fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Śląsk

Skansen Chorzów

Chociaż na boisku piłkarze robią co mogą, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ruch w ekstraklasie funkcjonuje siłą rozpędu.
Fotorzepa, Piotr Guzik
Piłkarze nie wyszli na trening z powodu zaległości w wypłatach, ale trener Waldemar Fornalik wciąż walczy o awans do czołowej ósemki ekstraklasy.

Podczas gdy od kilku lat nasza piłka pnie się w górę, reprezentacja po raz pierwszy jest bliska awansu do czołowej dziesiątki rankingu FIFA, mistrz Polski po 20 latach zagrał w Lidze Mistrzów, a na nowoczesne i ładne stadiony tłumy walą drzwiami i oknami, jest jedno miejsce na futbolowej mapie, które przypomina o minionych latach – to skansen w Chorzowie.

Ruch jako jedyny w najwyższej lidze wciąż gra na stadionie, który pamięta czasy świetności Niebieskich. Ma to oczywiście swój niepowtarzalny klimat, a słynne wysokie białe maszty oświetleniowe, zwane w Chorzowie i okolicach świeczkami, w przyszłym roku będą obchodziły 50-lecie. Niedawno na stadion przy ulicy Cichej wrócił po kilku latach przerwy zegar szwajcarskiej firmy Omega. Ten zabytkowy chronometr zadebiutował na stadionie Ruchu w 1939 roku, a podczas okupacji był ukrywany przez Augustyna Ferdę – gospodarza klubu i zegarmistrza.

Ruch czerpie ze swojej bogatej historii garściami, a obiekt przy Cichej ozdabiają wizerunki najważniejszych zawodników – począwszy od Gerarda Cieślika na Krzysztofie Warzysze kończąc.

A jednak nie sposób się oprzeć wrażeniu, że Ruch w ekstraklasie funkcjonuje siłą rozpędu, że klub ten nie zdążył się przekształcić w nowocześnie zarządzane przedsiębiorstwo, że żyje tylko dzięki niekończącym się dotacjom i pożyczkom z kasy miasta, a odcięty od tego finansowania skończyłby marnie.

Oczywiście 14-krotny mistrz Polski nie jest jedynym klubem na garnuszku miasta. Śląsk Wrocław to kolejny przykład, do niedawna Korona Kielce, która w końcu po wielu latach nieudanych podejść została sprzedana prywatnemu inwestorowi – Dieterowi Burdenskiemu. Nigdzie jednak sytuacja nie jest równie dramatyczna jak w Chorzowie.

Akt desperacji

Kilka dni temu piłkarze Ruchu odmówili wyjścia na trening z powodu zaległości finansowych. Suchy komunikat, który pojawił się w większości mediów, dla starszych kibiców brzmiał jak powrót do przeszłości. Dla fanów, którzy z polskim futbolem się wychowywali w latach 90., nawet na przełomie wieków, to doskonale znana terminologia. Kiedyś „niewychodzenie na trening" było niemal równie popularne jak wychodzenie. Nie było w Polsce klubu, w którym tak by się nie działo. W większości klubów to już tylko odległe wspomnienie. System licencji, obowiązek założenia sportowych spółek akcyjnych spowodowały większą transparentność w finansach i uregulowały kwestie płac. Trzymiesięczne zaległości w wypłatach pensji dają dziś piłkarzom możliwość rozwiązania kontraktu z winy pracodawcy.

Niewyjście na zajęcia to akt desperacji. Mało kiedy bowiem zawodnicy decydują się na tak radykalne kroki, jak nieprzyjście do pracy – a tak należy interpretować zachowanie piłkarzy Ruchu. Zawsze pieniądze w końcu się pojawiają i lepiej nie zadzierać z pracodawcą, który i tak wypłaca wielokrotnie więcej, niż wynosi średnia krajowa. Jeśli piłkarze zdecydowali się na tak radykalny krok, to ich sytuacja musi być bardzo nieciekawa. Władze Ruchu poprosiły ich o kilka dni zwłoki, zanim zdecydują się na tak drastyczny krok. Ponoć już nie po raz pierwszy, ale tym razem zawodnicy nie chcieli iść na ugodę.

Głos zabrał w TVP 3 prezes Niebieskich Janusz Paterman. Otwarcie przyznał, że długi klubu wynoszą 36 mln zł. W tym kontekście można przypomnieć, że mistrz Polski i najbardziej medialna drużyna ligi mogą liczyć na wpływ z racji sprzedaży praw telewizyjnych – co dla większości polskich klubów jest głównym źródłem finansowania – w wysokości 12–15 mln zł. Oczywiście Ruchowi daleko do rywalizacji o tytuł.

Paterman mówił w TVP 3: „Musimy siąść do stołu, przyznać, jaka jest sytuacja, i poważnie się zastanowić. Długi właścicielskie, a przecież właścicielem jest też miasto, stanowią około 21 mln zł. Należałoby je zamrozić i zmierzyć się z tymi 15 mln, które zostają. Jeżeli tego nie zrobimy, to sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Co się może stać, wszyscy wiemy".

Poza jurysdykcją związku

Pod słowami „wszyscy wiemy, co się może stać" kryje się zawoalowana przepowiednia upadku. A może raczej nie tyle „przepowiednia", co groźba czy też szantaż. Przecież urzędnicy nie będą chcieli być tymi, którzy nie pożyczyli i doprowadzili do upadku 14-krotnego mistrza Polski. Nie chcą zapłacić za taką decyzję utratą kilkudziesięciu tysięcy wyborczych głosów.

Ruch zimą został ukarany przez Komisję Licencyjną Polskiego Związku Piłki Nożnej (PZPN) odjęciem 4 punktów, co według wielu ekspertów miało być gwoździem do trumny klubu. Sprawa dotyczyła nieprawidłowości finansowych. Ruch wypłacał swoim piłkarzom część pensji jako klub, ale część była zagwarantowana przez umowy z Fundacją Ruchu – osobnym podmiotem prawnym. Doprowadzało to do sytuacji, w której PZPN miał wgląd tylko w część wynagrodzeń zawodników i tylko tę część mógł kontrolować.

Ruch w miarę na bieżąco starał się spłacać tę część oficjalną, natomiast pieniądze z fundacji były poza jurysdykcją związku i zaległości mogły sięgać znacznie dalej niż trzy miesiące.

Komisja Licencyjna nie dopatrzyła się w tym manewrze celowego obchodzenia przepisów, dostrzegła tylko nieznajomość prawa i nieumiejętną próbę optymalizacji kosztów w granicach prawa. Dlatego Ruch nie został ukarany ani degradacją, ani odjęciem 10 punktów, o czym też się mówiło, zanim zapadł wyrok. Skończyło się na 4 punktach karnych, a dobra postawa zespołu prowadzonego przez Waldemara Fornalika sprawia, że ta decyzja wcale nie musi okazać się wyrokiem śmierci i nie spowoduje spadku z ekstraklasy.

Wielka wyrwa w kasie

W maju 2016 roku Ruch dostał od miasta pożyczkę w wysokości 6 mln zł – miał ją spłacić (wraz z odsetkami) do końca października, czego oczywiście nie zrobił. Kolejnych 12 mln pożyczyło Centrum Przedsiębiorczości w Chorzowie – instytucja także miejska. W listopadzie podczas sesji miasta padło wiele gorzkich słów, gdyż przedstawiciele klubu nie tylko nie oddali pieniędzy, ale wręcz zaczęli się domagać kolejnych 5 mln za „promowanie miasta".

Teraz prezes Paterman jasno dał do zrozumienia, że sposobem na ratunek Ruchu jest zamrożenie zobowiązań klubu wobec miasta, a także pomoc magistratu w spłacie pozostałych długów. Oczywiście sytuacja Ruchu nie jest czarna-biała. Na jego kłopoty finansowe składa się chociażby nierzetelność sponsorów – główny nie wypłacił obiecanych w umowie 3,5 mln zł. Umowę z klubem rozwiązała klinika, która do niedawna użyczała – w zamian za reklamę – fizjoterapeutów oraz lekarza pierwszej drużynie, a teraz koszty spadną na klub.

Latem, po Euro 2016, Ruch sprzedał Mariusza Stępińskiego do francuskiego Nantes za 2 mln euro (ponad 8 mln zł). Rok wcześniej za pół miliona euro do Belgii przeszedł Eduards Visniakovs, a ponad 300 tys. zapłacił Liverpool za Kamila Garbarę – wówczas 17-letniego bramkarza. Dwa lata temu KSC Lokeren wyłożyło 750 tys. euro za Filipa Starzyńskiego.

Ruch jest jednym z niewielu polskich klubów, które skutecznie promują swoich piłkarzy i potrafi ich sprzedać za granicę. Teraz też następni czekają w kolejce – na czele z Patrykiem Lipskim, rozgrywającym polskiej młodzieżówki, która latem weźmie udział w mistrzostwach Europy do lat 21. A jednak nawet duże pieniądze z transferów nie zasypują ogromnej wyrwy w kasie klubu z Chorzowa.

Tym bardziej należy docenić świetną pracę trenera Waldemara Fornalika, który w takich warunkach, z piłkarzami niewychodzącymi na trening w akcie desperacji, z 4 karnymi punktami, z ciągłym zamieszaniem z pieniędzmi, a właściwie ich brakiem, potrafi skutecznie się bronić przed spadkiem. Ruch wciąż ma teoretyczne szanse nawet na awans do czołowej ósemki ekstraklasy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA