fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze wyborcze

Debata na haki

Andrzej Stankiewicz
Fotorzepa/Waldemar Kompała
W pierwszej debacie telewizyjnej obaj kandydaci na prezydenta użyli wobec siebie wszystkich haków, których się można było spodziewać. Merytorycznie był remis, ale wizerunkowo nieco lepiej wypadł Andrzej Duda.

Są dwa słowa, których Duda unikał w tej debacie, jak ognia: Prawo i Sprawiedliwość. Jednocześnie były to jedne z ulubionych słów Bronisława Komorowskiego. Debata kandydatów do prezydentury przekształciła się w litanię wzajemnych pretensji obu obozów politycznych, które za nimi stoją. Komorowski bronił dorobku III RP i rządów Platformy, a Duda niemal wszystkie swe wystąpienia opierał na krytyce sytuacji w państwie.

W pierwszej części — poświęconej polityce zagranicznej i bezpieczeństwa — lepiej wypadł Komorowski, który jako prezydent i były szef MON ma większe doświadczenie. Duda odzyskał inicjatywę w drugiej części, poświęconej kwestiom społecznym — gdzie mógł krytykować Komorowskiego m.in. za podwyższenie wieku emerytalnego i sytuację w służbie zdrowia.

Jednak prawdziwa debata zaczęła się dopiero, gdy kandydaci zaczęli sobie wzajemnie zadawać pytania. Wówczas pojawiły się praktycznie wszystkie — poza WSI — haki, którymi oba ugrupowania okładają się w ostatnich latach. Komorowski ostro atakował Dudę oskarżając go o związki ze SKOK, a nawet współodpowiedzialność za wyprowadzenie spółdzielczych pieniędzy do Luksemburga przez senatora PiS Grzegorza Biereckiego. Prezydent wypominał też konkurentowi — i był to niemal refren debaty — podpis pod projektem wprowadzającym karę więzienia dla lekarzy wykonujących zabiegi in vitro. Powtarzał też, że Duda był zastępcą Zbigniewa Ziobry w rządach PiS — którymi konsekwentnie straszył przez całą debatę.

Komorowski zarzucił też Dudzie — domagającemu się pracy dla młodych — że jako polityk od lat blokuje etat dla uniwersytecie, który mógłby trafić do młodego naukowca.

Duda nie pozostał dłużny. Próbował zaatakować Komorowskiego jego wspomnieniem z młodości, gdy jako radykalny działacz opozycji antykomunistycznej planował zabójstwo milicjanta. Wypominał prezydentowi, że przez 5 lat kadencji nie poparł żadnego z referendów, których domagały się miliony Polaków, a po przegranej pierwszej turze ekspresowo sam zgłosił potrójne referendum. Zarzucił Komorowskiemu, że nie starał się na arenie unijnej o większe dopłaty dla rolników i odpowiada za brak dywersyfikacji dostaw gazu do Polski.

W tej części debaty prezydent Komorowski był nastawiony bardziej konfrontacyjnie — co kłóci się z jego wizerunkiem. Nawet mówiąc o zgodzie, atakował Dudę. Często też mu przerywał. Komorowski nie wyzbył się złego nawyku czytania z kartki, co w telewizji nie wygląda najlepiej. Miał źle skrojony garnitur, w niektórych ujęciach było widać, że tonie w zbyt obszernej marynarce. Duda, choć na początku debaty spięty, w rundzie wzajemnych pytań był spokojniejszy i nie korzystał z kartki. Na początku przesadzał z wystudiowaną gestykulacją, ale pod koniec debaty był bardziej naturalny.

W kilku momentach kandydaci wykazali się dużym retorycznym kunsztem, zręcznie omijając trudne tematy. Komorowski bardzo przekonująco wytłumaczył się z listu skierowanego do uczestników uroczystości w Jedwabnem w 2011 r., gdzie napisał, że Polacy to „naród ofiar, który musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą" zbrodni na Żydach.

Z kolei Duda zręcznie wybrnął z wypominanego mu kilkakrotnie stanowiska w sprawie in vitro. Nie dał się także wciągnąć w dyskusję na temat Smoleńska, a skłania się ku teoriom Antoniego Macierewicza.

Obaj kandydaci mówili głównie do swych wyborców z pierwszej tury, zdając sobie sprawę, że myśląc o zwycięstwie, muszą znów zaciągnąć ich do urn. Jednocześnie Duda starał się kokietować wyborców Pawła Kukiza, choć faktem jest — jak słusznie wytykał mu Komorowski — że PiS jest zdecydowanie przeciwne głównym postulatom Kukiza, takim jak okręgi jednomandatowe w wyborach do Sejmu raz likwidacja finansowania partii z budżetu.

Sam Komorowski mówił mniej do wyborców Kukiza, a bardziej do tych, którzy tydzień temu zostali w domach — a to ponad połowa uprawnionych do głosowania, w tym spora cześć jego wyborców z 2010 r. W ostatnim, przekonującym dla tego elektoratu wystąpieniu, prezydent wyraźnie zarysował alternatywę: albo ja czyli spokój, albo Duda czyli Kaczyński czyli wojna.

Ta debata nie skończyła się wyraźnym zwycięstwem żadnego z kandydatów i nie będzie mieć decydującego wpływu na wynik wyborów. Merytorycznie był remis, a wizerunkowo nieco lepiej wypadł Duda. Jednak kandydaci wciąż idą w łeb w łeb i każdy wynik jest możliwy. Kolejna, ostatnia, debata we czwartek.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA