Wywiady

Kirgistan to wielka szansa dla polskich firm

Rozwijający się kirgiski rynek jest jeszcze młody, nie jest podzielony. To otwiera ogromne możliwości nawiązywania współpracy biznesowej, mówi Janusz Krzywoszyński, biznesmen i generalny konsul honorowy Republiki Kirgiskiej w Polsce.

Jak to się stało, że imigrant polityczny z Polski zajął się we Włoszech robieniem biznesu, i to z sukcesami?

To był całkowity przypadek. Otworzyłem sklep jubilerski w Brescii. Udało mi się dojść do momentu, w którym w centrum miasta prowadziłem kilka sklepów. Pomogło mi to, że poprzez moją włoską żonę zetknąłem się z rodziną Ghidini, ludźmi przemysłu działającymi w wielu branżach.

Potem przyszedł rok 1989 i otworzyły się możliwości robienia biznesu w Polsce.

Moje działania i sukcesy doceniła rodzina i zaproponowali mi przejście do nich, do przemysłu. Były to różne branże. A po zmianach ustrojowych Polska otworzyła się na świat i postanowiliśmy skorzystać z nowych możliwości. Byłem np. pierwszą osobą we Włoszech, która wprowadziła na polski rynek bardzo drogie mosiężne klamki dla budownictwa. Ludzie w Polsce pukali się wówczas w głowę, kiedy widzieli tak ekskluzywny towar, i mówili, że to niesprzedawalne. Ja twierdziłem, że zawsze jest miejsce dla towarów wysokiej jakości. No i udało mi się sprzedać w Polsce bardzo duże ilości tych klamek. Zajmowałem się także sprzedażą na polski rynek innych produktów dla budownictwa. Wiele zbudowanych wtedy kontaktów utrzymujemy do dziś.

Dysponuje pan unikatowym doświadczeniem. Cztery dekady mieszkania we Włoszech dają panu możliwość krytycznego spojrzenia na robienie biznesu w obu krajach. Na Włochy może pan patrzyć jak Polak, a na Polskę jak Włoch…

To prawda, siedzą we mnie dwie mentalności, staram się zawsze je wyważyć. Dobrze je znam i dzięki temu potrafię przewidzieć, wyprzedzić reakcje obu stron. Jeśli chodzi o Włochów, to przykładają dużą wagę do jakości. Choćby taki przykład: dla Włochów - czy to dla robotnika w fabryce, czy to dla przemysłowca będącego jej właścicielem - bardzo ważne są sprawy kulinarne. Tu też oczekują produktów wysokiej jakości. Jak rozumują? Zjeść mało, ale bardzo dobrze. Z przykrością powiem, że nie wszystkie polskie towary są wysokiej jakości. Ale to na szczęście się zmienia.

Jakie to zmiany?

Jest znacząca grupa towarów, która z sukcesami wchodzi na włosi rynek, np. okna. Myślę, że jest także szansa dla polskich bardzo wyspecjalizowanych producentów jachtów. Włosi mają tysiące kilometrów wybrzeży, uwielbiają jachting. Pomysłem jest choćby podjęcie współpracy z włoskimi stylistami. Szans dla polskich firm upatruję także na ogromnym włoskim rynku związanym z końmi. To tam ogromny biznes. A w Polsce, choćby w okolicach Poznania, są wysoce wyspecjalizowane rodzinne firmy produkujące znakomitej jakości sprzęt, np. bryczki, nieraz w cenie samochodu. Z kolei problemem jest np. to, że znakomita większość polskich firm, także bardzo dobrych, jest we Włoszech mało znana. Uważam, że biznes powinien się zorganizować, żeby firmy bardziej promowały się we Włoszech. Podkreślały jakość. To bardzo ważne.

Polska ma szansę stać się we Włoszech dobrą marką?

Włosi z fantastycznym wynikiem od lat promują Made in Italy. Nie widzę powodu, dlaczego Polska ma tego nie robić. Uważam wręcz i zachęcam, że powinna to robić. Absolutnie nie jest gorsza.

A patrząc jako Włoch na Polskę?

W ostatnich latach bardzo na korzyść zmieniła się administracja. Mam wiele dobrych kontaktach w samorządach, np. w Gliwicach, Katowicach, Wrocławiu. Wspierają biznes, inwestycje. Ale mówimy tu o urzędnikach wysokiego szczebla. Gdy schodzimy niżej, zaczynają się zupełnie niepotrzebne problemy. Może to jest kwestia mentalności. Np. kiedyś założyliśmy włosko-polskie joint venture, które miało zainwestować w okolicach Poznania. Ale ostatecznie okazało się, że wbrew ustaleniom warunki zabudowy na to nie pozwoliły. I Włosi swoje pieniądze przenieśli do innego kraju.

Jeszcze jakiś przykład?

Podam taki jaskrawy przykład negatywnej mentalności, który moi włoscy partnerzy mi wypominają do dziś. Dotyczy braku solidności i myślenia perspektywicznego. Byłem z grupą włoskich biznesmenów u dostawcy drewna w południowej Polsce. Ustaliliśmy zasady potencjalnej długofalowej współpracy i zamówiliśmy próbną dostawę, kilka wagonów. Po dwóch tygodniach zadzwoniłem z pytaniem, czy jest już gotowa do wysyłki. Okazało się, że nie, bo Niemcy zapłacili więcej. To było jak policzek. Na pewnym poziomie współpracy umowa, nawet wstępna, jest bardzo znacząca. A za tą próbną partią miał iść wielomilionowy, długoterminowy kontrakt na dostawy dla - zależnie od gatunku i jakości drewna - włoskiego przemysłu zbrojeniowego np. na kolby karabinowe, dla meblarstwa i dla budownictwa. Oczywiście nigdy już do tej współpracy nie wróciliśmy. Za często przedsiębiorcy wybierają jednorazowy natychmiastowy zysk, zamiast myślenia długoterminowego, przy którym summa summarum zarobią więcej.

Działa pan także w innych regionach świata. Niedawno został pan generalnym konsulem honorowym Republiki Kirgiskiej w Polsce. Jak pan ocenia - z punktu widzenia gospodarczego to jest dla nas kierunek perspektywiczny? 

Jest to kraj rozwijający się, wychodzi z przeszłości. Ma nową tożsamość, bardzo prężną administrację publiczną. Co bardzo istotne, do urzędów trafia coraz więcej młodych ludzi, którzy myślą nowocześnie. I Kirgizja jest bardzo zainteresowana współpracą z Europą, a szczególnie z Polską. Jako konsul honorowy zajmuję się m.in. kojarzeniem firm, działalnością kulturalną czy pomocą obywatelom Kirgizji w Polsce, jeśli zajdzie taka potrzeba.

I jak pan ocenia zainteresowanie obu krajów wspólnymi projektami? To dobry moment, by stworzyć tam przyczółek do współpracy gospodarczej i biznesowej?

Przyczółek to bardzo celne określenie. Sam bardzo często go używam. Ale to nie jest kwestia tego, że już dziś zrobisz tam wielki pieniądz. W biznesie bardzo często trzeba umieć zainwestować czas, pieniądze, żeby móc je ze znakomitym zyskiem odebrać w przyszłości. To jak kokietowanie ukochanej kobiety. Dziś taką możliwość oferuje właśnie Kirgizja. Bo tam rynek funkcjonuje inaczej niż np. w Kazachstanie czy Azerbejdżanie – nie jest jeszcze podzielony, te klocki nie są jeszcze poukładane. To ogromna szansa także dla polskich firm. Dotąd tylko rynek złota jest zdominowany przez Kanadyjczyków, inne branże dają wielkie możliwości. Niedawno odkryto wielkie pokłady metali rzadkich, a Kirgizi nie mają technologii do ich wydobycia. I choćby to jest perspektywa. Ale podkreślam, że korzyści z tego nie będą z dnia na dzień. Należy pamiętać również o dużych złożach węgla. Inna możliwość: niedawno jeden z wiceministrów poprosił, bym zainteresował Kirgistanem fabryki produkujące sprzęt dla rolnictwa. To kraj górzysty, głównie rolniczy, potrzebują dużo dobrego sprzętu. Osobnym tematem jest dynamicznie rozwijająca się turystyka i cała infrastruktura z nią związana. Mam stały dostęp do gabinetu prezydenta kraju, członków rządu. Staram się ze wszystkich sił działać na rzecz naszego kraju. Cały czas aktywnie działam. Dla mnie np. śniadanie w Odessie, obiad w Warszawie i kolacja w Gliwicach to norma.

Co uważa pan teraz za najważniejsze w tych kontaktach?

Postawiłem sobie za punkt honoru doprowadzenie do współpracy naukowej i kulturalnej. A to wiąże się też z biznesem. Chciałbym utworzyć taki niewidzialny most powietrzny prowadzący do Kirgizji - mam na myśli stworzenie młodym Kirgizom możliwości studiowania w Polsce. Z tego będą profity dla obu stron. Nawet jeśli tylko 50 proc. studentów wróci do kraju, będą znali polski, naszą mentalność, to będzie wielka korzyść, bo z czasem będą wchodzić do administracji, do biznesu i to też będzie forma tego przyczółku. To już następuje, już zdarza się, że minister czy wiceminister na oficjalnych spotkaniach zaczyna przemawiać po polsku. Oni właśnie u nas studiowali. Także np. ambasador Kirgistanu w Berlinie, któremu podlegam, pięknie mówi po polsku. I to jest ten niewidzialny most.


Doprowadziłem do podpisania umowy między Politechniką Śląską w Gliwicach i podobnym instytutem w Biszkeku. Podobną umowę podpisujemy z Wyższą Szkołą Biznesu w Dąbrowie Górniczej. Bardzo zainteresowany taką współpracą jest też Uniwersytet Wrocławski. Proszę pamiętać, że działam również charytatywnie. Staram się np. o pomoc dla Domu Dziecka w Kirgistanie. Pieniądze trzeba umieć zarobić, ale i podzielić.

Jest jeszcze polski rynek pracy, który gwałtownie potrzebuje nowych ludzi. Najpierw przyczółek na nim utworzyli, a potem niemal go zdominowali Ukraińcy, ale teraz te drogi się wydłużają, coraz więcej jest przybyszów z Indii czy Bangladeszu. Czy Kirgizi są zainteresowani szukaniem u nas pracy?

Od 5 rano – proszę pamiętać o 5 godz. różnicy czasu – odbieram telefony od firm i ludzi, którzy są bardzo zainteresowani pracą w Polsce. Mam zaproszenia na rozmowy w tej sprawie.

W jakich branżach mogliby pracować?

Na Śląsku jest zainteresowanie zatrudnieniem Kirgizów w budownictwie czy w produkcji. Pamiętajmy o tym, że oni wyszli niedawno z b. Związku Radzieckiego, są bardzo elastyczni i otwarci na zmiany. Nie boją się ciężkiej pracy. Mówią po rosyjsku, są pogodni, a najważniejsze, że oni chcą u nas pracować i zarobić. Jeśli im pomożemy, to pomożemy też sobie tworząc ten przyczółek. A pamiętajmy, że Kirgistan graniczy z Chinami i Kazachstanem. To także istotne. To jest nasza trampolina do Azji.

rozmawiał Jeremi Jędrzejkowski 

 

Janusz Krzywoszyński (65 l.) – biznesmen, działacz gospodarczy, społeczny, charytatywny. Gliwiczanin, skończył studia resocjalizacyjne. W 1976 r. wyjechał do Włoch. Dziś odpowiada za biznesy firm z północnych Włoch (Ghidini, Pasotti, Bugatti) w Europie Wschodniej (Polska, Czechy, Słowacja, Ukraina, Rosja) i w Azji Centralnej. Jest także generalnym konsulem honorowym Republiki Kirgiskiej w Polsce.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL