fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piłsudski twierdził, że walczy z chaosem

„Rządowy” 10. Pułk Piechoty obstawia w dniach zamachu majowego most Kierbedzia w Warszawie. Daremnie
Wikipedia
- W logice bezwzględnej walki z „zaplutym karłem", jak Marszałek latem 1923 roku nazwał endecję, kryło się przekonanie, że na scenie politycznej są środowiska, z którymi w ogóle nie można prowadzić dialogu czy rywalizować na demokratycznych zasadach - mówi historyk Krzysztof Kawalec

Plus Minus: Wojska zajęły strategiczne pozycje w Warszawie, a rząd ogłosił stan wyjątkowy. Około godziny 17 Józef Piłsudski spotkał się z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego. Nikt postronny nie słyszał, o czym rozmawiali. Pierwsze strzały padły o 17.41. Przez trzy dni walk po obu stronach zginęło 215 żołnierzy i 164 cywilów. W przyszłym tygodniu minie równo 90 lat od dokonanego w dniach 12–15 maja 1926 roku przewrotu majowego. Na ile to był zaskakujący obrót spraw, a na ile eskalacja konfliktu politycznego po prostu musiała skończyć się puczem?

Układ sił w Sejmie był patowy, ale przewrót był zaskoczeniem. Co prawda od początku 1926 roku można było mówić o pewnej atmosferze zamachu. W tym kontekście często wskazuje się choćby na wypowiedzi Wincentego Witosa, który prowokował Piłsudskiego, mówiąc, że jeśli ma możliwości, to niech ich użyje... Była też seria wywiadów, w których Marszałek wypowiadał się wręcz rynsztokowym językiem, bardzo agresywnym. To bardzo podgrzewało atmosferę.

Ale to tylko jedna strona medalu. Drugą było powszechne przekonanie, że politycy są na tyle odpowiedzialni, że pewnej granicy nie przekroczą. Takie wypowiedzi znaleźć można i u publicystów socjalistycznych, takich jak Mieczysław Niedziałkowski, i u endeków. Choćby Stanisław Grabski pisał, że Polska nie może sobie pozwolić na wojnę domową, gdyż w naszym położeniu geograficznym, między dwoma silniejszymi mocarstwami, z których każde żywi wrogie zamiary, konflikt wewnętrzny może przerodzić się w agresję zewnętrzną ze strony jednego z sąsiadów albo obu, więc ryzyko, jakie niosłaby ze sobą wojna domowa, byłoby za duże. Grabski pisał wprost, że Piłsudski zdaje sobie z tego sprawę i na pewno nie przeprowadzi zamachu stanu. To przekonanie było wśród elit powszechne.

Jednak 10 maja 1926 roku Józef Piłsudski udzielił „Kurierowi Porannemu" wywiadu, w którym oznajmił, że stanie do walki ze złem, czyli z sejmokracją. Jego intencje musiały być dla władzy jasne, skoro cały nakład gazety został skonfiskowany.

Tylko że to nie był pierwszy taki kryzys i pewnie wcale nie najbardziej spektakularny. Już jesienią 1925 roku grupa oficerów z generałem Gustawem Orliczem-Dreszerem na czele złożyła Piłsudskiemu wizytę w Sulejówku, gdzie ofiarowała mu do dyspozycji – jak to Dreszer ujął w płomiennym przemówieniu – „zaprawione w bojach szable". A jeszcze wcześniej, bo jesienią 1923 roku, był strajk powszechny i kryzys polityczny, który doprowadził do starć wojska ze związanymi z partią socjalistyczną robotnikami. Przy czym w obrębie PPS to piłsudczycy byli grupą, która dążyła do zaostrzenia starcia z podlegającym rządowi wojskiem. To dopiero był spektakularny kryzys...

Z tym że w październiku 1923 roku dyplomata Władysław Baranowski, goszcząc w Sulejówku, napomknął gospodarzowi o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych. Marszałek miał się jednak oburzyć i odpowiedzieć: „Tego absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam!".

Tak, Piłsudski rzeczywiście mówił, że jest przeciwny rozwiązaniu siłowemu. Ale jednocześnie w logice bezwzględnej walki z „zaplutym karłem", jak Piłsudski latem 1923 roku nazwał endecję, kryło się przekonanie, że na polskiej scenie politycznej są środowiska, z którymi w ogóle nie można prowadzić dialogu czy rywalizować na demokratycznych zasadach. Z geografii Sejmu jasno wynikało, że Narodowa Demokracja – a ściślej mówiąc, skupione wokół niej środowiska centrum i prawicy, od chadecji po grupę chrześcijańsko-narodową – stanowiła najliczniejszy blok polityczny, który stabilizował system parlamentarny. Niezwykle ostre wypowiedzi Piłsudskiego delegitymizujące najsilniejsze ugrupowanie sejmowe w oczach jego wyznawców odbierało prawomocność całemu systemowi politycznemu. A to tworzyło atmosferę zamachową.

Wielu historyków za największe problemy kraju w latach 1918–1926 uznaje nieudolną władzę rozdrobnionego parlamentu, niezdolnego do wypracowywania kompromisów, oraz wszechobecną korupcję.

Parlament, który w systemie władzy miał pozycję szczególnie uprzywilejowaną, był jednocześnie bardzo słaby, ponieważ był podzielony na wiele wzajemnie zwalczających się grup i grupek. W wyborach 1920 roku głosowano na ponad 20 list. Skład Sejmu przypominał pokrojony na kawałeczki tort urodzinowy. Najsilniejsza była oczywiście endecja, ale i ona nie mogła liczyć na więcej niż 40 proc. głosów. Jednocześnie miała przeciw sobie wszystkich maluczkich, którzy obawiali się majoryzacji. Piłsudski miał więc rację, że władza w Polsce była słaba. Z tym że nasz system parlamentarny nie przypadkiem tak wyglądał. Wzorowano go na systemie Republiki Francuskiej, która podobnie jak Polska była krajem naturalnie wielopartyjnym. I rządzona w ten pozornie nieudolny i słaby sposób Francja, gdzie gabinety zmieniały się częściej niż co trzy miesiące, jakoś przetrwała kilkadziesiąt lat. Co więcej, przetrwała w tym systemie potworną próbę sił, jaką była I wojna światowa, i to przetrwała ją zwycięsko.

A korupcja?

W Polsce panowało dość powszechne przekonanie, że państwo zżera niewyobrażalna wręcz korupcja. Jednak nie do końca było to prawdą. Faktem jest, że politycy byli opłacani źle, co mogło oczywiście sprzyjać korupcji, ale uważano po prostu, że na służbie państwowej nie wypada się obłowić. Polityka była uważana zwyczajnie za służbę społeczną. To była bardzo przaśna demokracja, ale jej ideały były dość sympatyczne, a co najważniejsze: funkcjonowało to wszystko dość sprawnie, bo jeśli się porówna poziom korupcji w Polsce z wielkością tego zjawiska w państwach ościennych, trzeba stwierdzić, że stopień skorumpowania naszych urzędników był w zasadzie bardzo niski.

Polska od Francji różniła się jednak tym, że „choć polskim politykom nie można było odmówić dobrych chęci, to nie mieli oni gdzie nauczyć się, jak ucierać poglądy i dochodzić do konsensusu". To słowa prof. Janusza Odziemkowskiego, który dodaje: „Każdy uważał, że ma jedyną receptę na zbawienie państwa i bezwzględnie starał się to przeprowadzić".

I to jest prawdą, paradoksalnie, jeśli chodzi o polityczną czołówkę tego okresu, bo politycy z drugiego szeregu często rozumieli potrzebę konsensusu. Natomiast przywódcy kluczowych obozów, czyli Józef Piłsudski i Roman Dmowski, nie dość, że wywodzili się z zaboru rosyjskiego, który nie wpoił im ideałów parlamentaryzmu, to jeszcze zostali ukształtowani przez działalność w strukturach konspiracyjnych.

Z tym że Roman Dmowski akurat miał wcześniejsze doświadczenia parlamentarne.

Formalnie tak, bo był w rosyjskiej Dumie. Ale swoją rolę w niej pojmował bardzo specyficznie. Uważał, że jest w niej kimś w rodzaju polskiego ministra spraw zagranicznych, który przedstawia kwestię polską na szerszym forum. Nie angażował się w normalną grę parlamentarną, w której trzeba szukać zbliżenia z jednymi, by osiągnąć coś w starciu z innymi. Gdy w czasie I wojny światowej miał okazję pobyć dłużej na Wyspach Brytyjskich, rozczarował się także tamtym modelem parlamentaryzmu. A trzeba wiedzieć, że wcześniej podziwiał właśnie ten układ, w którym stabilność opiera się na rywalizacji dwóch partii, i uważał go za najlepszy. Ale Dmowski po prostu nie rozumiał gry parlamentarnej. Dlatego też to późniejsze polskie rozdrobnienie parlamentarne, podobnie jak Piłsudski, postrzegał zwyczajnie jako chaos. Denerwowała go płynność władzy, a równocześnie nie akceptował tego, że władza niepotrzebnie – w jego przekonaniu – wkraczała w sferę stosunków społecznych. I Piłsudski, i Dmowski akceptowali demokrację polityczną jako pewną ideę polegającą na tym, że ostateczna władza należy do obywateli. Natomiast te ich wyobrażenia nie do końca się przekładały na akceptację konkretnych rozwiązań systemowych.

Skoro system parlamentarny niezbyt odpowiadał obu najbardziej wpływowym politykom tego okresu, to może do przewrotu majowego po prostu musiało dojść, bo ramy systemu były zwyczajnie za wąskie?

Nie jestem fatalistą, wręcz uważam, że nawet w realiach konstytucji marcowej, mocno ograniczających możliwości polityczne, do zamachu stanu spokojnie mogło nie dojść. Wystarczyłoby wciągnąć do współpracy obu naszych wielkich polityków. To na pewno by ustabilizowało system. Piłsudski rzeczywiście zajął pozycję mu wrogą, ale trzeba jasno powiedzieć, że ten system wcześniej nie czynił w jego stronę żadnych gestów. W przypadku Dmowskiego nie można co prawda powiedzieć, że otwarcie kontestował system, ale niewątpliwie się od niego mocno zdystansował. Nieobecność w systemie władzy postaci o tak wielkich możliwościach i ogromnym autorytecie po prostu musiała się skończyć dla niego tragicznie.

Tymczasem politycy, którzy działali w parlamencie, to nie byli mężowie stanu o wielkich umiejętnościach politycznych. Nie bardzo radzili sobie z kryzysami politycznymi, a niektóre wręcz sami prowokowali, jak ten fatalny, z grudnia 1922 roku, zakończony śmiercią prezydenta Gabriela Narutowicza.

Co zmienił przewrót majowy?

Po pierwsze, pozwolił Piłsudskiemu zaspokoić wielką potrzebę posiadania władzy. Ale jeśli chodzi o bilans przewrotu, to nie będę dzielił włosa na czworo, bo sprawa jest oczywista. Nie ma dziedziny, w której dzięki przewrotowi majowemu działoby się w kraju wyraźnie lepiej niż wcześniej. Żaden problem wskazywany przez Piłsudskiego jako kluczowy i negatywnie ważący na szansach Rzeczypospolitej, który w retoryce Marszałka miał być przyczyną zamachu stanu, nie został przez rządy sanacji skutecznie rozwiązany.

Jedną z głównych przyczyn przewrotu było jednak uzdrowienie moralności publicznej, której niski poziom kłuł w oczy nie tylko Piłsudskiego, ale i wielu polityków endeckich.

Można dowieść, że język polityki po przewrocie stał się o wiele bardziej brutalny niż wcześniej. Przeglądając prasę z lat 20. i 30., widzimy, że różne nieakceptowane wcześniej zachowania zaczęły być usprawiedliwiane, co gorsza, w pewnym momencie zachwiał się wspólny kod i pojęcia, które przed przewrotem były rozumiane w miarę jednoznacznie, jak demokracja, wolność, patriotyzm, dyscyplina społeczna, nagle zaczęły się rozmywać, zależnie od kontekstu oraz przynależności partyjnej. Najbardziej demoralizujący wpływ na kształt publicznego dyskursu (jak i szerzej – zachowania ludzkie) miał oczywiście strach, który zawsze wiąże się z rządami dyktatorskimi. W Polsce między 1918 a 1926 rokiem panował, mówiąc studenckim językiem, bardzo duży luzik. I to się zaczęło zmieniać – jakkolwiek na tle krajów totalitarnych sfera wolności pozostawała wciąż duża.

Nie było przecież tak, że przewrotu majowego dokonał sam Piłsudski z kilkoma poplecznikami. Po stronie piłsudczyków stało bardzo wiele środowisk politycznych.

Z początku z przewrotem część stronnictw rzeczywiście wiązała ogromne nadzieje. Paradoksalnie przewrót i użycie siły poparła akurat ta część opinii publicznej, która najbardziej ostentacyjnie afirmowała system demokracji parlamentarnej. Lewica liczyła na reformy społeczne. Szybko się jednak okazało, że przegrała nie tylko prawica – bo grupa rządząca zmieniła reguły gry, a słuchać nikogo nie zamierzała. Dlatego wielu polityków, którzy wcześniej wspierali Piłsudskiego, jak Ignacy Daszyński, przekonało się, że ich możliwości działania się kurczą, a administracja zaczyna im robić przykrości i utrudniać życie... W pewnym momencie w ówczesnym języku propagandy obozu rządzącego pojawił się termin „prawolew", który oznaczał wszystkie opozycyjne partie polityczne od prawa do lewa, przedstawiane jako wrogowie państwa. System władzy, usytuowany ponad opinią społeczną, wskazał partie jako źródło rozstroju i społecznych problemów.

Piłsudski jednak nie rozwiązał parlamentu, nie zlikwidował wyborów ani nie zabronił opozycji w nich startować. Jak na dyktatora to miał chyba dość liberalne podejście do instytucji demokratycznych.

Partie mogły oczywiście startować w wyborach, zdobywać miejsca w parlamencie, ba, nawet otrzymywać parlamentarne diety, natomiast w żaden sposób nie przekładało się to na ich wpływ na losy państwa. Politycy zderzali się z aparatem administracyjnym i coraz silniejszym naciskiem obozu władzy. Więzienie w twierdzy brzeskiej był tylko jednym z elementów polityki strachu, przez którą Piłsudski przemawiał do opozycji, by ta siedziała cicho. Sanacja stworzyła system rosnących ograniczeń administracyjnych dla partii. One sobie z tym radziły, to prawda, ale trudno tu mówić o swobodzie działania. Do tego administracja rozwinęła cały bogaty repertuar różnorakich wypaczeń i fałszerstw wyborczych. Natomiast sytuacja ta była nie do porównania z terrorem znanym z dyktatur klasycznych, takich jak bolszewicki Związek Radziecki czy faszystowskie Włochy Mussoliniego, gdzie władza powołała monopartię i brutalnie tłumiła wszystkie protesty społeczne. W Polsce do 1939 roku normalnie ukazywały się opozycyjne gazety i istniała możliwość działania w strukturach politycznych niezależnych od państwa.

Podobno ani jedna książka nie została przez władzę wycofana czy zakazana.

Ale nie znaczy to, że nie było cenzury. W przypadku treści, które mogły wywołać niepokój publiczny albo zawierały sformułowania nieprawdziwe, wydawca odpowiadał przed sądem. Jednak mógł uniknąć tych nieprzyjemności, jeśli sam dobrowolnie zgodził się przed opublikowaniem oddać tekst do kontroli. Cenzura miała formę bardzo widoczną dla czytelnika, bo w miejscach, które zostały zakwestionowane przez cenzora, pojawiały się białe plamy. Radzono sobie i z tym, ba, byli nawet publicyści, którzy z białych plam w tekście potrafili czynić argumenty o wielkiej sile perswazji.

Jeśli wcześniej problemem Rzeczypospolitej była niesprawność administracji i zbyt częste zmiany gabinetów, to rozumiem, że wprowadzenie władzy autorytarnej usprawniło władzę i pozwoliło rządowi skutecznie reformować kraj.

Trudno temu zaprzeczyć. Jednak problem w tym, że koszty tej jednej korzyści były bardzo wysokie. Drugie zastrzeżenie jest takie, że skala tego usprawnienia administracji wcale nie musiała być znacząca. W ostatnim czasie ukazały się trzy znakomite pamiętniki ludzi związanych z obozem Piłsudskiego: dziennik Kazimierza Świtalskiego, pamiętniki generała Kordiana Zamorskiego i wspomnienia księdza Bronisława Żongołłowicza. To byli ludzie zajmujący eksponowane miejsca w administracji państwowej. Obraz, który widzimy w ich dziennikach, jest porażający: chaotyczne reorganizacje, ciągłe zmiany, panoszenie się ludzi niekompetentnych, kolesiostwo i radosne nadużywanie władzy płynące z poczucia bezkarności. Co jak co, ale akurat poczucie bezkarności przed przewrotem majowym było niemożliwe. Nie widzimy w tych dziennikach jedynie korupcji, bo na to Piłsudski był wybitnie uwrażliwiony i reagował bardzo zdecydowanie. Natomiast mimo wszystko jest to obraz bardzo niesympatyczny, a na pewno nie jest to obraz działania instytucji sprawnej. Nie ma się też wrażenia, że aplikowane zmiany prowadzą ku lepszemu. To, co Zamorski wspomina o naciskach dokonywanych osobiście przez Piłsudskiego czy zmianach personalnych przez niego wprowadzanych, po prostu budzi grozę. Piłsudski może i skończył z dawnym zwyczajem, znanym także dziś, że zwycięska partia przejmuje wszystkie stołki. Ale na wszystkie te stołki powsadzał swoich ludzi, często niekompetentnych. A potem ci zaczęli się gryźć między sobą...

Jednak dzięki temu, że władza nabrała stałości, udało się wprowadzić w życie kilka wielkich projektów gospodarczych. Wybudowano choćby Centralny Okręg Przemysłowy w widłach Wisły i Sanu czy zmodernizowano przemysł obronny. To wszystko są wielkie zwycięstwa sanacji.

To prawda, tylko że w przypadku wielkich projektów, jak choćby COP, były one jednak spóźnione. Szkoda, że Eugeniusz Kwiatkowski, centralna postać planu budowy Okręgu, ale też twórca portu w Gdyni, technokrata w najlepszym znaczeniu tego słowa, na początku lat 30. popadł w niełaskę u Marszałka – podobno za sprawą myśli zawartej w swojej wydanej w 1932 r. książce, w której zdystansował się od ryczałtowego potępienia całej opozycji. Dopiero po śmierci Piłsudskiego Kwiatkowski powrócił na szczyty władzy. Na usprawiedliwienie Piłsudskiego trzeba powiedzieć, że gdy objął pełnię władzy, nie był już Piłsudskim z czasów organizacji bojowej PPS, nie był nawet tym z czasów legionowych czy wojny z bolszewikami. To był już człowiek o zrujnowanym zdrowiu, szybko starzejący się, coraz bardziej niezdolny do dostosowania się do zmieniającej się rzeczywistości, długo pamiętający urazy. Jakaś część niesprawności systemu pomajowego niewątpliwie wynikała właśnie z tego, że Piłsudski był już niezdolny do udźwignięcia ciężaru, jaki na siebie wziął.

Krzysztof Kawalec jest profesorem nauk historycznych, wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego i naczelnikiem delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Opolu. Jest badaczem dziejów doktryn politycznych oraz polskiej myśli politycznej, specjalizuje się w dziejach Polski XIX–XX wieku

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA