Opolszczyzna

Naprawdę łączy nas piłka

Rzeczpospolita, Rafał Guz
Przyjęliśmy za punkt honoru stworzenie listy chłopców i dziewczynek od 11. do mniej więcej 18–20. roku życia, których rodzice lub dziadkowie byli Polakami, a którzy grają w piłkę w zagranicznych klubach i akademiach – mówi Maciej Chorążyk, mieszkający w Opolu główny koordynator skautingu zagranicznego PZPN.

Rz: Czy to prawda, że zagraniczny skauting w PZPN powstał dzięki Mirosławowi Klosemu?

Maciej Chorążyk: I Lukasowi Podolskiemu. W jakimś sensie prawda. A pomysł narodził się w gmachu Telewizji Polskiej, podczas mistrzostw świata w Niemczech, w roku 2006. Pracowałem wtedy w TVP jako researcher. Jednym z gości zapraszanych stale do mundialowego studia był Jerzy Engel. Podczas meczów Niemców komentatorzy i goście przypominali, że Klose i Podolski urodzili się w Polsce, grają jednak dla Niemiec. Jerzy Engel był wtedy dyrektorem sportowym PZPN, odpowiednią osobą do zadania pytania, czy tak musi być. Byłem nikim, ale odważyłem się zaproponować stworzenie w związku sekcji, która monitorowałaby mieszkających za granicą chłopców z polskimi korzeniami. Jerzy Engel na to: niech pan przygotuje ramowy plan zorganizowania i pracy takiej grupy.

No to się pan wkopał.

I tkwię w tym już 12. rok. W dodatku nie zamierzam tej sytuacji zmieniać, bo mi się podoba, przyzwyczaiłem się i mam poczucie, że coś dla dobra naszej piłki robię.

Co do tego nie mam wątpliwości, ale gdyby ktoś mniej zorientowany chciał poznać efekty pracy pana i grupy, którą pan stworzył, to co by pan powiedział?

Gołym okiem widać najlepiej spotkania, odbywające się każdego roku – od dziewięciu lat w Kolonii i od trzech w Londynie oraz chłopców mieszkających za granicą, a trafiających do reprezentacji Polski juniorów. Nie widać codziennej pracy, wykonywanej przez kilkudziesięcioosobową grupę skautów, już nie tylko w Europie.

Jak to wobec tego działa?

Przyjęliśmy w PZPN za punkt honoru stworzenie listy chłopców i dziewczynek od 11. do mniej więcej 18–20. roku życia, których rodzice lub dziadkowie byli Polakami, a którzy grają w piłkę w zagranicznych klubach i akademiach. Po pierwsze – żeby te dzieci i ich rodzice mieli poczucie, że o nich w Polsce nie zapomniano. Po drugie – żeby najzdolniejsi z nich trafili do reprezentacji Polski, a nie kraju, w którym mieszkają.

Jak dużej grupy dzieci to dotyczy?

W bazie mamy ponad 500 osób, ale to się zmienia. Niektóre młodsze dzieciaki rezygnują, a na ich miejsce przychodzą inne, starsze idą swoją drogą. Ponad 100 dzieci wzięło udział w konsultacjach, a ponad 50 wystąpiło już w reprezentacjach Polski od lat 15 do 21. Do pierwszej dotarło dwóch: Ludovic Obraniak i Adam Matuszczyk. Obydwaj wystąpili na mistrzostwach Europy w Polsce. Matuszczyk podobnie jak Podolski urodził się w Gliwicach. Rodzice wyjechali do Niemiec i on tam zaczynał grać w piłkę. Zanim trafił do naszej pierwszej reprezentacji, jako zawodnik FC Koeln, wystąpił wcześniej w polskiej młodzieżówce.

Obraniak od razu trafił do drużyny Leo Beenhakkera. Pamiętam, że kiedy efektownie debiutował w Bydgoszczy w reprezentacji Polski przeciw Grecji, pan i żona Obraniaka otwieraliście na stadionie szampana.

Bo to była ogromna satysfakcja. Ludo wcześniej grał w młodzieżowych reprezentacjach Francji, był znanym w tym kraju pomocnikiem FC Metz i Lille. On nie urodził się w Polsce, ale myślał o grze dla nas. Należało go do tego przekonać i tylko ja wiem, ile to kosztowało zachodu, wyjazdów i przekonywań. Obecność żony Ludo w Bydgoszczy nie była przypadkowa. Ona też nalegała na to, by mąż grał dla Polski. Szkoda, że trwało to dość krótko.

W jego przypadku decyzja o grze dla Polski to głównie pańska zasługa. Kto przekonuje innych piłkarzy?

Zorganizowaliśmy sieć skautów. W ciągu tych już prawie 12 lat nabraliśmy doświadczeń i mamy wsparcie związku. Ale kiedy Jerzy Engel zapalił mi zielone światło, to nie wiązały się z tym żadne pieniądze z PZPN. Szukałem więc chętnych do pracy społecznej na forach, podawałem swój adres mailowy, licząc na odzew. Okazało się, że dużo osób mieszkających za granicą chce pomagać, tylko nie bardzo wie w jaki sposób. Jedni ulegali moim namowom, inni nie. To byli i są młodzi ludzie, którzy wyjechali z Polski jako dzieci z rodzicami lub jako dorośli do pracy. W przypadku Niemiec to jest emigracja z lat 80., a Wielkiej Brytanii – ostatnich lat.

Kim są ci skauci? Czym zajmują się za granicą?

W większości przypadków są to dawni piłkarze polskich klubów niższych klas, ale zdarza się, że i trzecioligowych, którzy nie chcą zrywać z piłką na emigracji. Niektórym się poszczęściło – zostali trenerami w klubach lub akademiach. Bartek Andryszak, pracujący kiedyś w Lechu Poznań, dziś robi to samo z młodzieżą Queens Park Rangers w Londynie. Tomek Rybicki, koordynator skautów w Niemczech, dostał propozycję pracy w Bayerze Leverkusen. Paweł Kalinowski jest trenerem młodzieży w Hercie Berlin, robi doktorat na AWF w Poznaniu, publikuje w „Trenerze", a z jego pracy korzysta i PZPN, i DFB. Grzegorz Borowiec zajmuje się dystrybucją systemów do nagrywania meczów na terenie Irlandii. Rafał Pisarzak pracował w Pogoni Siedlce, jest tłumaczem przysięgłym języka angielskiego. Przekrój społeczny grupy skautów jest więc bardzo duży.

Jak liczna jest to grupa?

To się zmienia. W Niemczech liczy oficjalnie cztery osoby, ale jest ich znacznie więcej. Mamy grupę starszych, byłych zawodników, którzy osiedlili się w Niemczech, pomagają, ale nie chcą, aby wymieniano ich z nazwiska. Na Wyspach Brytyjskich z 20, którzy zaczynali pracę przed pięcioma laty, został jeden, ale przyszli następni i w sumie jest ich nadal około 20. Dawid Ambroży, który był koordynatorem na Anglię, Szkocję i Irlandię, został agentem piłkarskim, a jego miejsce zajął Przemek Soczyński, który prowadzi znakomitą stronę internetową skauci.uk. Te zmiany związane są z sytuacją życiową. Ludzie wyjechali przecież do pracy zarobkowej i to od niej zależy, czy mogą się w wolnym czasie zająć piłką czy nie. Przecież nikt im za to nie płaci. Mamy skautów nawet w Brazylii, Argentynie czy Stanach Zjednoczonych, bo tam też grają młodzi Polacy.

Dlaczego ci w Niemczech chcą pozostać anonimowi?

Jakkolwiek patrzeć, jesteśmy dla Niemców konkurencją. Jeśli pojawia się jakiś zdolny chłopak z polskimi korzeniami, to czasami niemieckie kluby wolą go schować, żeby mógł kiedyś włożyć koszulkę z czarnym, a nie białym orłem. A Polacy, którzy tam mieszkają, dostarczają nam informacji o takich talentach. Ja też panu nie powiem, do jakich krajów wyjeżdżam i z jakimi zawodnikami choćby z kroplami polskiej krwi rozmawiam. Tym bardziej że czasami na jednej rozmowie się kończy.

Ale głośno już o przypadkach młodych chłopców, głównie z Niemiec, którzy wprawdzie przyjęli zaproszenie PZPN, ale traktują polską reprezentację jako kartę przetargową w rozmowach ze związkiem niemieckim.

Tego się nie uniknie. Jeśli kilkunastoletni chłopak, sam, pod wpływem rodziców lub agenta podejmie decyzję o grze dla Niemiec czy jakiejś innej reprezentacji, to my tego nie zmienimy. Możemy tylko robić wszystko, by go nie stracić. Stąd te doroczne spotkania w Kolonii i Londynie czy powołania do reprezentacji Polski.

Brałem udział w kilku takich spotkaniach z chłopcami oraz dziewczynkami w Kolonii i Londynie. Za każdym razem miałem poczucie, że dla wszystkich to było wielkie przeżycie.

Bo tak jest. Na te spotkania – wiosną w Niemczech, jesienią w Anglii – przyjeżdżają dzieci i ich rodzice z całej Europy. Oczywiście każdy chciałby, żeby jego dziecko osiągało sukcesy, więc chcą je pokazać, porozmawiać z polskimi trenerami. Zawsze z PZPN oprócz trenerów, Marcina Dorny i Bartłomieja Zalewskiego, przyjeżdżają dyrektorzy i znani w przeszłości piłkarze: Jerzy Engel, Bogdan Basałaj, Stefan Majewski, Wojciech Łazarek, Włodzimierz Smolarek, a gośćmi są Andrzej Buncol, Jan Furtok, Tomasz Wałdoch czy Andrzej Rudy. Byli także aktualni reprezentanci: Sławomir Peszko, Przemysław Tytoń.Takie spotkania w siedzibie ambasady polskiej w Londynie czy konsulatu w Kolonii, o co dba od lat konsul Jakub Wawrzyniak, to okazja do poczucia wspólnoty. To jest ważne, niezależnie od wyników sportowych. Hasło PZPN „Łączy nas piłka" sprawdza się w takich sytuacjach wyjątkowo.

I to ma przyszłość?

Widać, jak się rozwija. Na te skromne początki patrzę dziś z uśmiechem. Jako młody zapaleniec z wizją brałem udział w zebraniach Wydziału Szkolenia PZPN, w którym zasiadali jeszcze Władysław Stachurski i Orest Lenczyk. Kiedy słuchałem, wszystko było w porządku. Ale kiedy już poczułem się mocniej i zacząłem zadawać pytania, to przestano mnie zapraszać. Gdy jednak trzeba było głosować: robimy sekcję skautingu zagranicznego czy nie, wszyscy trenerzy byli za. Jednak budżet sekcji pojawił się dopiero za czasów prezesury Zbigniewa Bońka, a zadbał o to osobiście Marek Koźmiński. Teraz już są pieniądze na wyjazdy.

Rozmawiamy o tym wszystkim, bo to jest ważne dla całej Polski. Ale pan mieszka w Opolu.

Pochodzę z Krynicy. Na Uniwersytecie Opolskim studiowałem dziennikarstwo i socjologię, bo tutaj był wysoki poziom, zapraszano nawet wykładowców z zagranicy. Zostałem w tym mieście, chociaż przez kilka lat nosiło mnie po świecie. Otrzymałem stypendium Ministerstwa Edukacji na studia we Lwowie, gdzie zgłębiałem stosunki międzynarodowe. Niektóre wykłady odbywały się w języku polskim. Ale kiedy wcześniej nie dostałem się na studia, zgłosiłem się na ochotnika do wojska podczas wojny domowej na Bałkanach, prawie półtora roku spędziłem w serbskiej Krajinie, w ramach kontyngentu wojsk ONZ UNPROFOR.

Jest co wspominać.

Nie chcę, chociaż do mnie na szczęście nie strzelano. Wolę wspominać wyjazdy piłkarskie. Copa America w Wenezueli i Argentynie czy mecz azjatyckiej Ligi Mistrzów w Teheranie, na wypełnionym stutysięcznym stadionie, na którym nie było ani jednej kobiety, to są przeżycia niezapomniane. I spotkania. W przerwie między meczami Copa America Hernan Crespo opowiadał mi, dlaczego nazywano go El Polaco. Wujek był Polakiem, blondynem, przyjechał do Buenos Aires jako emigrant. Crespo mówił, z jakim szacunkiem traktuje się w Argentynie ciężko pracujących Polaków. Jest tam nawet Dzień Polskiego Emigranta, wolny od pracy. Siedzieliśmy przy stoliku. W pewnej chwili przysiadł się młody chłopaczek, który był najmłodszym zawodnikiem powołanym na turniej. Chciał posłuchać. Nazywał się Leo Messi.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL