Kujawy i Pomorze

Marek Kaliński, założyciel i prezes toruńskiej firmy Candellana: Świeczkowy startup z 4. piętra

Fotorzepa/Piotr Popielak
Świeca to dziś produkt technologicznie zaawansowany – mówi Marek Kaliński, założyciel i prezes toruńskiej firmy Candellana.

Rz: Dlaczego akurat designerskie świeczki?

Marek Kaliński: W 2013 roku założyliśmy portal, który miał się zajmować poszukiwaniem nowych nośników dla sztuki. Wkrótce potem Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie zgłosiło się do nas z prośbą o zaprojektowanie gadżetów związanych z ich zimową ekspozycją. Było to niesamowite. Tę wystawę odwiedza nawet 750 tys. osób, a potrzebowali gadżetów i na samą ekspozycję, i na sprzedaż dla zwiedzających gości. Zima, świeczki, wszystko wydawało się łatwe. Potrafiliśmy już projektować w 3D, doszliśmy więc do wniosku, że zrobienie niepowtarzalnej świeczki będzie proste, bo zrobimy formy, a ktoś je zaleje. Ta strategia nie wypaliła, a zamówienie z Wilanowa nie miało szans na realizację. Zrobiliśmy wprawdzie kilkanaście prototypowych sztuk, ale z pełną świadomością, że nie miały one szans na podbicie rynku. Ta sytuacja miała jednak bardzo pozytywny wpływ na naszą przyszłość, bo bardzo spodobał się nam sam materiał i na poważnie zainteresowaliśmy się branżą świeczkarską. Analiza rynku zaś pokazała, że jest na to miejsce, a konkurencji praktycznie nie ma. Półtora roku po kontaktach z Wilanowem zrobiliśmy pierwszą ładną świeczkę.

Jak wyglądała?

Powstała między sierpniem a wrześniem 2015 roku. Był to zegar w kolorze fuksji. Wraz z moją partnerką Moniką, z którą prowadzimy Candellanę, wiedzieliśmy, że stworzyliśmy coś wyjątkowego.

Powiedział pan: konkurencji praktycznie nie ma. Czy jest to trudny biznes? A może jest pracochłonny, więc i mało dochodowy?

Branża świeczkarska na świecie to przede wszystkim firmy, które posiadają know-how i wykorzystują go do masowej produkcji. W Polsce też mamy kilka firm, które z powodzeniem podbijają świat w branży świeczkarskiej, produkując dla handlowych gigantów, takich jak chociażby Ikea, ale również i pod własnymi markami. Ale u nich pracę wykonują maszyny. Nasze świeczki wymagają wiedzy niezbędnej do produkcji świec, ale jednocześnie umiejętności produkowania w oparciu o technologię „rapid prototyping". Wreszcie niezbędne jest znalezienie osób o wyjątkowych zdolnościach manualnych, które potrafiłyby wykończyć każdy pojedynczy egzemplarz.

Ile czasu trwa wykonanie świeczki, z której jest pan dumny?

Cały proces z lakierowaniem i ręcznym formowaniem trwa ok. 5–6 godzin. Sama praca ręczna to ok. 12 minut na każdą świeczkę.

Ile w takim razie kosztuje wypracowana świeca, na przykład ten fuksjowy zegar, który pan tak pamięta?

Od 80 do 120 zł dla klienta końcowego. I mamy grupę klientów, którzy uważają, że nasze świeczki są zbyt ładne, żeby je palić. Przygotowaliśmy więc dla nich specjalny produkt: świeczki w betonie architektonicznym cienkościennym. Jest to pojemnik w dowolnym kształcie, który zalewamy świecą zapachową. Wypala się tam jedynie wkład, który można wymienić, a pozostaje wybrany pojemnik. To produkt, z jakim właśnie wchodzimy na rynek.

Czy na świecie, tak jak i na inne elementy wyposażenia wnętrz, jest jakaś konkretna moda na świece?

Jak najbardziej. Tyle że na każdym rynku jest ona inna. I na przykład świeczki, które podobają się w Szwecji, nie sprzedają się w Wielkiej Brytanii. Dlatego na każdym z rynków, na który eksportujemy, poszukaliśmy silnych partnerów biznesowych. Podpisaliśmy kilka umów z dystrybutorami, którzy wiedzą, co u nich sprzeda się najlepiej. Naturalnie moglibyśmy do tej wiedzy dojść metodą prób i błędów, ale tak jest szybciej i taniej.

I wie pan już, co i gdzie się komu podoba?

W Skandynawii podoba się kolor szary, na przykład nasza kolekcja szarych dłoni sprzedaje się na pniu. Wielka Brytania to psy i koty, a także jednorożce. W Stanach Zjednoczonych – duże litery składające się w napisy, np. HOME, LOVE. Wysyłamy w tej chwili pierwsze testowe zamówienia do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale jeszcze nie wiemy z całkowitą pewnością, co się tam spodoba, poza tym, że zapewne będzie to kolor złoty i inne metalizowane – srebro, mosiądz. Za parę miesięcy będę wiedział, czy mieliśmy rację.

Macie w swojej kolekcji także świeczki – czaszki. Czy to wpływ Halloween?

Czaszki mamy w swojej kolekcji podstawowej. To nie jest czaszka realistycznie odwzorowana, tylko bardzo geometryczna, syntetyczna w projekcie. Pasuje zdecydowanie do nowoczesnych wnętrz, np. loftów. Mamy także oczywiście czaszki na Halloween i chociażby w kraju sprzedają się bardzo dobrze.

A jaki jest polski rynek?

Niedojrzały. Mam wrażenie, że Polacy patrzą na luksus przez pryzmat metki. Najlepiej, kiedy marka jest światowa, a przynajmniej znana z telewizyjnych reklam. Wówczas jest postrzegana jako produkt premium. Polski rynek nie widzi jeszcze wartości w pracy ręcznej czy wyszukanym wzornictwie.

Candellana współpracuje z toruńską uczelnią. Rozumiem, że zamierza pan korzystać z pomysłów studentów?

Rozpoczynamy współpracę z Wydziałem Sztuk Pięknych Uniwersytetu Toruńskiego i zaawansowane są już rozmowy na temat praktyk studenckich. A na początku tego roku otrzymaliśmy informację, że zostaliśmy beneficjentem vouchera badawczego, czyli otrzymaliśmy dofinansowanie na prace badawczo-rozwojowe. W naszym przypadku jest to opracowanie nowych projektów wzorniczych z wykorzystaniem nowinek z zakresu technologii druku w 3D. Dlatego zaprosiliśmy do udziału w postępowaniu przetargowym właśnie Wydział Sztuk Pięknych. Oczywiście, skoro jest to przetarg – może go wygrać inna uczelnia. Mam jednak nadzieję, że ostatecznie to Toruń okaże się najlepszy.

A sam Toruń jest dobrym miejscem do robienia biznesu?

Łatwo było nam znaleźć miejsce do produkcji. Oczywiście relatywnie łatwo np. w porównaniu z Warszawą, gdzie musielibyśmy znaleźć jakiś lokal w Tłuszczu czy Ząbkach, albo jeszcze dalej. Nie musimy tutaj konkurować z międzynarodowymi korporacjami, czyli zespół możemy budować organicznie. Oczywiście są i wady, bo na przykład rynek pracy jest bardzo płytki. Nie ma tutaj tylu chętnych szukających zatrudnienia, co w dużych miastach. Z drugiej strony odległości nie są duże, co jest zaletą. Szczególnie wówczas, kiedy trzeba jeździć nocą do fabryki.

Z czego powstają takie świece?

Nadal jest to uszlachetniony produkt parafinowy. A w świecach zapachowych są to już woski roślinne, np. palmowy czy sojowy, zależnie od tego, jaki typ efektu chce się uzyskać. W dzisiejszych czasach świece już nie dymią i są produktami technologicznie bardzo zaawansowanymi. Chociaż to tylko świeczki.

Candellana dostała także dofinansowanie z programu „Go to Brand" na udział w targach. Który rynek wydaje się panu najbardziej rozwojowy?

Bezdyskusyjnie Stany Zjednoczone, gdzie skala i chłonność rynku nas zaskoczyły. W kwietniu 2017 zaczęliśmy sprzedawać w USA. W wakacje podpisaliśmy umowę z dystrybutorem. W listopadzie wyszedł pierwszy kontener świeczek. 13 stycznia 2018 wysłaliśmy kolejny. Ten rynek to obecnie ok. 40 proc. naszej sprzedaży. Oczywiście obserwujemy również Europę Zachodnią, zwłaszcza Niemcy i Wielką Brytanię, ale chłonność amerykańskiego rynku i zainteresowanie technologicznymi nowościami jest ogromne. Powoli także wchodzimy na polski rynek. Robiliśmy specjalną kolekcję dla Muzeum Powstania Warszawskiego, świece dla PGNiG. W 2017 r. zrobiliśmy kilkanaście projektów dla firm, które chciały mieć świąteczne gadżety. Mamy już w Polsce kilka kanałów sprzedaży.

Gdzie pan widzi firmę za dziesięć lat?

Rośniemy w szybkim tempie. Ze startupu mieszczącego się na czwartym piętrze kamienicy, gdzie zaczynaliśmy lać świeczki, zmieniliśmy się w firmę, która ma zakład produkcyjny. Po dwóch latach mogę powiedzieć, że rozwój jest wręcz wybuchowy. W latach 2016–2017 wzrost wyniósł 340 proc., a we wrześniu zwróciły się nam inwestycje. Zdolności produkcyjne sięgnęły 15–17 tys. sztuk miesięcznie, zaś udział eksportu zwiększył się do 80 proc. Sprzedajemy na 16 rynkach, szukamy dystrybutorów na rynku niemieckim i francuskim, rozmawiamy z potencjalnymi partnerami w krajach arabskich i Japonii. Cały czas powiększamy kolekcję wzorów, przygotowując je pod gusta na konkretnych rynkach. Zakładamy jednocześnie, że w ciągu pięciu lat zwiększymy zatrudnienie do 100 osób. Dziś jest ich 18.

A nie ma pan obaw, że wzrost okaże się zbyt szybki i stracicie w nim tę oryginalność, która jest w tej chwili chyba największym atutem Candellany?

Zawsze są zagrożenia. Ale mamy silny zespół. Przychodzą do nas ludzie, którzy w nas uwierzyli. Potrafimy o firmie i jej przyszłości rozmawiać godzinami. Najbardziej się obawiam, że jakaś firma chińska będzie chciała nas skopiować i popsuć ceny. Dlatego tak bardzo się spieszymy z podbojem rynku, by potem móc bronić pozycji lidera.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL