fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Duda zmarnował szansę, Komorowski złapał wiatr w żagle

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Ci, którzy myśleli, że debata rozstrzygnie kampanię prezydencką muszą być zawiedzenie po obejrzeniu niedzielnej debaty. Gdyby Bronisław Komorowski wyraźnie przegrał debatę trudno byłoby mu się odbić przed wyborami.

Komorowski jednak wygrał tę debatę, nie dlatego, że wypadł dużo lepiej od Andrzeja Dudy, ale dlatego, że był znacznie lepiej przygotowany, mówił znacznie lepiej niż podczas całej kampanii wyborczej. Był zaś przede wszystkim znacznie lepszy od tego, czego oczekiwali komentatorzy. Tymczasem Duda wypadł poniżej oczekiwań, wyglądał jakby na debatę przyszedł z marszu, znacznie gorzej szło mu żonglowanie liczbami i konkretnymi danymi, co w debacie może dać kandydatowi wiarygodność.

Pierwsze trzy kwadranse debaty były zdecydowanie nudne. Potem było więcej emocji, ale do końca nie było zdecydowanego przełomu. Z racji sprawowanego urzędu część dotyczącą bezpieczeństwa i spraw obronności odrobinę wygrał Komorowski. Część dotyczącą spraw społecznych zakończyła się raczej remisem. W części ustrojowej odrobinę lepszy był Duda. Część czwarta – wzajemne pytania do kandydatów – to znów remis. Końcowe oświadczenia – to znów remis, choć na plus Dudy przemawiało to, że nie czytał swego credo z kartki.

Komorowski kilka razy celnie uderzył Dudę, między innymi pytaniem o blokowanie etatu na UJ. Fakt, że Duda nie był na to pytanie przygotowany to fatalny błąd sztabowców PiS. Niepotrzebnie Komorowski podnosił głos, bo chwilami sprawiał wrażenie aroganckiego. Nieustannie też wracał do rządów PiS z lat 2005-07, kilkakrotnie przywoływał też sprawę SKOKów. Wypominał Dudzie Antoniego Macierewicza czy Jarosław Kaczyńskiego. Wszystko po to, by zmobilizować wyborców, lewicy i PO, by poszli głosować.

Prezydent często łamał reguły debaty po to, by o coś dopytać, czy mocniej uderzyć konkurenta. Jako że prowadzący nie reagowali, ciosy okazywały się celne.

Z kolei Duda też kilka razy zadał cios Komorowskiemu, np. gdy przypomniał prezydentowi, że tuż przed wyborami pomysł zmiany konstytucji uznał za przejaw frustracji, a tuż po wyborach sam taki pomysł zgłosił. Trafnie atakował nieudostępnieniem informacji dotyczących analiz konstytucyjnych dotyczących OFE. Ale pytania, które zadawał, były gorzej przygotowane. Pytanie o list Komorowskiego na uroczystości w Jedwabnem było kompletnie niepotrzebne, a mogło zostać przez jego przeciwników jako gra relacjami polsko-żydowskimi. Równie słabe było pytanie o to plan zamachu na milicjanta w czasach PRL. Komorowski mógł dzięki temu powiedzieć, że on był radykałem gdy chodziło o walkę z komunizmem, a dziś już są czasy demokracji, w których jest mniej miejsca na radykalizm.

Dlatego można uznać, że zwycięzcą wieczoru jest Komorowski. Przegrana tej debaty, mogłaby kosztować go prezydenturę, a tak wszystko jeszcze może się zdarzyć. Na jego korzyść przemawia to, że zdecydowanie się ożywił, nie wyglądał już na kogoś, komu prezydentura się należy, ale na zawodnika, który wie, że musi ją sobie wywalczyć.

Duda wypadł gorzej niż na lutowej konwencji, gorzej niż podczas licznych wystąpień podczas tej kampanii. To nie była porażka, ale zmarnował szansę, jaką dawała mu ta debata.

Czeka nas więc bardzo emocjonujący tydzień.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA