Dolny Śląsk

Kubacki: Nadal kojarzą mnie z Ursusem

Rafał Kubacki jako Ursus
materiały prasowe
O życiu sportowego emeryta, pracy naukowej, polityce i nierównej walce z bykiem mówi były judoka, dwukrotny mistrz świata, Rafał Kubacki.

Tomasz Wacławek: Mało pana w mediach.

Rafał Kubacki: Jestem człowiekiem pokornym, znam swoje miejsce w szeregu. Może nie ma na mnie zapotrzebowania? Patrzę na wspaniałych sportowców, moje koleżanki i moich kolegów, którzy żyją złudzeniem, że zainteresowanie mediów i uwielbienie kibiców będą trwać wiecznie. A tak nie jest. Wracamy do codzienności, nowe zadania przed nami, trzeba znaleźć pomysł na życie. A to, co robię, czyli praca z trudną młodzieżą, to nie jest temat na pierwsze strony gazet. Chciałbym wprowadzić program resocjalizacji przez sport, z grupą psychoterapeutów staramy się przeciwdziałać agresji w szkołach. To chyba dziś największy problem i wyzwanie.

Z trudną młodzieżą pracował pan również w Oleśnicy. Obronił pan nawet pracę doktorską zatytułowaną „Sprawność fizyczna i umysłowa a agresywność dziewcząt z ośrodków wychowawczych we Wrocławiu”.

Jestem adiunktem na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, w Katedrze Dydaktyki Sportu. Myślę o habilitacji, ale to jeszcze długa droga. W Oleśnicy byłem dyrektorem Centrum Kształcenia i Wychowania Ochotniczych Hufców Pracy. Trafiają tam młodzi ludzie, którzy nie chcą się uczyć. Do uzyskania pełnoletności są przygotowywani do takich prostych zawodów, jak murarz, malarz, tynkarz. Jednocześnie pomaga się im wrócić do normalnego życia.

Widzi pan wśród swoich podopiecznych kandydatów na dobrych sportowców?

Przygotowując założenia do doktoratu, poddałem dziewczęta z ośrodków wychowawczych międzynarodowemu testowi sprawności fizycznej. Wyniki pokazały, że niektóre z nich przewyższają swoje rówieśniczki z jednego z wrocławskich liceów. Dla mnie przesłaniem jest to, co robił wybitny trener polskiego boksu Feliks Stamm. Szukał młodych niepokornych w trudnych środowiskach i potrafił tak nimi pokierować, że stawali się zawodowcami. Jednego z nich wyciągnął z więzienia, zabrał na mistrzostwa Europy, a ten odwdzięczył się złotym medalem. Spotykam się z młodzieżą w poprawczakach, a nawet w więzieniach. Mówię im, że sport to w Polsce najszybsza droga do sukcesu, podaję wiele przykładów wybitnych sportowców z nieciekawą przeszłością

Ciężko było rozstać się z matą po nieudanych igrzyskach w Sydney?

Wystawiliśmy tam chyba najmocniejszą reprezentację w historii, pojechało trzech mistrzów świata: Beata Maksymow, Paweł Nastula i ja. Poza tym medaliści mistrzostw Europy. Wygraliśmy tylko jedną walkę. Moja kategoria wagowa była rozgrywana jako ostatnia. Po zawodach podeszła do mnie grupa dziennikarzy z prośbą o wywiad dotyczący sytuacji w polskim judo. Działacze i prezes gdzieś się schowali. Przed kamerami przeprosiłem polskich kibiców za nasze porażki i ogłosiłem, że kończę karierę.

Myślał pan o tym już po niepowodzeniu na olimpiadzie w Barcelonie.

Ale podjąłem wyzwanie i w następnym roku zdobyłem w Hamilton pierwsze złoto mistrzostw świata dla Polski. Podobnie było cztery lata później: znów słabe igrzyska w Atlancie, a potem obroniony tytuł na MŚ w Paryżu. Moja kariera to była taka sinusoida, zrobiłem na ten temat kiedyś nawet takie miniwykłady. Sydney to już inna historia, bo przygotowania zbiegły się w czasie z kręceniem zdjęć do filmu „Quo vadis”.

Podobno reżyser Jerzy Kawalerowicz, gdy usłyszał, że nie będzie pan mógł przyjąć roli, powiedział do swojego asystenta: „Musisz zmienić termin igrzysk”.

W Polsce trwała wtedy debata nad tym, kto powinien zagrać Ursusa, wymieniano m.in. Przemka Saletę i Andrzeja Gołotę. Ale Kawalerowicz w tej roli widział od początku mnie. Zostałem zaproszony na casting, dostałem do nauczenia jakiś tekst, przyjechałem. Czekam w korytarzu, jest przerwa, podchodzi do mnie pan Jerzy, mówi, że mnie zna i że bardzo by chciał, bym zagrał w jego filmie. Odpowiadam: „Bardzo mi miło, ale to niestety niemożliwe, bo przygotowuję się do swojej ostatniej olimpiady”. I wtedy Kawalerowicz zwraca się do drugiego reżysera, Krzysztofa Zbieranka: „Chłopie, to zmień termin tych igrzysk”.

Igrzyska odbyły się w terminie, pan wystąpił w „Quo vadis”. Od godz. 9 do 16 był pan na planie, a od 18 do 20 na treningu.

Wywalczyłem miejsce dla Polski w eliminacjach, a związek nie dał mi wyboru: albo pojadę ja, albo nikt. Cały świat trenował wówczas trzy razy dziennie, miałem kłopot ze sparingpartnerami. Patrząc z perspektywy czasu, chyba należało się określić od razu.

Dziś zrezygnowałby pan z gry w „Quo vadis”?

Z jednej strony udział w epokowej produkcji, światowa premiera w Watykanie w obecności papieża Jana Pawła II. Z drugiej – olimpijska pokusa. Chyba zostałbym jednak przy filmie, ale nie byłoby to łatwe.

Na planie też miał pan jednak dobry trening, a znajomość zasady judo „ustąp, aby zwyciężyć”, pomogła panu położyć byka na arenie.

To był spory przeciwnik, grubo powyżej 1,5 tony. Opiekował się nim Jacek Kadłubowski, jeden z najlepszych polskich kaskaderów odpowiedzialnych za przygotowanie zwierząt. Toro, bo tak się ten byk nazywał, zobaczyłem dwa–trzy tygodnie przed realizacją sceny na stadionie Warszawianki. Sama sekwencja przepychania nie wymagała żadnego montażu. Jerzy Kawalerowicz był zachwycony, ale przypomniał, że w scenariuszu jest wyraźnie napisane: „Ursus przewraca byka na arenę, ukręca mu łeb i ratuje Ligię”. Tylko jak to zrobić? Może podać mu środek usypiający? Ale przecież rozłoży się i uśnie.
Weterynarz, znajomy Kadłubowskiego, zaproponował, żeby mu podać takiego „głupiego jasia”. Dał mu jedną dawkę, odczekaliśmy kilka minut, rzeczywiście Toro stał się bardziej elastyczny, ale potem zaczął się usztywniać, trwało to z kilkanaście minut. Dostał jeszcze jedną dawkę, lekko się zachwiał, podchodzę, a on dalej się ze mną przepycha. Weterynarz mówi: „Słuchaj, dałem mu już taką dawkę, że położyłbym siedem koni. Nie rozumiem, dlaczego on dalej stoi. Podam mu kolejną, to zatrzymam mu akcję serca i go zabiję”. Chyba opatrzność czuwała nad tą sceną, bo w piasku był dół, byk się potknął, a ja wykorzystując zasadę „ustąp, aby zwyciężyć”, schodząc z linii pchania i skręcając mu głowę, wreszcie go przewróciłem.

W jednym z wywiadów stwierdził pan, że stał się ofiarą czegoś, co można określić syndromem „Czterech pancernych i psa” czy „Klossa”.

Kiedyś Mieczysław Kalenik, grający Zbyszka z Bogdańca w „Krzyżakach”, opowiadał mi, że ta rola to jego największe przekleństwo. Podobnie było ze Stanisławem Mikulskim – wszyscy wołali na niego Kloss. Franciszek Pieczka, którego poznałem na planie „Quo vadis”, również mówił mi, że po „Czterech pancernych” miał taki moment zaszufladkowania. Dużo osób, które nie są kibicami, kojarzy mnie z Ursusem. Wydawało mi się, że zostanę w branży na dłużej, posypią się kolejne propozycje.

Sportowcy powinni występować w filmach?

Amerykanie świetnie zagospodarowali Arnolda Schwarzeneggera. Pod niego były pisane scenariusze. Pytałem Kawalerowicza: „Panie Jerzy, czego pan ode mnie oczekuje? Nie skończyłem żadnej szkoły aktorskiej. Jak mam to zagrać?”. Odpowiedział: „Niech pan zagra siebie”. Starałem się pokazać swoje wyobrażenie na temat Ursusa. Bardzo pomógł mi też Jerzy Trela, jeden z najlepszych polskich aktorów. Zaprzyjaźniliśmy się.
Niektórzy działacze twierdzili, że rozmieniam się na drobne, tracę niepotrzebnie czas na inne zajęcia. Powtarzałem im, że kariera kiedyś się kończy, a ja wtedy będę mniej więcej wiedział, co chcę robić dalej. Uważam, że dobrze postąpiłem, dzięki temu dziś mogę się realizować na innych polach.

Padały także zarzuty, że zbyt szybko pan się poddawał, gdy coś nie szło po pańskiej myśli.

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi – tak mógłbym to podsumować. Ale to za proste. Proszę spojrzeć na mecz polskich siatkarzy z Niemcami o zachowanie szans na igrzyska w Rio. Założyłem się z moją córką, że nasi chłopcy podniosą się z kolan i wygrają. Po zwycięstwie mówię: „No i co, Jowita? – Tato, rzeczywiście miałeś rację. – Widzisz, bo ja już to kiedyś przerabiałem”. Młodym ludziom powtarzam: przegrywasz nie wtedy, gdy upadłeś, ale kiedy nie chcesz się już podnieść. Po Barcelonie albo po Atlancie jeden z działaczy miał do mnie pretensje: „Panie Kubacki, powinieneś nas pan przeprosić, bo zajmujesz miejsce innym zawodnikom”. To mnie zmobilizowało tak bardzo, że zostałem mistrzem świata. Później mu podziękowałem, bo takiej motywacji nikt mi nigdy nie dał.

Zdobył pan na wielkich imprezach tyle medali, że ludzie, spotykając pana na ulicy, wołają: „To mistrz olimpijski!”.

Coraz rzadziej to prostuję. Mam medale wszystkich kolorów z różnych kategorii wagowych i w świadomości ludzi utarło się, że jestem tym mistrzem. Na Wikipedii przeczytałem z kolei, że zostałem odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. A ja nigdy takiego orderu nie otrzymałem. Co prawda razem z Beatą Maksymow zostaliśmy przez nasz klub zgłoszeni do odznaczenia i pojechaliśmy do Pałacu Prezydenckiego z okazji 80- albo 90-lecia AZS, ale zaproszono nas jedynie do zdjęcia. Ukazało się ono w jednym z folderów z podpisem: „Olimpijczycy odznaczeni przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego”. Zastanawiam się, czy nie zwrócić się w tej sprawie do kancelarii.

Karierę judoki zaczął pan dość późno – jako 15-latek. Wcześniej pan pływał.

Pływanie trenowałem w Juvenii Wrocław od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Z biegiem lat stawałem się jednak za ciężki do tego sportu. Mistrzowie pływaccy mają i po 2 metry, ale nie ważą dużo powyżej 100 kg.

Ostatnio pływa pan w morzu polityki.

Od 2006 roku jestem członkiem PSL, ale od dłuższego czasu stoję z boku polityki. Mam zdrowy stosunek do tego, co się dzieje, i swoje przemyślenia. Ludzie popadają w jakieś psychozy, przeżywają traumy. Powtarzam im, że to już było, historia kołem się toczy. Jest taka książka „Rzeczpospolita koleżków” napisana przez Roberta de Jouvenela za czasów I Republiki Francuskiej. Pokazuje, jakie są mechanizmy w polityce.

Trudniej w tym świecie odnieść sukces niż w sporcie?

Są pewne rzeczy wspólne, np. wstawanie z kolan, umiejętność przełknięcia porażki. Natomiast zasady fair play, poszanowanie przeciwnika i dotrzymywanie słowa to w tym środowisku coś obcego, odbieranego jako słabość. Tu trzeba mieć grubą skórę. Polityka to gra drużynowa. Jeśli ktoś mówi, że może sam coś zrealizować, jest w błędzie.

Zaczynał pan w UD, potem była UW i Samoobrona.

Z Samoobrony startowałem na prezydenta Wrocławia i zostałem radnym Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. Po nieudanych wyborach do europarlamentu zakończyłem współpracę z Samoobroną i po roku zgłosiło się do mnie z propozycją PSL. Z ramienia tej partii kandydowałem na prezydenta Wrocławia i do Sejmu, ale nie liczyłem na efekty. W moim okręgu PSL nie ma wystarczającego poparcia. Teraz jestem urlopowanym politykiem, obserwatorem życia politycznego i jednocześnie nic mnie, panie redaktorze, nie dziwi.

Nawet deklaracja Przemysława Salety, który tak boi się rządów PiS, że chce wyemigrować do Tajlandii?

Przemka trochę znam, ma swój świat, stał się celebrytą. Żyjemy w państwie demokratycznym i każdy ma prawo do swobodnej wypowiedzi, ale ja bym się tak ostro nie wypowiadał. Urodziłem się w Polsce, zdobyłem tu wykształcenie i nie zamierzam wyjeżdżać. Proponuję Przemkowi, żeby zaangażował się w pracę u podstaw.

A zatem: Polska w złotym wieku czy w ruinie?

Nie chcę się wymądrzać, bo się na wszystkim nie znam. Mogę ocenić swoją działkę: sport czy pewne formy edukacji. Myślę, że nie jest źle. Nie powinno się potępiać wszystkiego i popadać w skrajności. W Polsce mamy kłopot z autorytetami, jest ich mało, a te, które są, się niszczy. W USA szanuje się prezydenta, a flaga i hymn są szczególnie chronione jako wartości ponadczasowe. Jeżeli my o tym zapomnimy, będziemy zatracać swoją tożsamość.

A polskie judo jest w ruinie?
Mamy obiecujących zawodników i wspaniałych trenerów, wykonujących ciężką codzienną pracę. Chwała im za to, bo to oni trzymają polskie judo. Problemem jest natomiast organizacja. Rządzą moi koledzy z maty, ale nie zgadzam się z ich spojrzeniem. Należy zmienić podejście, kierować związkiem jak firmą, skonkretyzować misję, wizję i cele strategiczne. Ludzie muszą wiedzieć, w którą stronę płynie ten okręt i kto jest jego kapitanem. Inaczej trudno mówić o przyszłości, jakimś systemie szkolenia. Na razie wygląda to tak: „jest judo, to się udo”.

Pan zgłaszał nowatorskie pomysły na wyprowadzenie judo z wieloletniego kryzysu, ale w środowisku nie spotkały się z aprobatą.

Odebrano mi mandat delegata. Mamy kryzys przywództwa. Uważam, że w sytuacjach zagrożenia – czy to w sporcie, czy w polityce – zarządzanie autokratyczne jest najlepszym i jedynym sposobem na przetrwanie.

Czuje się pan czarną owcą?

Nie, jeżdżę na zawody, robię szkolenia. Coraz więcej kolegów trenerów mnie zaprasza. Byłem niedawno na spotkaniu w Warszawie z młodymi ludźmi. Chcę pokazać trochę inny aspekt judo: ma ono przede wszystkim wychowywać. 95 proc. młodzieży w Polsce nie nadaje się do wyczynowego uprawiania sportu. Nie są odporni na dwie rzeczy. Po pierwsze – na porażkę, bo często są pod zbyt dużą presją rodziców. Po drugie – nie potrafią podporządkować się regułom gry i dotyczy to nie tylko tych niedostosowanych społecznie. Trzeba dla nich stworzyć ofertę szeroko pojętej kultury fizycznej.

Co zrobić, by judo znów stało się w Polsce popularne? W latach 90. pan, Waldemar Legień i Paweł Nastula wygrywaliście plebiscyt „Przeglądu Sportowego”. Dziś nawet wśród 20 nominowanych nie ma co szukać judoków.

Sukces zależy od liczby ćwiczących. Dla osoby z zewnątrz, która pierwszy raz przychodzi na zawody, judo jest mało czytelne: gesty, komendy w języku japońskim. Umiejętność padania to pierwszy krok, który można by wykonać w kierunku wzrostu popularności dyscypliny. W Japonii sala podzielona jest na pół. Na tatami odbywają się zajęcia judo i kendo, a obok znajduje się parkiet dla gier zespołowych. Nie ma wątpliwości, że judo przydaje się w innych sportach. W Dortmundzie przeprowadzili badania i okazało się, że 30 proc. absencji ich piłkarzy wynika z nieprawidłowego upadania na boisko i zderzania się.
Dziwi mnie, że w strategii rozwoju polskiego sportu judo nie ma ugruntowanej pozycji. Zwracałem uwagę kolegom, że nie pilnują takich rzeczy. Ale na razie to wszystko polega chyba tylko na mieleniu budżetowych pieniędzy. Brak pomysłu, jak przyciągnąć sponsorów.

W Polsce bohaterami zbiorowej wyobraźni stali się Mamed Chalidow czy Mariusz Pudzianowski. To nie jest chyba pana bajka?

W moim przekonaniu MMA nie jest dyscypliną sportową. Może to kiedyś nastąpi. Popularność zawdzięcza sprawnemu marketingowi. Przerażają mnie zachowania zawodników. Pamiętam walkę chłopaka z Krakowa, który leżał nieprzytomny i był okładany przez przeciwnika. Brak reakcji trenera, brak reakcji sędziego. Oglądali to młodzi ludzie, a obraz przemawia bardzo mocno. Z tego, co mi wiadomo, zawodnicy MMA nie są badani na obecność dopingu. Ale ludzie chcą chleba i igrzysk, widocznie potrzebują współczesnych gladiatorów.

Paweł Nastula popełnił błąd, że poszedł tą drogą?

Kiedyś skrytykowałem go za to w programie „Ring” w telewizji TVN. Później przez środowisko MMA byłem odsądzany od czci i wiary. Dziś żałuję, to sprawa Pawła. Walczy, z kim chce, jak chce, jest dorosłym człowiekiem. Mogę tylko przypominać, że sport ma wychowywać. Taka była idea barona Pierre’a de Coubertina: „Nieważny wynik, ważny udział”.
Kieruje się pan nią w swojej szkółce sportowej?

Założyliśmy ją we Wrocławiu wspólnie z żoną. Agnieszka zajmuje się głównie dziewczętami, prowadzi treningi z akrobatyki sportowej i aerobik, ja – zajęcia ogólnorozwojowe z elementami judo, według własnej metody. Mam i pięcioletnich urwisów, i dzieci z rozbitych rodzin, z zespołem Aspergera czy padaczką. U mnie mają się one bawić i rozwijać. Tłumaczę rodzicom: „Moim głównym zadaniem jest sprawić, by chłopak słuchał się was w domu. A jeśli chcecie, żeby się zraził, to zabierzcie go po trzech miesiącach na zawody. Popłacze się i już nie wróci do sportu”. Prowadzę też zajęcia dla dorosłych – odmianę japońskiej tabaty. Przekrój zawodowy na zajęciach jest ciekawy. Gościmy: urzędników, przedsiębiorców, nauczycieli, taksówkarzy i naszych znajomych, byłych sportowców, którzy chcą się zmęczyć i spędzić z nami wolny czas. Zapraszam każdego, kto chce się poruszać i zadbać o formę.

Rafał Kubacki, rocznik 1967, rodowity wrocławianin. Były judoka. Zawodnik Gwardii, Śląska i AZS AWF Wrocław. Dwukrotny mistrz świata w kategorii open (1993, 1997), mistrz Europy (1989). 17 razy zdobywał tytuł mistrza Polski. Startował na trzech igrzyskach olimpijskich: w Barcelonie (dwa zwycięstwa, dwie porażki), Atlancie (dwa zwycięstwa, dwie porażki) i Sydney (jedna porażka). W 1993 roku triumfował w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski. Zagrał Ursusa w filmie „Quo Vadis” Jerzego Kawalerowicza. Po zakończeniu kariery.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL