracja podsumowująca konferencję będzie miała „antyirańskie ostrze”, to Polska poniesie konsekwencje.

Co będzie uznane za „antyirańskie ostrze”? – Uznanie Iranu za główny czynnik destabilizacji na Bliskim Wschodzie i głównego winnego problemów regionu.

Wiele wskazuje, że tak właśnie będzie. Jako czołowy mówca ma na konferencji wystąpić z „ostrym antyirańskim” przesłaniem premier Izraela Beniamin Netanjahu. Na dodatek we wtorkowym orędziu do narodu prezydent Donald Trump uznał „radykalny irański reżim” za „czołowego państwowego sponsora terroryzmu”. I na dodatek zarzucił Teheranowi, że grozi ludobójstwem narodowi żydowskiemu.

Chyba trudno, żeby z takiego nastawienia administracji amerykańskiej, którą w Warszawie będą reprezentować wiceprezydent Mike Pence i sekretarz stanu Mike Pompeo, wynikło coś, co nie będzie dla Irańczyków przekroczeniem czerwonej linii.

Jakich konsekwencji może się wówczas spodziewać nasz kraj? – Obniżenia rangi stosunków „albo i krok dalej” – stwierdził Kermanszahi.

Czy ambasador Masud Edrisi Kermanszahi opuści Warszawę, okaże się 14 lutego. Jest tu akredytowany od września zeszłego roku. Przedtem, jak sam podkreśla, był ambasadorem w trudnym miejscach – w Libanie i na Kubie.

Irańczykom termin konferencji może się wydawać prowokacyjny, zaczyna się ona dwa dni po okrągłej 40. rocznicy zwycięstwa rewolucji islamskiej, która obaliła proamerykańskiego szacha.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA