fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polska pruskim murem podzielona

Forum
Rów dzielący Polskę na zachód i wschód jest głęboki. Wywodzące się z historii różnice między dwoma „plemionami" Polaków są wzmacniane przez całkiem współczesne konflikty polityczne i ideowe.

Wydaje się, że mówimy tym samym językiem i wyglądamy tak podobnie. Że jesteśmy takimi samymi Polakami. Ale nic z tego. Badania dowodzą bowiem, że żyjemy tak naprawdę w dwóch Polskach: zachodniej i wschodniej. Okazuje się, że przez nasz kraj biegnie granica wyznaczająca wzory i standardy naszego myślenia.

A kreśli ją wcale nie grubość portfela czy poziom wykształcenia, ale historia. Linia podziału przebiega bowiem wzdłuż granicy dzielącej blisko 100 lat temu zabór pruski od dwóch pozostałych. Przy czym zwłaszcza mieszkańcy Ziem Odzyskanych wyróżniają się socjologicznie na tle kraju. Inna jest ich mentalność, życiowa stabilność i poziom demoralizacji. Także stosunek do pracy i sąsiada. Rzadsza jest wiara w Boga, dziejową sprawiedliwość czy bezkresną miłość. A podział głosów widoczny na znanych mapkach po obu turach ostatnich wyborów prezydenckich okazuje się tylko wierzchołkiem góry lodowej.

I tak entuzjaści zachodu zacytują poważne badania mówiące, że populacja polskich dzików przemieszcza się lasami ze wschodu ku ziemiom zachodnim i północnym (bo nawet dzik wie, że lepszej jakości tam żer...). „Niepomna widać, że na tych terenach przestępczość jest w Polsce największa, to i o zbłąkaną kulę w dziczy statystycznie łatwiej" – ripostują miłośnicy wschodu – i tak dalej...

Trauma i demoralizacja

Ziemie przyłączone po wojnie: Dolny Śląsk, Górny Śląsk, ziemia lubuska, Pomorze Zachodnie, Warmia i Mazury z Gdańskiem, bardzo silnie wyróżniają się na tle kraju częstością wszelkich nietradycyjnych zachowań, co badania wykazują niezmiennie od 50 lat – mówi dr hab. Piotr Szukalski, demograf z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Z badań, które przytacza, wynika, że najwięcej jest tu zarówno par kohabitujących, jak i dzieci urodzonych w tych nieformalnych związkach. A jeśli już zawierane jest małżeństwo, to i tak rzadziej niż gdzie indziej w Polsce jest ono wyznaniowe – znacznie częściej to śluby cywilne. Wśród warmińskich i mazurskich nastolatek zdarza się też najwięcej ciąż.

Ba, patrząc na statystyki, w ogóle wydaje się, że miłosne związki słabo służą mieszkańcom naszego rodzimego „Dzikiego Zachodu" (jak sami o sobie piszą online), bo liczba rozwodów jest tam najwyższa w kraju, przy czym najwięcej par rozstaje się w powiatach na zachodniej granicy i w obrębie województwa warmińsko-mazurskiego. W skali kraju największa jest tam też liczba dzieci pozostających w opiece zastępczej, co wiąże się z dużą liczbą rozwodów. A jeśli do nietradycyjnych zachowań zaliczymy ów najwyższy w Polsce wskaźnik przestępczości – mamy obraz najbardziej wywrotowej części kraju. Dlaczego?

Zdaniem Szukalskiego winny jest zanik więzi i kontroli społecznej na tych terenach. – Mieszkańcy Ziem Odzyskanych to ludzie po traumie przesiedleń, w czasie których więź społeczna została zniszczona i nie udało się jej już odbudować. Dlatego mniejsze jest ich przekonanie o trwałości życia społecznego i równie małe poczucie społecznej odpowiedzialności. Ich dziadowie przeżyli wstrząs, doświadczyli, że wszystko może być ulotne i względne. A i potem, za PRL, budowanie wszelkich oddolnych instytucji wzmacniających te społeczne więzi nie było w interesie władzy – tłumaczy demograf.

Przypomina, że mówimy o terenach w dużej części popegeerowskich, gdzie środowisko było mocno zdemoralizowane. Nauka mówi o procesach dziedziczenia zachowań demograficznych. Co to znaczy? Ludzie są bardziej skłonni przestrzegać tych zasad, które obserwują w dzieciństwie, gdzieś między drugim a czwartym–piątym rokiem życia. Przyglądają się wówczas, jak inni postępują lub jak, zdaniem rodziców, sami powinni postępować, i na tej podstawie uczą się budować moralne normy.

I nie chodzi o to, by potomek wkuł na blachę dziesięć przykazań. Dziecko patrzy: rodzic przestrzega czy nie. – Nazywamy to efektem demonstracji. Tym sposobem, jeśli otoczenie przestrzega jakichś zasad etycznych, dekalogu czy innych, takie postępowanie dziecko uważa za naturalne i właściwe – wyjaśnia Szukalski. I dodaje, że jeśli człowiek od małego jest świadkiem, jak ludzie się rozwodzą albo jak sąsiad, gdy mu czegoś potrzeba, wyniesie to z PGR, a gdy się napije, to nasika pod płotem, bardziej będzie skłonny uważać, że to dobry sposób na życie.

Tego, że różnice w mentalności mogą być efektem przesiedleń i wykorzenienia, dowodzi ciekawy przypadek powiatu bieszczadzkiego na Podkarpaciu. Otóż powiat ten na tle niezwykle zachowawczego i tradycjonalistycznego obyczajowo województwa podkarpackiego jawi się wręcz jako wyspa wszelkich nietradycyjnych zachowań demograficznych. Dlaczego? Bo po ucieczce i wysiedleniu ludności ukraińskiej i łemkowskiej zasiedlono go po wojnie na nowo. – To takie Ziemie Odzyskane w mikroskali – ocenia Szukalski.

Śmierć w Lubuskiem

O społecznym zszarganiu ludzi z ziem zachodnich i północnych mówi też kierownik Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego dr hab. Andrzej Zięba, podkreślając, że nawet po wielu latach trauma migracji jest tam żywa. W pamięci społecznej dominuje tam świeże, odziedziczone po rodzicach i dziadkach, poczucie braku podmiotowości, bo pokolenie to wysiedlono przecież wbrew jego woli, a mocno odczuwana obcość Pomorza czy Śląska miała zasadnicze znaczenie dla ich sposobu myślenia: widoczna na każdym kroku poniemieckość, niepewność przyszłości, brak tytułów własnościowych i brak stabilizacji. – Co najważniejsze, nowi mieszkańcy przybyli z różnych stron, jest to zatem społeczność kulturowo popękana. W ludziach wykorzenionych z ich dziedzictwa nie ma tego, co istnieje zazwyczaj w społeczności tubylczej – zaplecza w postaci zwartego systemu norm przekazywanego z pokolenia na pokolenie i podzielanego przez wszystkich – tłumaczy antropolog.

Popularność świeckich małżeństw czy życia na kocią łapę i innych nietradycyjnych zachowań wiąże się zapewne z o wiele mniejszą niż gdzie indziej w Polsce rolą Kościoła katolickiego. Z danych Instytutu Statystyk Kościelnych wynika, że na tych terenach jest najmniej praktykujących wiernych w kraju. W diecezji szczecińsko-kamieńskiej wskaźnik uczestników niedzielnej mszy świętej w 2013 r. wynosił 24,3 proc., a w koszalińsko-kołobrzeskiej 25 proc. (dla porównania – najwyższy był w diecezjach tarnowskiej i rzeszowskiej: 69 proc. i 64 proc.).

Słabość Kościoła na ziemiach zachodnich i północnych polega na tym, że budowany był wraz z tworzącymi się tam społecznościami właściwie od zera. – Tymczasem na wschodzie funkcjonuje on w stabilnych strukturach, gdzie katolicyzm ludowy ma silniejsze korzenie i inną tradycję – tłumaczy prof. Jacek Schmidt, kierownik Zakładu Studiów Polskich i Regionalnych Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu.

Trzy lata temu Schmidt zbadał powiązania małżeńskie ludzi z dawnego pogranicza zaboru pruskiego i rosyjskiego. I co się okazało? Że od czterech pokoleń mieszkańcy dawnej Kongresówki niezmiennie uprawiają endogamię, czyli zawierają małżeństwa tylko po swojej stronie tej granicy, podczas gdy po stronie pruskiej odbywa się to już pół na pół.

Co ciekawe, o ile wschodnia narzeczona widziana jest w miarę chętnie jako nawykła do ciężkiej pracy, o tyle narzeczony z Galicji to już niegodny zaufania obibok i leń. A już na pewno pijak. – To były bardzo spektakularne wyniki, które nie tylko dowiodły istnienia zamkniętych segmentów społeczności lokalnych, ale też pokazały, że do tej pory funkcjonują one w okowach stereotypowego myślenia o cechach ludzi z drugiej strony granicy – ocenia badacz.

A ja nie mogę się powstrzymać od refleksji, że ludzie matrymonialnie zamknięci na zachód wiedzą jednak, co czynią, bo statystycznie najtrwalsze małżeństwa zwierane są na wschodzie: w Lubelskiem, Świętokrzyskiem i Podkarpackiem. Na tych samych terenach, które należą do najbezpieczniejszych w kraju.

Jest jeszcze coś interesującego: ze świeżo opublikowanych danych GUS wynika, że województwa na Ziemiach Odzyskanych wyróżniają się wyższym od średniej ogólnopolskiej poziomem zgonów, podczas gdy na Podkarpaciu i Podlasiu żyje się najdłużej. Przeciętna kobieta dożyje tam 82,8 roku, podczas gdy w Lubuskiem 80,8.

Historyczny blef

Wydawać by się mogło, że te wnioski o różnicach między polskim wschodem a zachodem są przesadzone. Że w dobie nowych technologii i życia w globalnej wiosce naszymi wyborami steruje raczej omnipotentny Google oraz wpływowe media, a nie coś tak trudnego do określenia jak społeczne korzenie (lub ich brak).

A jednak ów brak zakorzenienia ma zasadnicze znaczenie. Wystarczy przypomnieć losy obecnych mieszkańców ziem zachodnich i północnych. W większości to potomkowie emigrantów i przesiedleńców, którym tuż po wojennej traumie przemocą i na zawsze zabrano ich własne kawałki świata, po czym kazano żyć na obcym terytorium wczorajszego wroga. Byli wśród nich także rabusie i poszukiwacze przygód, o czym sugestywnie opowiada film Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego „Prawo i pięść" z niezwykłą balladą Krzysztofa Komedy „Nim wstanie dzień".

Na poniemieckie ziemie w dwóch falach (po 1945 r. i w latach 1955–1958) napłynęło niemal 6 milionów ludzi. A był to etniczny kocioł: Kresowiacy i Zabużanie, podróżni z Syberii, Rumunii, Jugosławii. Wreszcie mieszkańcy Polski centralnej i zachodniej – w pewnej części dobrowolni przybysze „za chlebem". Także polscy reemigranci.

Co zastali? Krajobraz obiecujący, ba, cywilizacyjnie z pozoru lepszy od pozostawionego, bo ziemie te dzieliła od wschodnich co najmniej półwieczna przepaść gospodarcza. Było tam wysoko rozwinięte państwo pruskie, z doskonale rozbudowaną infrastrukturą miejską, siecią kolejową, doskonałym stanem bitych dróg, budynkami i dobrym systemem gospodarowania. Zmechanizowane rolnictwo przyczyniało się do wysokiego poziomu kultury rolnej, zwłaszcza że prawodawstwo pruskie uniemożliwiało rozdrobnienie gospodarstw. – Na współczesnych zdjęciach lotniczych wciąż widać różnicę między rozbudowaną infrastrukturą zachodu i dużymi gospodarstwami a głównie rozdrobnionymi gospodarstwami wschodu z szachownicą pól – mówi prof. Schmidt. Jego zdaniem to różnice w rozwoju gospodarczym podtrzymują granicę skutkującą odmienną mentalnością obu segmentów: od wyborów życiowych po polityczne.

Piekło przesiedleńców kryło się jednak gdzie indziej – dobre warunki materialne nie przekładały się bowiem na rozwój życia społecznego. Co gorsza, by uznać te miejsca za swoje, trzeba było oswoić obcy krajobraz kulturowy. Proces ten był długi, brutalny i trudny, bo mimo że trwał pod peerelowskim szyldem „powrotu do macierzy", tak naprawdę była to polonizacja terenów wcześniej ukształtowanych przez kulturę pruską. O tym, jak głęboka była determinacja przesiedlonych, by przenieść na te ziemie swój świat, świadczą tynki, które zmęczeni wojenną biedą ludzie kładli własnymi rękami tylko po to, by ukryć estetyczną przecież, lecz obcą, konstrukcję znaną jako pruski mur.

Zdaniem prof. Schmidta ta operacja się w końcu powiodła. Polacy zorganizowali się na zachodzie i północy gospodarczo i społecznie sprawniej nawet niż na ziemiach wschodnich. W dużej mierze dzięki osadnikom z Wielkopolski, Śląska i Pomorza, znającym realia gospodarowania na ziemiach poniemieckich. Sfera społeczna została gęsto powiązana licznymi stowarzyszeniami i organizacjami wspierającymi rozwój kulturalny. Nawet dziś liczba nowych Orlików, czyli boisk dla młodzieży, największa jest na zachodzie i północy.

Psychologia walizki

Czy wschód Polski ma w takim razie jakąś przewagę, jeśli chodzi o tworzenie społecznych instytucji? – Więcej jest ochotniczych straży pożarnych, bo one pełnią tu także funkcje inne od statutowych – twierdzi Schmidt, sugerując widać, że dyskoteka w remizie zaspokaja potrzeby życia kulturalnego przaśnych ludzi wschodu.

Mój rozmówca opowiada znany żart: „Czy wie pani, dlaczego w czasie powstania wielkopolskiego Polacy nie zdobyli poznańskiego dworca? Bo zabrakło biletów peronowych!". Schmidt tłumaczy, że anegdota ta ilustruje, jak wiele atrybutów kulturowych mieszkańcy Ziem Odzyskanych i zaboru pruskiego przejęli od Niemców. Musieli z nimi konkurować na niwie gospodarczej i aby być skutecznymi, przyswajali ich obyczaje. – Wykształciło to gospodarność, sumienność, porządek, funkcjonowanie w ramach prawa.

Oczywistą konsekwencją historycznych wydarzeń jest także fakt, że Polacy z zachodu i północy są najmniej zasiedziali i o wiele bardziej skłonni do migracji niż mieszkańcy innych części kraju (demografia definiuje zasiedziałość jako zamieszkiwanie od urodzenia w tej samej gminie). Ludzie są mniej przywiązani do ziemi, bo rzadziej byli jej właścicielami. – Nie było tam gospodarstw indywidualnych, tylko PGR, tymczasem gdy mamy ziemię na własność, często nas to po prostu do niej przykuwa – mówi demograf. Dorzuca, że powojenne doświadczenie rodziców utrwaliło w ich dzieciach i wnukach przekonanie, iż gwałtowne przemieszczenie się wcale nie musi być tragedią. „Jeśli rodzicom się udało, to i nam się uda" – myślą.

To, że dziadowie obecnych mieszkańców ziem zachodnich i północnych nie przywiązali się do ziemi, widać było po ich domach – nieremontowanych do lat 60. Żyli w poczuciu tymczasowości. Tamte obawy i niepokoje wciąż wpływają na psychikę wielu mieszkańców Ziem Odzyskanych. Nowe elity tych regionów starają się jednak tworzyć – pod hasłem regionalizmu – wizję historii tych ziem jako dziedzictwa wspólnego, opartego na wielokulturowości. Często jednak pod tym pojęciem kryje się proste nawiązanie do tradycji niemieckiej. Jedno ze szczecińskich rond nazwano na przykład imieniem Hermanna Hackena, niemieckiego nadburmistrza miasta sprzed 100 lat.

Nasz sąsiad Bismarck

Czasem owo nawiązanie do niemieckości bywa wręcz absurdalne. Oto kilka lat temu, krążąc z rodziną po Pomorzu, pod Bytowem dotarłam do miejsca noclegowego niby urokliwego: hotelowego kompleksu w starym parku. Szkoda tylko, że pod szyldem „Bismarck". Co gorsza, reklamowanego jako wizytówka regionu.

Zdumiona przeczytałam na miejscowych forach internetowych, że w otwarciu kompleksu uczestniczyli przedstawiciele wszystkich miejscowych władz, a przeciwko uczczeniu kanclerza Rzeszy zaprotestował tylko historyk prof. Cezary Obracht-Prondzyński. „My tu, w Polsce, a szczególnie na Pomorzu i Kaszubach, nie mamy najmniejszego powodu, aby sławić imię tego polityka, który przez całe życie żywił szczerą niechęć, żeby nie powiedzieć mocniej, do Polaków i polskiej kultury. Trzeba mieć trochę szacunku dla samego siebie" – pisał profesor na łamach miesięcznika „Pomerania", ale jego opinia nie zyskała posłuchu.

A może mieszkańcy Ziem Odzyskanych czują się naprawdę duchowymi spadkobiercami niemieckiej kultury? – To mit, który w świadomości społecznej chce zastąpić poprzednią narrację o powszechnej walce z niemieckością, którą także Wielkopolanie konsekwentnie prowadzili przez kilka pokoleń. Teraz pamięć o tym blednie, na jej miejsce wślizguje się wyobrażenie, że Niemiec był symbolem ładu czy porządku, do którego dziś warto się odwołać – twierdzi dr hab. Andrzej Zięba i przypomina, że dla poprzednich pokoleń Niemiec był symbolem przemocy, konsekwentnie działającym na szkodę tamtejszych mieszkańców.

Na szczęście nie powiodła się inna inicjatywa mająca uhonorować żelaznego kanclerza. Mieszkańcy wsi Nakomiady kilka lat temu przywrócili obelisk ku czci Bismarcka, jednak po decyzji nadzoru budowlanego musieli go zdemontować. I pomyśleć, że mowa o potomkach przesiedleńców, którzy ukrywali pruskie mury, tynkując swoje nowe domostwa...

Młode pokolenie na ziemiach zachodnich przestaje postrzegać Niemców przez pryzmat historii i wojennej traumy. Prof. Schmidt prowadził badania młodzieży na pograniczu Zgorzelca i Gorlitz oraz Słubic i Frankfurtu. Wynika z nich, że są jeszcze tacy, którym Niemiec kojarzy się z Hitlerem i Auschwitz, ale co piąty mówi tylko „nasz sąsiad", „mieszkaniec innego kraju", wskazując na wysoką technologię, nowoczesność, wysokość zarobków i w ogóle lepszy kraj.

Zresztą czemu się tu dziwić, skoro ponad połowa z nich ma w Niemczech członków rodziny, jedna trzecia krewnego uczącego się po niemieckiej stronie, kolejna jedna trzecia w bliskim kręgu rodzinnym partnera Niemca, a 42 proc. młodych ludzi chciałoby podjąć pracę za zachodnią granicą zaraz po skończeniu szkoły. 85 proc. z nich uczy się języka niemieckiego, a wielu twierdzi nawet, że w Niemczech czuje się swobodniej niż w Polsce. „Nam wystarczała chemia z Niemiec, ale moje dzieci czują już raczej chemię z Niemcem" – napisała do mnie pół żartem w e-mailu wrocławska przyjaciółka.

Poniemiecka lekkość bytu

Skąd wzięła się ta miłość do Niemiec? Dr hab. Andrzej Zięba twierdzi, że to efekt kompleksów. – Proszę zauważyć, że świadomość społeczna na Ziemiach Odzyskanych rosła pod wpływem przekonania o wyższości kulturowej dawnych mieszkańców. Był to swoisty kompleks niższości wobec Zachodu, bo Niemcy to był Zachód. Przekonanie to pchało ludzi do modelowania się na podobieństwo Niemców – mówi. I dodaje, że dziś nakłada się na to powszechne przekonanie o konieczności europeizacji Polski, czyli kolejnego kształtowania jej według zachodnich norm kultury.

Ale Zięba zwraca uwagę, że zapatrzenie w Zachód nie zawsze musi być pozytywne. – Zapomniała pani, czym okazywała się wielokrotnie owa „wyższość cywilizacyjna", do której tak aspirujemy? Była też gotowością do popełniania zbrodni potworniejszych niż w innych częściach świata – dorzuca.

Porównajmy teraz „Dziki Zachód" z południowym wschodem Polski. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w jakiejkolwiek wsi Podkarpacia obelisk Franza Stadiona, ongiś austriackiego gubernatora tych ziem. Dawna Galicja – w oczach Zięby – jest jak angielska dama, która podążając zawsze dwa kroki za modą, wybiera z niej to, w czym jej do twarzy. – W Polsce wschodniej, choć też zróżnicowanej, widać większą pewność własnej podmiotowości. Tu silnie doświadcza się poczucia wartości i własności. Także świadomości posiadania czegoś, czego nie opłaca się wyrzec na rzecz tego, co akurat modne. Wzrastaliśmy bowiem ewolucyjnie, bez wstrząsów, takich jak wysiedlenia, „od zawsze" będąc u siebie i czując się gospodarzami. Mieszkańcy mogli żyć według własnych norm i silnie wierzyć w te normy, dziedziczone z pokolenia na pokolenie – opowiada antropolog. Współczesną Małopolskę widzi jako oazę gospodarności i stabilności mentalnej, gdzie życie w zadbanych miasteczkach przypomina nieco życie na brytyjskiej prowincji. – Nowoczesność nie jawi się tu jako idol. Nie ma potrzeby, by za wszelką cenę równać się z Europą.

Zięba przypomina, że Niemcy przybywali do Małopolski od średniowiecza i wielu mieszkańców (w tym on sam) ma niemieckie korzenie. Także w czasie zaborów napłynęło tam mnóstwo osadników (głównie urzędników), którzy potem zasiedzieli się i... spolonizowali. Niemcy pozostawili silny ślad w miejscowej kulturze, ale z czasem to ona ich wchłonęła. – Nie wytworzył się zatem syndrom postkolonialnej adaptacji miejscowej ludności do norm innej kultury, a to dla mnie najlepszy wzór, jak powinny wyglądać polskie relacje z importami europejskiej nowoczesności – kończy naukowiec.

To kolejny dowód, że głęboki rów pomiędzy wykorzenionym zachodem a zakorzenionym wschodem i południem Polski naprawdę istnieje i niewiele wskazuje, że szybko zostanie zasypany. Tym bardziej że historyczne poczucie obcości między dwoma „plemionami" Polaków wzmacniają całkiem współczesne różnice ideowe i polityczne. Dla zszarganych przeszłością mieszkańców ziem poniemieckich satysfakcją niech będzie fakt, że należą do ludzi o najwyższym poczuciu szczęścia w kraju. Ot, taka niefrasobliwa lekkość bytu...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA