fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Elity popierają sikanie do zniczy

WingPress
W Kambodży zobaczyłem, jak wygląda postkomunistyczny pokój społeczny, bo przecież tam też był swoisty Okrągły Stół i Magdalenka. Przywieziony na wietnamskim czołgu premier uwłaszczył resztki dowódców Czerwonych Khmerów na polach diamentowych w prowincji Pailin - mówi Jan Krzysztof Kelus

Plus Minus: Uśmiechnięty pan.

Borsuka widziałem.

W świecie nic ciekawego?

Hm, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A ponieważ ja siedzę pod lasem, dość daleko, to z tej perspektywy spoglądam na świat.

Co cieszy pod lasem? Tylko sarny, które pukają zimą nosami w szybę, żeby dostać marchwi?

Bardzo się cieszę, że Andrzej Duda został prezydentem, bo miałem już przeświadczenie, że znów będę miał głowę państwa, którą niekoniecznie szanuję.

Miał pan takich prezydentów wcześniej.

I niby się zdążyłem przyzwyczaić, ale człowiek zawsze ma marzenia i chciałby, żeby się spełniły.

Na czym opiera pan swą nadzieję?

To trudne pytanie...

Dziękuję.

Miałem tak pesymistyczną wizję tego, co się dzieje, że w zasadzie każda zmiana będzie zmianą na lepsze. Oczywiście trochę to kwestie osobowościowe: są na świecie optymiści i są pesymiści, dla których szklanka jest do połowy pusta. Ale od pewnego czasu szklanka wydawała mi się bardziej niż do połowy pusta, nieznośnie pusta.

Duda ją napełni?

Nie miałem wyboru, na Komorowskiego i tak nie mógłbym głosować, bo nie potrafię mu zapomnieć tego, co robił przed i po 10 kwietnia 2010 roku. I, szczerze mówiąc, cieszę się, że złe czyny i pycha zostały ukarane jeszcze w tym żywocie.

Złe czyny?

Nie mówię o zamachu, bo w tej dziedzinie jestem agnostykiem, więc nie wiem, co się stało w Smoleńsku, lecz wiem, jak zachowali się rozmaici ludzie, także prezydent. Oni obrazili mnie jako Polaka, czułem się upokorzony i zeszmacony jako członek narodu, który reprezentują tacy ludzie.

Upokorzony, zeszmacony – nie za ostro?

Nie mówię nawet o dziwnym kombinowaniu w sprawie rozdzielenia wizyt, ale o tych wszystkich okropnościach potem. I znowu, k...a, wszystko to, co działo się w Polsce, mogę przetransponować na doświadczenia w moim miejscu pod lasem.

Mamy zaprzyjaźnionych PGR-owskich emerytów, kochanych, starszych państwa, pszczelarzy. Odwiedziliśmy ich. Kuba chciała jakoś pocieszyć panią Czesię: „Masz teraz majowe, możesz iść pod krzyż, pośpiewać". „A, już nie chodzę". „Jak to, ty nie chodzisz, Czesiu?". „Chłopaki ze wsi wyśmiewają, kamieniami rzucają...".

Straszne.

Widzi pan?! Gnoje z PGR Rutkowo zachęcone tym, że elity popierają to, co się działo pod krzyżem w Warszawie, to sikanie do zniczy, te krzyże z puszek po piwie, zrobiły poprawkę na zabawę w PGR i zaczęły obrzucać kamieniami staruszki. To nie jest upokorzenie, zeszmacenie?

I Duda przywróci panu godność?

Wtedy zachował się w nieskazitelnie przyzwoity sposób. To naprawdę ogromna odmiana. I jestem mu głęboko wdzięczny, że uwolnił mnie od wątpliwiej przyjemności bycia obywatelem państwa z takim prezydentem jak Komorowski.

Po 25 latach wolności skorzystał pan z wolności wyboru, ale pańska emigracja trwa dłużej.

Tutaj, pod las, trafiłem na stałe ponad 20 lat temu, w 1992 roku. Wcześniej pół roku spędzaliśmy na Mazurach, zajmując się pasieką, a zimą przyjeżdżaliśmy do Warszawy. Ponieważ miałem poczucie, iż latem zajmuję się prywatą, to przez drugie pół roku starałem się to nadrobić na swój skromny sposób, parając się knuciem i drażnieniem komunistów.

A kiedy zmienił się ustrój, pan, zamiast się zaangażować, udał się na emigrację wewnętrzną.

Ona zaczęła się od Okrągłego Stołu, kiedy miałem silne poczucie, że coś tu się nie rymuje, że to zły pomysł. Jeszcze zanim zaczęły się obrady, przyszła do nas emisariuszka naszych KOR-owskich przyjaciół i opowiedziała, że prowadzą rozmowy, w których ustalono, że będzie Okrągły Stół i podstoliki, między innymi od kultury, i czy nie chciałbym w to wejść.

Nie chciał pan, jak rozumiem.

Byłem wstrząśnięty! Przecież nikt mnie nie upoważnił do tego, by się w imieniu narodu dogadywać z komunistami. Od początku pachniało to spiskiem elit, zmową i przeczułem całe zło, które się może z tego zdarzyć. Jednoznacznie i ostentacyjnie się z tego wypisałem.

Czego pan chciał, rewolucji?

Tak później mówiono na mieście, ale to nie była prawda. Użyłem wtedy argumentu, że ten okręt z komunistami i tak tonie, więc nie ma powodu, żeby konstruować im szalupy ratunkowe. Trzeba przeczekać: to się samo wywali i wcale nie trzeba krwawej rewolucji.

Przychodzi 4 czerwca i...

...Jednak idę głosować, mimo wszystko.

Powstaje rząd Mazowieckiego.

W którym są moi przyjaciele. Czytam naszą gazetę i wszyscy zaczynają mi perswadować. Po trochu, po trochu zaczyna się we mnie rodzić zwątpienie. A czy to nie jest tak, że ten pierwszy milion to trzeba ukraść, a czy to nie jest tak, że faktycznie kapitał nie ma narodowości? Tym wahaniom poświęciłem piosenkę.

Hm, nie znam.

Bo jest nieskończona i nigdy jej nie śpiewałem. To „Canto liberała": „Pierwszy milion trzeba ukraść, każdy o tym wie. / A co stare, krzywe, chore / Niech spierdala, bo nie w porę / Urodziło się".

Poproszę Michała Lorenca, żeby zrobił do tego muzykę, ale na razie wróćmy do pana na początku lat 90.

Wtedy naszły mnie wahania i zacząłem wątpić, czy miałem rację. A może inaczej nie mogło się ułożyć, może dzięki temu nie polała się krew, może to jedyny sposób, by uniknąć zemsty i rewanżu, do którego trzeba by powołać służby wyłapywaczy czerwonych, którzy potem łapaliby różowych, a kto wie, może i do mojej d... by się dobrali? No i z jednej strony nie podobało mi się to, co się działo, a z drugiej – wątpiłem, czy miałem rację.

Wtedy wielu ten stan przechodziło.

Tylko moja żona nie miała wątpliwości i mówiła, że dzieje się źle.

Ona pana przekonała?

Kiedy się przeprowadziłem tu, pod las, coraz częściej widziałem dramatyczne rzeczy wokół.

Pan był szczególnym obserwatorem, bo establishment stanowili pańscy przyjaciele.

No i przyjeżdża przyjaciel, wiceminister rolnictwa...

...Henryk Wujec.

...Pokazujemy mu taki upiorny PGR, nieczynną stacyjkę kolejową, rozkład jazdy autobusów do miasteczka oddalonego o 20 kilometrów od wsi: jeden rano, drugi wieczorem, do pracy nie sposób się dostać. Przyjeżdża dziennikarz, pokazujemy to samo i nic. Kiwają głowami; „No tak, no tak..." i na tym się kończy.

Czego się pan spodziewał?

Nie wiem, odkąd zamknęli się w getcie na Wiejskiej czy na Czerskiej, to nie widzą innego świata. A kiedy tacy ludzie przeprowadzą się jeszcze do zamkniętych osiedli, to już nie mają żadnej okazji powąchać, liznąć, zobaczyć, jak wygląda prawdziwy świat.

Nam się wydaje, że żyjemy tu w dostatku. Tymczasem niektórzy nasi warszawscy znajomi uważają, że to skrajne ubóstwo, i są tak przejęci, że dostajemy potem paczki żywnościowe! A my mamy wyrzuty sumienia wobec sąsiadów, że żyjemy ponad stan.

Jak widać, wszystko jest kwestią skali...

Jesteśmy dziećmi szczęścia, mieliśmy mieszkanie w Warszawie, które mogliśmy wynajmować i żyć jak rentierzy. A obok jest rodzina z czwórką dzieci i niepełnosprawną siostrą sąsiadki. Razem ich siedmioro, mąż pracował w tartaku w Szczytnie i kiedy zawodziła komunikacja, to nocą wracał do domu 20 kilometrów pieszo! Moja żona wsiadała w samochód i potrafiła znaleźć go zimą w połowie drogi. Ci ludzie bohatersko walczyli o przetrwanie.

Stereotyp jest inny.

To nie jest film „Arizona"! Nasz sąsiad, pan Kazimierz, po długim bezrobociu znalazł pracę jako operator koparki w Olsztynie. Tylko że pensja nie starczyłaby mu na codzienne dojazdy do domu, więc całą zimę przemieszkał w volkswagenie golfie, oszczędzając na paliwie. A jak uciułał trochę grosza i okazyjnie kupił przyczepę kempingową, to umarł na nowotwór. Koledzy z pracy przywieźli tę przyczepę i postawili wdowie pod domem. Stoi tu, za lasem, po drodze z Jeleniowa, pomnik ofiar transformacji.

Nie mogę takich rzeczy słuchać.

Wtedy, gdy ta kretynka kręciła „Arizonę", mądry leśniczy wiedział, że należy przymknąć oko na wnyki zastawiane w lasach.

I mówi to pan, największy znany mi ekolog?

Tak, bo część z tych ludzi została zmuszona do przejścia w zasadzie na gospodarkę łowiecką. Naprawdę tak było.

Najgorzej było na początku?

Wcale nie, teraz też jest ciężko, choć inaczej. Na początku lat 90. najgorsze było to, że padła komunikacja publiczna. Wybawieniem był import używanych samochodów. To, że ci ludzie mogli za dwa, trzy tysiące kupić kilkunastoletniego golfa, było wielką szansą.

Skorzystali i wyjechali.

Tu, pod lasem, wszystko widzę w mikroskali. Co innego słyszeć o procentach bezrobocia czy milionach emigrantów, a co innego, kiedy Kuba dowiedziała się w sklepie, że właśnie wyjeżdża ostatni z naszych sąsiadów. Zostają starcy i dzieci.

Dokąd jeżdżą?

Absolutnie wszędzie, gdzie znajdą pracę. Słyszałem o młodych chłopakach z tonącego PGR, którzy kupili starego busa i jeździli malować mieszkania do Budapesztu.

Do Budapesztu?

No właśnie, nie wiem, jak to sobie załatwili, ale tak się działo.

Nie widzi pan, że prócz tego wszystkiego, co bezsprzecznie jest prawdą, Polska się rozwija? Nie chodzi tylko o autostrady i idiotyczne aquaparki, ale choćby o stworzoną od zera nowoczesną fabrykę pociągów...

To po co kupujemy pendolino? (śmiech)

Nie mam pojęcia, ale pan też ma przyjaciół, uczciwie pracujących biznesmenów, którzy się dorobili, prawda?

I to również jest część prawdy o polskiej transformacji. Ja nie twierdzę, że wszystko w Polsce wygląda jak wieś, w której mieszkam. Chciałem tylko pokazać kontrast między wizją „Wyborczej" czy programów telewizyjnych pełnych propagandy sukcesu a tym, co widzę. W obrębie mego wzroku nie powstało żadne nowe przedsiębiorstwo. No dobrze, 50 kilometrów stąd zbudowano IKEA, ale w tym samym momencie upadło ileś tam drobnych tartaków, którym odebrała pracę.

Tak czy owak, zawsze wtopa. Naprawdę nie dostrzega pan niczego, co się w Polsce udało?

Dostrzegam, tylko zawsze potrzebni są ludzie bardziej od wytykania tego, co niedobre, niż zachwycania się tym, co świetne. Na tym polega społeczny podział pracy i ja w nim czuję się wytykaczem oraz czarnowidzem.

Prawdą o 25 latach jest i film „Arizona", i przykład pańskiej wsi, i prężny biznes.

Oczywiście, że to widzę, a ponieważ nie jestem ekonomistą, nie potrafię potwierdzić tego, co słyszę: że poza wyjątkami padł w Polsce cały zaawansowany technologicznie przemysł, że nie robimy niczego innowacyjnego, a eksportujemy surowce i żywność. Nie chcę tego rozwijać, ale mówię panu, co widziałem.

Czyli co?

Widziałem na przykład, że nikt z pracowników PGR, którzy zostali na lodzie, nie uszczknął z prywatyzacji nic, natomiast kierownicy, cała ta powiatowa nomenklaturka, kupowali za bezcen maszyny i sprzęt, gotowe gospodarstwa, a przede wszystkim ziemie nad jeziorami, które potem rozparcelowali na działki...

...I sprzedali warszawiakom.

Widziałem to na własne oczy, a była to jawna forma rabunku. Te rejony stały się letnimi przedmieściami Warszawy zamieszkanymi przez stołecznych milionerów. Bo rozwarstwienie społeczne mamy jak w głębokim feudalizmie i to mnie bardzo martwi.

Dlatego głosuje pan przeciw Platformie?

To wszystko nie jest oczywiście jednoosobową winą Bronisława Komorowskiego, ale był on częścią większej całości. Poza tym to on zapewniał, że dzisiejsza Polska to kraj mlekiem i miodem płynący, oaza dostatku przeżywająca złoty wiek, najlepszy okres w swojej historii.

To jeszcze nie tłumaczy, dlaczego znalazł się pan po stronie prawicy.

Dziwiło to już bardzo wielu moich kolegów. Jedni byli tym zrozpaczeni, inni się cieszyli.

Do wizerunku człowieka prawicy pan nie pasuje.

Jako człowiek mało polityczny, ale reagujący bardzo emocjonalnie na rzeczywistość, odnajduję tu ludzi, którym mogę zaufać na tyle, by oddać na nich głos.

Był pan członkiem komitetu honorowego Kaczyńskiego, głosował  na Dudę – pańskie dawne środowisko w większości jest po drugiej stronie.

Na wszelkie sposoby staram się zapobiec temu, by podzieliła nas polityka. Staram się nie nawracać ludzi na mój światopogląd, bo to jest bezskuteczne, a ludzie i tak zwykle nie zmieniają swych poglądów. Ale nie lubię też być poddawany praniu mózgu, a na żarty ze Smoleńska jestem uczulony.

Na wsi też ten spór polityczny jest tak gorący?

Zaprzyjaźniony stolarz opowiadał, że przed drugą turą chłopy pobiły się pod spółdzielnią o politykę.

Pański przyjaciel Jacek Kleyff jest z drugiej strony.

I kilka razy między nami zaiskrzyło, ale staramy się dbać o naszą serdeczną przyjaźń.

Żachnął się pan, gdy nazwałem go doktorem socjologii...

Patrzę na tych socjologów, którzy zamienili się w propagandystów obu partii, i myślę, że jeśli miałbym być taki jak oni, to wolę już być wiejskim dziwakiem, który politykę ogląda z daleka i stara się ją egzemplifikować przykładami z najbliższego otoczenia. W ten sposób najłatwiej ją zrozumieć.

Poza tym głównym profitem z doktoratu jest świadomość, że nietrudno zostać doktorem i nie jest to recepta na mądrość. Zresztą socjologiem się bywa, a nie jest, i gdy ktoś od 25 lat siedzi pod lasem, to naprawdę nie jest już naukowcem. To jak w tym dowcipie...

Naprawdę chce pan opowiedzieć dowcip?

Oczywiście! Jedzie starsza pani autobusem i nikt jej nie chce ustąpić miejsca. Głośno narzeka, więc wstaje młody człowiek i rzuca: „Siadaj, stara k...o!". Niemalże mdleje. Podchodzi do niej starszy mężczyzna: „Niech się pani nie denerwuje. Ja byłem kiedyś prezesem straży pożarnej, to do dziś mówią do mnie panie prezesie".

Ale ja tego nie mogę zamieścić w gazecie.

Dlaczego nie?!

OK, proszę państwa, ten dowcip opowiedział doktor Jan Krzysztof Kelus, socjolog. A propos, dlaczego używa pan dwóch imion?

Tak zacząłem podpisywać kasety i tak zostało. Nawet zaczęli mnie małpować, przecież jest taki były premier, który też podpisuje się Jan Krzysztof, ale trudno.

Spróbuje pan po tym wstępie ocenić 25 lat z perspektywy innej niż tylko „miejscowość o niepięknej nazwie Miętkie"? Ja zawsze będę pamiętać chwilę, w której dostałem paszport.

Też się pocieszałem tym, że mam w szufladzie paszport, cieszyłem się, że będę mógł napisać, a nawet opublikować nową rzecz i nie będzie nad nią cenzora. To ważne, choć życie pod lasem pokazało mi też, że jestem beneficjentem, a mnóstwo ludzi podchodziło i mówiło: „Panie Janku, ale komu to k...a przeszkadzało?".

Panu to przeszkadzało.

To prawda. I mógłbym powiedzieć, że to skłonność do narzekania, bo pamiętam tych samych ludzi jeżdżących rowerami, a dziś wszyscy mają auta. Mają też kafelki w łazienkach, a nie chodzą za stodołę, a tak przecież było.

No właśnie!

I myślę, że transformacja ułożyła się tak, jak się ułożyła, bo w żadnym z demoludów nie przebiegła tak, jak chcieli ludzie. Istnieje coś takiego jak społeczeństwo postkomunistyczne, stan przejściowy. Mnie to intrygowało, nawet pojechałem do Kambodży i próbowałem napisać książkę.

Jednak socjolog.

Raczej pielgrzym, bo pielgrzymowałem do miejsca, gdzie za mego życia dokonała się przestraszna rzecz: Pol Pot wymordował jedną czwartą swojego narodu. Tam zobaczyłem niewiarygodne analogie między Kambodżą a Polską. Sprzedawca bananów mówił, że za Pol Pota to jednak było lepiej, bo nikt się toyotą land cruiser nie rozbijał, wszyscy mieli po równo, a on swoją miskę ryżu dostał, bo był dzieciak posłuszny.

Tylko że pan nie był posłuszny i panu miska ryżu nie wystarczała.

Zobaczyłem, jak tam wygląda postkomunistyczny pokój społeczny, bo przecież tam też był swoisty Okrągły Stół i Magdalenka. Przywieziony na wietnamskim czołgu premier uwłaszczył resztki dowódców Czerwonych Khmerów na polach diamentowych w prowincji Pailin. Tam też nikt właściwie nie został pociągnięty do odpowiedzialności, mieli dwóch takich jak u nas Humer i to wszystko. Tych analogii jest mnóstwo.

I nie mogło być inaczej?

Wygląda na to, że nie, taki jest bieg dziejów. Być może kiedyś naukowcy analizujący to na zimno uznają, że ten proces musiał tak wyglądać, skoro wszędzie był tak podobny. I że był zupełnie jasny, jak przejście z feudalizmu do kapitalizmu. Stało się to, co się stać musiało.

Więc nie warto się było męczyć, nasz postkomunistyczny los był zapisany w gwiazdach? O co więc te pretensje? Taka karma i tyle.

Pamięta pan „Wojnę i pokój"? Tam były dwie wizje historii: Napoleona i Kutuzowa. Mnie bliższa jest ta druga, nieco taoistyczna, zakładająca – w uproszczeniu – że niepotrzebne są wielkie, bohaterskie bitwy, trzeba się spokojnie cofać, a ta wielka masa ludzi niszczona mrozem dojdzie do pewnego miejsca, a potem zacznie się cofać.

Czyli karmy nie zwyciężysz? Jakoś nie widzę tej postawy w pańskim życiorysie.

To gorzka mądrość Eklezjasty, która nie znaczy, że człowiek nie ma czynić wszystkiego, co w jego mocy, by zmieniać świat na lepsze. Mam też taką skłonność, że zawsze biorę stronę słabszego. Nie chodzi mi o wielkie rzeczy, ale o pojedynek bokserski, który przypadkiem miałbym oglądać – tu też identyfikowałbym się z tym lanym. I tak było w całym życiu – przecież nie wierzyłem, że komunizm padnie, ale musiałem stawać po stronie bitych i poniewieranych.

W imię czego się pan angażował?

Ja? Przecież ja nigdy nie zostałem postawiony przed najtrudniejszymi wyborami.

Czyżby? Zawsze, jak można było zarobić w łeb albo posiedzieć w więzieniu, Kelus wychylał się pierwszy. Dlaczego?

Zawsze myślałem, że dla przyzwoitości.

Ona musi być w czymś osadzona.

W genach?

W genach to ma pan osadzony nos. Przyzwoitość bierze się z systemu wartości.

Widocznie wylazło ze mnie to, co mi zostało z ojca, akowca, jakiegoś prapradziadka Jana Kelusa, który w 1794 roku zostawił w spadku zegarek, lornetkę i konia. Dopiero w wyniku rozprawy ujawniono, że zginął w walce z Rosjanami, krzycząc „Brońcie, bracia, choć zginiemy!". Nie, „bo zginiemy", tylko „choć zginiemy". Patriota.

A pan?

Był czas, kiedy wstydziłem się mówić „Polska", bo w środowisku, w którym się poruszałem, nikt tak nie mówił, zamiast tego padało „ten kraj". Dziś skłonny jestem mówić raczej „nasz kraj".

Co się zmieniło?

Zdałem sobie sprawę, jak ważne jest pielęgnowanie tradycji, poczucia wspólnoty, wspólnego losu. To stało się dla mnie oczywiste także dlatego, że na patriotyzm, na związek z własną ojczyzną, jestem skazany choćby przez język.

Tego, co myślę i czuję, nie wyrażę nigdy tak dobrze w żadnym innym języku. Ja polszczyznę kocham, jak jej nie kochać za te podwójne zdrobnienie? Krowa, krówka, króweczka? Spróbuj to powiedzieć po angielsku! Albo zgrubienia: żaba, żabsko – piękne. I jeszcze kalendarz – nie wzięliśmy nazw miesięcy z łaciny, tylko wszystko z przyrody. Mamy styczeń od tyczek chmielowych, luty od zmarzniętej ziemi, wrzesień od wrzosów... Kalendarz mamy jak u Indian, prześliczny!

I borsuki mamy.

Więc szkoda, że panu wywiad nie wyszedł, ale przynajmniej zobaczy pan borsuka. Pokażę panu.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA