fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warmia i Mazury

Tamtych Mazur już nie ma

Kazimierz Orłoś (ur. 1935), jeden z najważniejszych prozaików polskich ostatnich 50 lat. Autor licznych opowiadań, powieści, scenariuszy filmowych i dramatów scenicznych.
Wydawnictwo Literackie
Kazimierz Orłoś, pisarz opowiada o Mazurach tuż po wojnie i obecnych problemach regionu.

Rz: Rozpoczął pan już mazurski sezon w swoim Krutyniu?

Kazimierz Orłoś: Wolę mówić jak kiedyś – w Krutyni. Nazwa pochodzi od rzeki. Jest milsza i ładniej brzmi niż Krutyń. Wybieramy się dopiero po Świętach Wielkanocnych.

Kiedy pierwszy raz pan trafił do tej miejscowości?

W 1948 r. ojciec przeczytał ogłoszenie w „Życiu Warszawy": pensjonat na Mazurach, nad rzeką, wśród lasów, zapraszał do przyjazdu na lato. Na list rodziców odpisano, że czekają na nas. Dostaliśmy pokój w domu Frau Szczepek – Mazurki, wdowy z dwojgiem dzieci. Stołowaliśmy się w starym budynku pensjonatu, nad Krutynią. Z naszą gospodynią rodzice rozmawiali po niemiecku, chociaż ona rozumiała po polsku, ale miała trudności z mówieniem.

Jakie to były Mazury?

Zupełnie inny świat. Przede wszystkim było pusto, wieś w lasach, zupełnie odcięta od świata. Nie było drogi asfaltowej ani światła. Po zmroku zapalano lampy naftowe. Dopiero w PRL stopniowo doprowadzono elektryczność, drogę utwardzono asfaltem. Ale w tamtych powojennych latach miejsce miało wyjątkowy urok. Rzeka Krutynia była krystalicznie czysta. Było mnóstwo ryb, które wtedy, jako chłopak i zapalony wędkarz, łowiłem. Wieczorami jedliśmy je usmażone przez Frau Szczepek. Na ryby i na raki chodziłem z miejscowymi chłopakami w moim wieku, z którymi natychmiast się zaprzyjaźniłem. Oni między sobą rozmawiali po niemiecku, ze mną po polsku – trochę archaiczną polszczyzną, co czasami mnie śmieszyło.

Zaakceptowali chłopaka z miasta?

Z początku przeżywałem wielkie zaskoczenie, bo oto znalazłem się w miejscu, gdzie wszyscy rozmawiali po niemiecku. A ja przecież pamiętałem okupację, żandarmów, powstanie warszawskie i strach przed Niemcami. Jednak bardzo szybko się zorientowałem, że to są niesłychanie sympatyczni ludzie – ci moi rówieśnicy, a także ich matki – kobiety mazurskie. Mężczyzn prawie nie było – zginęli na wojnie lub byli w niewoli. W Krutyni wszyscy mówili po polsku, tą archaiczną polszczyzną.

Jak pan zapamiętał pierwsze mazurskie wakacje?

Lato 1948 r. pamiętam jako upalne. Rankami łowiłem ryby, pływając łódką po Krutyni. Chodziłem także z rodzicami nad jezioro Mokre. Czasem szedłem z ojcem do lasu. Był przyrodnikiem, fitopatologiem, specjalistą od chorób lasu i autorem atlasów grzybów. W lesie asystowałem mu przy fotografowaniu grzybów, hub i chorych drzew. Lasy w okolicach Jeziora Mokrego miały charakter puszczy. Do Krutyni jeździliśmy na wakacje trzy lata z rzędu. Potem nastąpiła przerwa.

Ale wrócił pan.

Dopiero kiedy byłem na studiach, pod koniec lat 50., znów zacząłem tam jeździć. Zamieszkałem wtedy u Wilhelma Podswiadka – Mazura, inwalidy, który wrócił z niewoli rosyjskiej w połowie lat 50. Już wtedy zacząłem dostrzegać, że nagle zaczyna ubywać znajomych Mazurów, którzy wcześniej mieszkali w Krutyni. Niewielu zostało moich kolegów, z którymi chodziłem na ryby i raki, w 1948 i 1950 roku. Coraz więcej było osadników z Kurpiowszczyzny. Obejmowali po mazurskie gospodarstwa – jedni gospodarowali lepiej, inni gorzej, ale przynieśli też inne obyczaje. Na przykład pojawiło się pijaństwo, Mazurom nieznane, a w Polsce powszechne. Patrzyłem na te zmiany ze smutkiem.

W powieści „Dom pod Lutnią" z 2012 r. opisał pan czasy, gdy Mazurzy jeszcze nie wyjechali.

Myślę, że przełom lat 40. i 50. to był jeszcze czas przed podejmowaniem decyzji o wyjazdach. Mazurzy przyglądali się porządkom w PRL – patrzyli, co dalej będzie się działo. A w latach 50., w okresie stalinowskim, działo się coraz gorzej. To złe doświadczenia z tamtego okresu skłoniły ich do porzucania rodzinnych gospodarstw. Pod koniec lat 50. byłem świadkiem rozmów na ten temat w domu moich gospodarzy. Słyszałem, jak opowiadali sobie, kto i z jakiej wioski już wyjechał do Niemiec i kto złożył papiery na wyjazd.

Co zadecydowało o ich wyjeździe?

Myślę, że zaczęli czuć się obco w powojennej rzeczywistości. Wpłynęła na to fatalna polityka władzy ludowej wobec autochtonów w okresie stalinowskim. Kiedy Moczar został wojewodą w Olsztynie, zmuszano ich do deklaracji, czy są Polakami czy Niemcami. To była zbrodnicza polityka wobec Mazurów. Mam wrażenie, że oni się czuli przede wszystkim Mazurami albo Warmiakami. Mówili po niemiecku, ale w wielu rodzinach polszczyzna jednak przetrwała. Zmuszanie ich do deklaracji było formą prześladowania. Należało im dać specjalny status, jak Kaszubom czy Ślązakom. Poza tym ludność napływowa traktowała ich niechętnie, uznawano ich za Niemców. I kiedy pod koniec lat 50. zaczęli wyjeżdżać do Niemiec, widać już było, że stopniowo wyjadą wszyscy. Ci, co wyjechali, zaczęli namawiać do wyjazdu swoich krewnych i tak zaczął się exodus Mazurów. Potem, za rządów Gierka, nazwano to „akcją łączenia rodzin".

Drażliwa była też kwestia ich luteranizmu.

Pod tym względem, jak wiadomo, Mazury różniły się od katolickiej Warmii. Jeszcze na początku lat 40. mieli swoje kościoły protestanckie i swoich pastorów. Stopniowo jednak te kościoły były zabierane i przejmowali je napływowi katolicy. Na pewno i to miało znaczenie dla tych Mazurów, którzy decydowali się wyjechać. Ale przecież Warmiacy – katolicy – także wyjechali do Niemiec. Fakt, że jedni i drudzy opuścili w końcu swoje rodzinne strony, uważam za wielka tragedię rdzennej ludności byłych Prus Wschodnich. Ta ludność była przecież korzeniami i historią związana z Polską.

Po wojnie Mazury stają się narodowościowym tyglem.

Wyobraziłem sobie, na podstawie własnych wspomnień, że taka wspólna egzystencja, jakby w wielokulturowym świecie, jest możliwa. Choć brałem też pod uwagę przyczyny konfliktów.

„Dom pod Lutnią" to odbicie pańskich wspomnień?

Jest w tej powieści wiele moich doświadczeń i wspomnień, z lat powojennych, gdy przyjeżdżałem do Krutyni jako 12-letni i 13-letni chłopak. Innym wzorem, dla postaci Tomka, jednego z dwóch głównych bohaterów powieści, był mój wnuk, o tym samym imieniu – syn mojej córki Joanny. Spędzał z nami wakacje w naszym obecnym domu na Mazurach i był mniej więcej w tym samym wieku co Tomek, bohater powieści. Natomiast postać jego dziadka – pułkownika, oficera przedwrześniowej armii, który wrócił z oflagu – ma cechy różnych mężczyzn, których znałem w życiu. Oficerów – ludzi, którzy przeszli wojnę i byli w AK w kraju lub walczyli na Zachodzie. Byli w niemieckiej niewoli bądź przeszli przez sowieckie łagry. Pułkownik jest człowiekiem, który postanowił znaleźć sobie miejsce w powojennej rzeczywistości na Mazurach. I tam, na stare lata, stworzyć swój świat.

Pan kupił dom na Mazurach, będąc po czterdziestce.

Pod koniec lat 70. zacząłem szukać domu w okolicach Krutyni. Poprzednio jeździłem do znajomych leśników, wynajmowałem pokoje, ale było to i kosztowne, i niepewne. W końcu udało mi się kupić niewielki dom zamieszkany przez rodzinę kurpiowską, która chciała się przenieść w inne miejsce. Zaczęliśmy tam jeździć na wakacje całą rodziną, a ja zacząłem mieć stałe miejsce do pisania. Tu napisałem wszystkie moje ostatnie książki. Ten nasz dom, blisko rzeki, po której w dzieciństwie pływałem łódką, uważam także za swój azyl. Bezpieczne miejsce do pisania i ucieczki od coraz bardziej męczącego życia w wielkim mieście.

Jak Mazury wyglądają dzisiaj?

Cywilizacyjnie, w porównaniu z latami 70. i 80., poziom życia ludności na Mazurach podniósł się znacznie. Pamiętam, jak tam ludzie żyli, zwłaszcza w okresie po wyjeździe Mazurów. To wyglądało tragicznie. Bieda i zaniedbanie wiosek rzucały się w oczy. Od czasu wejście do Unii Europejskiej zmiany na lepsze zaczęły być widoczne. Niestety, widać też negatywne zjawiska. Niczym nieograniczony ruch turystyczny może prowadzić do coraz większej dewastacji przyrody. Fatalne skutki dla Krutyni ma pęd miejscowej ludności do zarabiania na kajakach i łódkach. Niegdyś Krutynia była wspaniałą, dziką rzeką, o krystalicznie czystej wodzie. Dziś, od wiosny do jesieni, płyną po niej nieprzerwanym strumieniem kajaki. W samej wiosce trudno czasem zobaczyć wolne miejsce, gdzie można zaparkować samochód. To wszystko dzieje się w granicach Mazurskiego Parku Krajobrazowego, którego dyrekcja nie ma żadnego wpływu na to, co dzieje się za oknami.

Co stanowi przyczynę największych problemów?

Moim zdaniem gospodarka leśna. Wyręby prowadzone są obecnie przez cały rok, a nie tak jak dawniej wyłącznie zimą. Leśnicy oczywiście twierdzą, że zalesiają tereny po wyrębach. Istotnie, lasy wokół naszego domu na Mazurach zmieniają stopniowo wygląd. W miejsce starodrzewów mamy coraz więcej zagajników. Drzewa rosną długo, więc zanim te zagajniki urosną, miną dziesiątki lat. Poza tym ogromnym problemem, zresztą przecież nie tylko na Mazurach, są myśliwi.

Polują w okolicach Krutyni?

Słyszymy często strzały w nocy – myśliwi polują za pomocą noktowizorów. W lasach naokoło postawiono setki numerowanych ambon. Stoją gęsto, co kilkaset metrów. Bywają ustawiane naprzeciwko rezerwatów. Na ścieżkach leśnych stoją słupy z solą, tak zwane lizawki dla jeleni. Ze ścieżki lub ambony naprzeciw rezerwatu strzał jest łatwy i pewny. Poza tym przywilej myśliwych wjeżdżania samochodami do lasu to coś karygodnego. Spotykałem samochody zaparkowane w najbardziej niedostępnych miejscach lasu, na ścieżkach prowadzących do rezerwatów. Kiedyś naliczyłem 20 wielkich samochodów terenowych, które wjechały w głąb lasu, podczas polowania z nagonką. Niektóre drogi leśne celowo utwardzano i wysypywano żwirem, aby można było po nich łatwiej jeździć. To wszystko byłoby nie do pomyślenia w dawnych czasach, kiedy leśnicy byli także przyrodnikami, a myśliwi mieli jakiś swój podstawowy kodeks etyczny.

Nikt z tym nie walczy?

Mieliśmy znajomego nadleśniczego w Spychowie, którego usunięto. Był przeciwnikiem polowań i ograniczał wycinki w lasach. Sporo z nim rozmawiałem i z jego relacji wynikało, jak bardzo dużo zależy od postawy nadleśniczych. Tam, gdzie nadleśnictwo jest w rękach myśliwego i gdzie nadleśniczy nie czuje się jednocześnie przyrodnikiem, polowania i wyręby lasów nie mają koniecznych ograniczeń.

Co można zrobić?

Na Mazurach walka o ochronę przyrody przypomina walkę z wiatrakami. Są organizacje pozarządowe, choćby Sadyba, którą prowadzi Krzysztof Borowiec z grupą ludzi mieszkających na Mazurach. Oni spełniają niesłychanie pożyteczną rolę, nieustannie przypominając władzom gminnym, leśnikom i myśliwym, że jest ktoś, kto o przyrodę walczy. Prowadzili na przykład akcję ograniczania wycinki alei przydrożnych na Mazurach. Starają się oczywiście nagłaśniać i podawać do publicznej wiadomości wszystkie zauważone przypadki dewastacji przyrody, na przykład wycinki starych drzew. Ja sam odkryłem nad Jeziorem Mokrym podobny przypadek. Wycięto tam dwa kilkusetletnie zdrowe dęby. Zwłaszcza jeden mógł być uznany za pomnik przyrody. Z wyjaśnień Nadleśnictwa Strzałowo wynikało, że miały rzekomo zagrażać turystom, jako chore i stare.

Niektórzy postulują stworzenie parku narodowego na Mazurach.

Obecnie po to, aby powstał nowy park narodowy w kraju, potrzebna jest zgoda miejscowej gminy. A te nie dają takiej zgody, bo wolą tam inwestować. Poza tym środowiska myśliwych i leśników są w Sejmie niezwykle wpływowe. Uniemożliwiły na przykład konieczną zmianę ustawy o ochronie przyrody, tak aby można było – w kwestii tworzenia nowych parków narodowych, m.in. właśnie na Mazurach – ominąć blokady stosowane przez gminy. Obywatelski projekt zmiany tej ustawy, złożony w 2010 r. i podpisany przez ćwierć miliona obywateli, nie doczekał się rozpatrzenia przez Sejmy dwóch poprzednich kadencji. A było to – oczywiście – w interesie całego społeczeństwa, a nie tylko wąskich grup interesów. Ostatnim przykładem na to, jakich mamy ministrów, niby odpowiedzialnych za ochronę przyrody, i jaki jest stosunek posłów do przyrody ojczystej, może być barbarzyńska ustawa zezwalająca na swobodną wycinkę drzew na gruntach prywatnych. Ciekawe, czy ktokolwiek i kiedykolwiek odpowie za tę ogólnokrajową dewastację przyrody.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA