fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Życie Pomorza Zachodniego

Unia Europejska idzie na wojnę z dezinformacją

materiały prasowe
Rozwój social mediów doprowadził do kryzysu w dziennikarstwie tradycyjnym, które jest bardziej odpowiedzialne. Media tradycyjne powinny być więc wspierane, bo są niezbędnym elementem życia publicznego, a zastąpienie ich w pełni wolnymi platformami społecznościowymi jest nieodpowiedzialne – mówi Olgierd Geblewicz, marszałek zachodniopomorski i członek Komitetu Regionów UE jako sprawozdawca opinii nt. dezinformacji w internecie.

Czy internet i social media to dzisiaj duże zagrożenie?

Olgierd Geblewicz: To jest zarówno wielki potencjał, nowe kanały dotarcia do odbiorców, a więc i pewne narzędzie również dla polityków, które daje nowe możliwości docierania do potencjalnych wyborców, ale z drugiej strony jest to również ogromne zagrożenie, ponieważ dzięki internetowi mogą się rozsiewać nie tylko wiadomości prawdziwe, ale również te fałszywe, nawołujące do nienawiści do drugiego człowieka oraz takie, które są specjalnie rozpowszechniane w celu dezinformacji w sposób absolutnie systemowy.

Tutaj już chyba wskazuje pan konkretnie na social media.

Tak, mówimy o takich platformach społecznościowych jak Facebook czy Twitter, bo z nich bardzo często dowiadujemy się o tym, co się na świecie dzieje, ale nie zawsze w sposób prawdziwy. Chodzi również o fora dyskusyjne na portalach. Tam także dochodzi do gigantycznych manipulacji, przekłamań, obrażania, a wręcz opluwania, np. przeciwników politycznych.

Rozmawiamy o tym, bo nad dezinformacją w internecie pochylił się już Parlament Europejski, Komisja Europejska, a teraz Komitet Regionów, którego pan jest członkiem i to w roli sprawozdawcy opinii, jaką wyrazi komitet właśnie w temacie dezinformacji.

Komitet Regionów był nawet jednym z pierwszych, który się nad tym tematem pochylił, bo jeszcze pod koniec 2017 roku zaproponowałem Komisji CIVEX, by wspólnie z Urzędem Marszałkowskim w Szczecinie zorganizowała konferencję, którą nazwałem „Mowa nienawiści, fake news i propaganda, współcześni wrogowie demokracji". Konferencja odbyła się pod patronatem rzecznika praw obywatelskich, pojawiło się wielu ekspertów europejskich, którzy pokazywali, jak dzisiaj jesteśmy podatni na różnego rodzaju manipulacje, działania propagandowe. Chodzi o wewnętrznych oponentów politycznych, ale były też pokazane przypadki ostrych ingerencji w procesy wyborcze ze strony Rosji. W tym samym czasie KE wypuściła swój komunikat na temat zwalczania dezinformacji w internecie, a więc można powiedzieć, że ten problem dostrzegliśmy jednocześnie zarówno góra, czyli KE, jak i dół, czyli my, władze lokalne skupione w KR. Wszyscy dostrzegliśmy to jako jedno z większych zagrożeń.

Udało się wam uchwycić jego skalę?

W samym tylko 2018 roku formalnie zorganizowane kampanie manipulacji i dezinformacji miały miejsce w mediach społecznościowych w 48 krajach! Inne badanie pokazało, że np. na Twitterze informacja fałszywa ma 70 proc. więcej szans na podanie dalej niż informacja prawdziwa. Nie mam cienia wątpliwości, że tego typu dezinformacja będzie elementem rozpadu nowoczesnych społeczeństw, coraz głębszych podziałów zarówno na poziomie krajowym, jak i europejskim. To będzie mieć tragiczne skutki, ponieważ każdy zdaje sobie sprawę, że najłatwiej dyryguje się skłóconym społeczeństwem, najłatwiej podbija się skłócone społeczeństwa.

Tym punktem zwrotnym do podjęcia działań była aktywność Rosji?

Na pewno wpływ Rosji był kluczowy. W Europie czarę goryczy przelał kryzys kataloński, kiedy zdiagnozowano bardzo poważną ingerencję Rosjan w proces wzmacniania ruchu separatystycznego. Wtedy okazało się, że ruch brexitowy też był bardzo mocno wspierany przed referendum właśnie przez Rosję. W tym samym czasie potwierdził się wpływ na wybory amerykańskie, a myślę, że tych miejsc, gdzie Rosjanie byli aktywni, było więcej. Nie można wykluczyć, że takim miejscem ingerencji Rosjan była także Polska.

UE podjęła konkretne działania, ogłosiła we wrześniu ub. roku kodeks dobrych praktyk dla platform społecznościowych, które chcąc nie chcąc, go podpisały.

Tak, do skutecznej walki z tak szerokim problemem trzeba działań systemowych, a więc budowy zabezpieczeń na poziomie administratorów poszczególnych platform, budowania ich odpowiedzialności za jakość umieszczanych tam informacji. Z drugiej strony potrzeba – i do tego nawiązuje moja opinia – również działań oddolnych, miękkich. Takich jak edukacja, wsparcie NGO – sów, które lokalnie walczą z dezinformacją, czy wreszcie konieczne jest wspieranie tzw. tradycyjnych, dużo bardziej rzetelnych mediów. Niewątpliwie rozwój social mediów doprowadził do kryzysu w dziennikarstwie tradycyjnym, które jest bardziej odpowiedzialne. Nie jest anonimowe i nie tylko autorzy treści, ale i całe redakcje ponoszą odpowiedzialność prawną. Tak więc również media tradycyjne powinny być w określony sposób wspierane, bo są niezbędnym elementem życia publicznego, a zastąpienie ich w pełni wolnymi platformami społecznościowymi jest nieodpowiedzialne.

Prowadzenie działań miękkich, które pan wymienił, to właśnie jest ta rola dla samorządów?

Rolą samorządów nie jest negocjowanie z Twitterem albo z Facebookiem, ale jeżeli mówimy dzisiaj o edukacji, a więc uświadamiania młodym ludziom, jakie ryzyka niesie za sobą sieć, jak odróżniać informację prawdziwą od nieprawdziwej, to trudno, żeby zajmowały się tym rządy, skoro na co dzień za edukację odpowiadają władze lokalne.

Jak to ma wyglądać w praktyce? Chcecie, by w szkołach był przedmiot Social Media?

Oczywiście, każdy kraj ma własny system edukacyjny, ale skoro kiedyś priorytetem była budowa społeczeństwa informacyjnego to dzisiaj powinna być mowa o budowie społeczeństwa informacyjnie świadomego. Skoro kiedyś mieliśmy priorytet, by za fundusze unijne wyposażać szkoły w komputery i dostęp do internetu, to dzisiaj wydaje się, że właściwe jest, by fundusze unijne służyły do tego, by z tego internetu korzystać umiejętnie, czyli budować również programy lekcyjne. Postuluję, by użyć do tego Europejskiego Funduszu Społecznego, żeby uczyć dzieci nie tylko, jak komputer włączyć, ale jak korzystać z niego mądrze i odpowiedzialnie. Kolejnym działaniem samorządu jest wspieranie organizacji pozarządowych, bo to my na co dzień z nimi współpracujemy. Chodzi o NGO-sy, które wyłapują i zwalczają fałszywe informacje.

Wspomniał pan o mediach tradycyjnych. Jak chcecie im pomóc?

Dzisiaj dziennikarstwo tradycyjne jest w mocnej defensywie. W Polsce pomoc będzie ekstremalnie trudna, bo przecież media publiczne, które powinny być podstawą do rzetelnego informowania społeczeństwa w imię misji, ale i podatków, które płacimy, stały się absolutnie tubą propagandową, a więc elementem siania dezinformacji. Tym bardziej ważne staje się wzmacnianie mediów lokalnych, rzetelnych, które zawsze starają się opisywać obiektywnie racje obu stron, różne poglądy. O to postulujemy w naszym dokumencie.

To, że media tradycyjne są w defensywnie, to widać gołym okiem – kryzys finansowy spowodował spadek jakości informacji i upadek prestiżu zawodu dziennikarza. Choć to wciąż co innego niż social media, bo wciąż są redakcje, redaktorzy, jakiś zorganizowany system przetwarzania informacji i przede wszystkim jasne reguły oparte na prawie prasowym, czyli coś, czego nie ma w social mediach. Jak więc ma odbywać się to wsparcie?

Proste finansowanie zawsze sprowadza się do uzależnienia prywatnych mediów od władzy publicznej, a to nie jest dobre dla ich niezależności. Jestem w stanie sobie wyobrazić budowanie wspólnych akcji promujących czytelnictwo, a więc mówimy o wspieraniu pośrednim, zadaniowym, nastawionym na promowanie dobrych wartości. Całość tej tematyki to jest trochę takie balansowanie pomiędzy odpowiedzialnością za słowo, treść, a z drugiej strony wolnością gwarantowaną nam przez Europejską Kartę Praw Podstawowych. Ofiarą walki z dezinformacją nie może być wolność wypowiedzi i wolność słowa, to są wartości fundamentalne w całej UE. I tak samo w przypadku wspierania mediów lokalnych. To nie może odbywać się kosztem ich niezależności, bo to będzie bardzo szkodliwe. Nie będzie to więc finansowanie wprost, czy też budowanie mediów przez każdego prezydenta, burmistrza, wójta czy marszałka, bo istnieje duże ryzyko budowania tub propagandowych, a to w Polsce jest zbyt widoczne.

Myślę, że z takim podejściem, czyli, że samorząd nie powinien mieć własnych mediów – jest pan w mniejszości samorządowców w Polsce.

Dotychczas byłem totalnym przeciwnikiem takich pomysłów. Zaczynam się jednak zastanawiać... co w sytuacji, gdy nie mamy jak w sensowy sposób komunikować się ze społeczeństwem, bo media publiczne są w dużej części w zasadzie antysamorządowe, a media lokalne są w zaniku. I dopóki mamy te media lokalne, to jestem spokojniejszy, bo nie chcę im robić konkurencji. Ale co będzie, jak nie przetrwają? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

A takie projekty jak konkret24, który uruchomił kanał TVN24. To projekt, którego celem jest demaskowanie fake newsów.

Tak, to jest bardzo dobry przykład i powinien być kopiowany na skalę lokalną. To ma podwójne znaczenie, bo z jednej strony ujawnianie nieprawdziwych informacji zapobiega ich dalszemu rozprzestrzenianiu się, a z drugiej pokazywanie ich w sposób publiczny powoduje podnoszenie świadomości u ludzi.

Te wszystkie wnioski będą w pana raporcie?

Tak, w mojej opinii są te wnioski. KE także opracowała konkretny plan, do którego również będziemy się odnosić jako KR. W tak kluczowym roku jak 2019 – gdy mamy wybory europejskie, a w Polsce z kolei chyba najważniejsze wybory od 1989 roku – natychmiastowe podjęcie działań jest niezbędne.

KE, wprowadzając kodeks dobrych praktyk, zawarła tam kilka zaleceń dla platform społecznościowych: oznaczanie reklam politycznych, likwidację fałszywych kont, regulację botów. Zarządziła też, że od stycznia br. wydawcy co miesiąc mają składać raporty do KE na temat postępów we wdrażaniu dobrych praktyk.

To właśnie efekt tego kalendarza wyborczego. Wszyscy w Europie boją się ingerencji w wybory europejskie, gra toczy się o najwyższą stawkę. Nie ma cienia wątpliwości, że zmasowane kampanie pojawią się na rzecz partii eurosceptycznych, a ta fala może spowodować takie rozechwianie europejskiej łódki, że kolejne państwa będą chciały z UE występować. Może w ogóle wtedy europejska idea skończy się euroexitem. Naszym rywalom, w szczególności ze wschodu, bardzo na tym zależy.

Co dalej? KE mówi, że jeżeli kodeks nie zadziała, to w grę wchodzą nowe regulacje prawne dla social mediów.

Tak, tylko pytanie – w jaki sposób to zrobić. Choć niewątpliwie brak działania jest najgorszym wariantem. Problem jest na tyle poważny, że jeżeli te działania nie pomogą to zaostrzenie regulacji będzie niezbędne, choć trudne, żeby uniknąć zarzutu ograniczania praw.

Nie jest to jednak niemożliwe, bo problemem w tej masowej skali są rozwiązania po stronie administratorów. Wiemy, że administrator platformy jest w stanie skutecznie odróżniać bota od człowieka. A dzisiaj tę skalę robią boty. Platformy sprzedają dane, umieszczają rzeczy sponsorowane tak, że nie widać, że jest to sponsoring, czy też akceptują fakt, że dochodzi do masowych ingerencji przez sztuczną inteligencję. To wszystko jest hodowane. Wydaje się, że rozwiązania prawne wobec – nie pojedyńczych osób, ale właśnie wydawców i zarządców platform – to jest ten dobry kierunek. Przypadek Cambridge Analityca pokazuje jak na dłoni, że tam dochodziło do w pełni świadomego, opłacanego, wspierania procesu dezinformacji. To trzeba sobie jasno powiedzieć. I kto jest za to odpowiedzialny jeżeli nie właściciel FB?

Celem UE powinno być nałożenie jak największych ograniczeń na FB?

Wystarczą proste, ale wysokie kary finansowe, najskuteczniejszym orężem jest właśnie nakładanie określonych kar o wadze finansowej. Platformy wypracowały tego typu mechanizmy w pogoni za zyskiem, wspierały procesy dezinformacji z chęci zysku, zatem w pogoni za oszczędnościami nie będą już tego robić.

To wszystko znajdzie się w waszym stanowisko jako Komitetu Regionów?

Nasze stanowisko wspiera te wyrażone przez KE, a my z kolei odnosimy się też do tego co jest na dole, do tego co my możemy wziąć na siebie, czyli edukować i wspierać. Jesteśmy przed nową perspektywą finansową. Europejski Fundusz Społeczny, który miał za zadanie budować spójne, niewykluczające społeczeństwa powinien zostać przewartościowany. Trzeba przekierować wajchę EFS. Dzisiaj nie ma tak wysokiego poziomu bezrobocia, by cały czas na rynek pracy przeznaczać te fundusze, nie ma już takiego poziomu wykluczenia cyfrowego. Dzisiaj jest problem świadomości korzystania z fałszywych źródeł informacji. I to powinien być kierunek działań EFS po 2020 roku. Odejdzie nam jedno z najsilniejszych państw UE, tylko dlatego, że w porę nie zadbaliśmy o świadomość społeczną, że w porę nie zapobiegliśmy procesom dezinformacji, pozwoliliśmy, by głupoty były wmawiane ludziom nie tylko przez nieodpowiedzialnych polityków, ale również w sposób anonimowy sączyły się po sieci głosząc „jak to wspaniale będzie gdy Wielka Brytania wyjdzie z UE". Nagle okazało się, że coś ominęliśmy.

Wydacie opinię jako KR. Co dalej?

Przymierzam się, by komisja CIVEX ponownie zajęła się kwestiami dezinformacji, ale ze szczególnym akcentem na mowę nienawiści oraz na propagandę. Po morderstwie Pawła Adamowicza, który był aktywnym członkiem w Komitecie Regionów, zaangażowanym w tego typu inicjatywy, które ja stawiałem, dzisiaj ten temat jest szczególnie aktualny. Mowa nienawiści może przecież doprowadzić do tragedii idei UE, ale i tragedii jednostek. Prawdopodobnie w tym roku w Szczecinie będziemy mieć znów konferencję poświęconą tym tematom. Myślę, że jeszcze większy nacisk położymy na warsztaty dla młodzieży. W ubiegłym roku widzieliśmy jak świetne efekty dały ćwiczenia nazwane fakebusters, pogromcy fake newsów. W formie zabawy młodzież uczyła się jak wyłapywać w sieci co jest kłamstwem. Teraz skupimy się na mowie nienawiści.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA