Życie Regionów

Karl-Heinz Lambertz: Polityka spójności jest częścią unijnego DNA

AFP, Emmanuel Dunand
Regiony nie powinny być karane za coś, co jest w kompetencjach rządu centralnego – mówi szef Komitetu Regionów.

Rz: Związane z brexitem zmniejszenie dochodów budżetowych to okazja do szukania oszczędności. Ożyła więc debata nad sensem wydawania pieniędzy na kosztowną politykę spójności. Niektórzy podają w wątpliwość jej wartość dodaną.

Karl-Heinz Lambertz: Powtórzę, co powiedział Jean-Claude Juncker: Zanim zaczniemy mówić o pieniądzach, pomówmy o celach. I jeszcze cytat z Sigmara Gabriela, ministra spraw zagranicznych Niemiec: Nie rozmawiajmy już o płatnikach netto, bo wszyscy są beneficjentami netto Unii Europejskiej. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie da się uciec od dyskusji o pieniądzach. Ale Unia Europejska bez polityki spójności nie jest Unią, której chce Komitet Regionów. Polityka spójności jest częścią unijnego DNA. Renacjonalizacja jest dla nas nie do przyjęcia. Postulujemy również, żeby polityka dotyczyła nadal wszystkich regionów: wszyscy na nią płacą i wszyscy z niej korzystają. Trzeba Unię utrzymać razem i nie da się tego zrobić, obejmując polityką spójności wyłącznie najbiedniejsze regiony.

Dlaczego? Czy chodzi o to, jak argumentują niektórzy, że gdy wykluczy się bogate regiony, to takie kraje, jak Holandia, Niemcy czy Szwecja, nie będą już miały interesu w utrzymywaniu polityki spójności?

To odgrywa pewną rolę, ale prawdziwe uzasadnienie jest inne. Wystarczy porozmawiać z tymi bogatszymi regionami, które są wielkimi zwolennikami polityki spójności. Oni chcą być włączeni w politykę zmniejszania nierówności, pamiętajmy, że tam też jest duże zróżnicowanie. Chodzi o to, żeby wszyscy, wedle swoich możliwości, kontrybuowali w polityce, która ma dla Unii wartość dodaną. Oczywiście różna musi być skala finansowania, cele, używane instrumenty – w zależności od poziomu rozwoju. Ale wszyscy muszą w tym brać udział. Jesteśmy przeciwni stawianiu sprawy w ten sposób, że polityka spójności to jest przestarzała polityka, a teraz mamy nowe cele. To prawda, że przed UE stoją nowe wyzwania. Ale jak przeanalizujemy je każde z osobna, to zobaczymy, że tak naprawdę od wielu lat w każdej z tych nowych dziedzin polityka spójności już coś robiła, jak choćby projekty infrastrukturalne „Łącząc Europę" czy programy badań naukowych i innowacyjności. Trzeba więc pewne rzeczy wzmocnić, lepiej koordynować, poprawiać, a nie odkładać na bok, bo przestarzałe.

A jakie pieniądze są na to potrzebne?

Nie trzeba być profesorem, żeby zrozumieć, że wielki projekt europejski nie może być finansowany z 1 proc. produktu narodowego brutto unijnych krajów. Wielkim problemem, rakiem, który toczy UE, jest brak wystarczających zasobów własnych w unijnym budżecie. Ale z drugiej strony musimy być realistami. Nie sądzę, żeby dało się dziś zrobić budżet na poziomie 5 proc. PNB, nie wierzę też, żebyśmy dokonali rewolucji z dochodami własnymi. Mamy więc 1,08 proc. PNB, potrzebne do utrzymania obecnych wydatków i skompensowania brexitu, i 1,3 proc. jako postulat Parlamentu Europejskiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby wynik ostateczny ulokował się minimalnie poniżej 1,2 proc. PNB.

Fundamentem polityki spójności jest solidarność. Fakt, że Polska, i kilka innych krajów naszego regionu, nie przyjmuje uchodźców, zmniejsza chęć rządów krajów płatników netto. Nie pomagają też problemy z praworządnością. Czy te elementy są obecne również w debacie na poziomie regionów?

To jest fundamentalna debata w Unii: jakie są wartości, które dzielimy w Unii rozszerzonej w 2004 roku. Zajmuję się polityką blisko pół wieku i to jest moje wielkie rozczarowanie. Byłem wielkim zwolennikiem rozszerzenia, mimo że gospodarczo były wątpliwości, ale było wyjątkowe okienko historyczne. Nigdy nie przypuszczałem, że będzie taka rozbieżność w podejściu do wartości europejskich. Ale jesteśmy przeciwni warunkowości politycznej. Nie chcemy, żeby regiony były karane za coś, co jest w kompetencjach rządu centralnego. Trzeba jednak rozwiązać ten problem. Bo będziemy mieli bardzo nieprzyjemną dyskusję o warunkowości politycznej. Rozmawiam z ministrami czy ambasadorami i niektórzy są w tej sprawie bardzo zdecydowani.

Mamy ciągle nierozwiązany kryzys kataloński. Niektórzy argumentują, że polityka regionalna UE napędza regionalne separatyzmy. Był pan przez lata liderem mniejszości niemieckiej w Belgii, regionalne konflikty są dla pana codziennością. Czy to dobra ocena?

Absolutnie się z tym nie zgadzam. Podobnie jak nie podzielam opinii tych, którzy wieszczą efekt domina. Naprawdę znam dobrze ten problem, zajmuję się tym, właściwie od kiedy ukończyłem 18 lat, w kraju, w którym wie wszystko o regionalizmach. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Przede wszystkim to nie jest tak, że wszystkie około 300 regionów w UE każdego dnia śni o swojej niepodległości. Jest kilka przykładów. Ale jak te regiony spojrzą na to, co dzieje się z Katalonią, to naprawdę dwa razy się zastanowią, zanim będą ją naśladować. Czy mówimy o Szkocji, czy o Flandrii, czy o północnych Włoszech, czy o Korsyce. Jedyne inteligentne wyjście to negocjować równowagę wewnętrzną, warunki autonomii. Co zresztą Katalonia od lat robiła. Polityka spójności zawiera element pozytywny, bo w pewien sposób trzyma nas razem, przynosi solidarność, ale nie naiwną. Najwięcej na tym korzystają Niemcy. Zdarza się, że regiony nie bardzo zadowolone ze swojej sytuacji domagają się więcej solidarności na poziomie międzynarodowym. Mamy z tym do czynienia w Katalonii, również we Flandrii. Często zapominają, że gdyby stały się suwerenne, to musiałyby okazywać więcej solidarności wobec reszty UE.

Karl-Heinz Lambertz, belgijski polityk Partii Socjalistycznej, jest przewodniczącym Komitetu Regionów od 2017 roku. Urodzony w 1952 roku, absolwent prawa na belgijskich uniwersytetach, od wczesnej młodości angażował się w politykę. W latach 1999–2014 był ministrem-prezydentem wspólnoty niemieckojęzycznej w Belgii.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL