fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Jarosław Kaczyński: Nie chcemy podnosić podatków

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Nie mamy żadnego planu podwyższenia podatków! Mówię wyłącznie o tym, by obowiązujące podatki po prostu płacono – mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Jarosław Kaczyński.

Jaki PiS ma plan w sprawie zmiany podatków? Mieliśmy całkiem sprzeczne wypowiedzi ze strony rządu, a podatnicy, głównie przedsiębiorcy, bardzo się obawiają.

Na pewno musimy opanować sferę informacyjną. To największa słabość naszego rządu, bo takie sprawy powinny wypływać dopiero wtedy, gdy są całkowicie gotowe, a one takie nie są. Na pewno nie chcemy uderzać w przedsiębiorców, wręcz przeciwnie, chcemy ich zachęcić do inwestycji i innowacyjności.

Z jednej strony chcemy im pomóc, ale z drugiej nie możemy się godzić na niską tendencję do inwestowania i innowacji. Teza o tym, że spora grupa naszych przedsiębiorców traktuje swoje firmy jak folwark pańszczyźniany, jest bez wątpienia godna uwagi.

Jak?

Regulacjami prawnymi, które będą bronić pracownika. Jak choćby podniesieniem płacy minimalnej, walką z umowami śmieciowymi, które powinny być docelowo wyeliminowane. W ogóle musimy odejść od gospodarki opartej na niskiej płacy. Niepokojąca jest też tendencja części przedsiębiorców do przechodzenia na status rentierów w dość młodym wieku: „Dorobiłem się, a teraz korzystam z życia i wydaję pieniądze...”.

Ale jak kogoś na to stać, chce go pan zmusić do pracy?

Ja się zbliżam do siedemdziesiątki i dalej mam ochotę pracować. Nie mam żadnego majątku, ale bym sobie skromnie przeżył.

Jak pan chce to zmienić? Zachętami czy represjami?

Nie będzie żadnych represji, choć można sobie wyobrazić podatki od nieczynnego kapitału, ale niczego takiego nie planuję. Ale problem istnieje, bo pozytywny dla społeczeństwa jest taki przedsiębiorca, który chce się rozwijać, inwestować. Takich jest bardzo wielu.

Jest pan zwolennikiem jednolitego podatku od osób fizycznych?

Wydatki państwa rosną bardzo szybko, ale wpływy budżetowe już nie. 500+, obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej to olbrzymie koszty. Czy uda się je zrównoważyć po stronie wpływów?

W tym roku pieniędzy jest więcej niż trzeba, ale ważny jest rok przyszły. Wiedząc, jakie sumy wypływają z systemu podatkowego, powinno się to osiągnąć bez dużego wysiłku. Ale nie idziemy na szaleństwo, wzrost dochodów z VAT jest istotny, ale musi być jeszcze większy. Jeszcze nie zastosowaliśmy najbardziej radykalnych metod.

Jakich metod?

Choćby takich jak na Słowacji. Mamy tu duże pole do działania, ale będziemy to rozkładali na etapy. Chcemy przesunąć duże środki do tych grup społecznych, które nie tylko nie zyskały na transformacji, ale wręcz straciły.

Odbędzie się to kosztem podwyższenia podatków dla najlepiej zarabiających?

Nie mamy żadnego planu podwyższenia podatków! Mówię wyłącznie o tym, by obowiązujące podatki po prostu płacono. Problemem jest nie tylko VAT, ale też niska ściągalność CIT, a nawet PIT. Szara strefa jest jeszcze większa, niż myśleliśmy na początku.

Powiedział pan niedawno, że przedsiębiorcy z przyczyn politycznych i złej woli nie chcą inwestować… Te słowa wywołały oburzenie.

Mówiłem o konkretnym przypadku, chodziło o zakup mięsa świń w związku z afrykańskim pomorem. Akurat rozmawiałem o tym z ministrem Jurgielem. Dysponujemy sumą 100 milionów złotych i nie bardzo jest jak ją wydać. Przedsiębiorcy powinni być tym zainteresowani – a nie są. Była to więc wypowiedź związana z konkretną sytuacją.

Ale zostało to odebrane jako ocena ogólna. Tymczasem problemem jest spadek inwestycji publicznych.

Tak, są wielkie kłopoty z inwestycjami publicznymi. Proszę pamiętać: jak do władzy doszli nasi polityczni przeciwnicy, to dzięki śp. Grażynie Gęsickiej wszystko było przygotowane i ułożone z Brukselą. Przyszli na gotowe. A i tak w pierwszym roku wydali tylko miliard z nowej perspektywy finansowej. A kiedy my wygraliśmy wybory, przyszliśmy na zupełnie puste pole. Nic nie zostało zrobione. Różnica jakości tych dwóch władz jest gigantyczna. Wszystko trzeba od początku załatwiać. W samorządach wojewódzkich też jest niechęć i nie ma co tego ukrywać. Bo nasze rządy oznaczają ogromną zmianę w obiegu pieniądza. Chcemy zlikwidować niesprawiedliwe przydzielanie środków finansowych. A to narusza interesy.

Zajmijmy się kwestią personalną. W wywiadzie dla Onetu nazwał pan sprawę Misiewicza, asystenta ministra Macierewicza, „nieszczęsną”. A ten pan właśnie wrócił na stanowisko szefa gabinetu politycznego i rzecznika prasowego MON. Coś się zmieniło? Studia skończył w dwa miesiące?

Proszę o to pytać ministra Macierewicza. Ani nie jestem premierem, ani dyktatorem, nie wszystko, co się dzieje, musi mi się podobać. Nie mam aż takiej władzy, a nawet gdybym ją miał, to musiałbym uznać, że ministrowie o dorobku takim jak Antoni Macierewicz powinni mieć pewien poziom autonomii. Ale to od państwa się dowiedziałem, że pan Misiewicz powrócił.

We wrześniu, kiedy przeprowadzono zmiany w rządzie i odchodził minister skarbu Dawid Jackiewicz, mówił pan, że jeśli będą jakieś nieprawidłowości w spółkach Skarbu Państwa, to trzeba je będzie wypalać gorącym żelazem. Od tej deklaracji minęły prawie trzy miesiące. Czy coś się w tej sprawie dzieje?

Ten proces trwa. Nie zajmuję się nim bezpośrednio, ale z całą pewnością zmian jest dużo, co nie zawsze zresztą wynika z patologii. Czasem okazuje się, że dana osoba nie jest właściwie przygotowana do pełnienia swojej funkcji, czasem są przesunięcia między poszczególnymi spółkami. Te zmiany trwają wszędzie tam, gdzie dostrzegliśmy choćby niebezpieczeństwo nieprawidłowości.

Pojawiły się jakieś działania tam, gdzie złamano prawo?

Procesowe? Przecież ja jestem zwykłym posłem, nie wchodzę w działania wymiaru sprawiedliwości. Trzymam się na dystans. Wiem tylko, że pewne postępowania są prowadzone.

Zapowiadano też przeprowadzenie audytu.

Audyt trwa. Niektóre spółki, zasłaniając się prawem, kodeksem handlowym, nie chciały udostępniać dokumentów, ale o ile wiem, w tej chwili wszystkie te papiery zostały ściągnięte i trwa ich przegląd.

Sytuacja w spółkach Skarbu Państwa ma swoje przełożenie polityczne. Czy Adam Lipiński, jeden z ważniejszych polityków PiS, a przedtem PC, zapłacił swoją pozycją w partii za wspieranie ministra Dawida Jackiewicza?

To są bajki. Adam Lipiński nie miał z tym nic wspólnego, jego sytuacja w PiS się nie zmieniła.

Ale Lipiński utracił część władzy w regionie dolnośląskim, m.in. na rzecz minister Anny Zalewskiej.

To była decyzja ogólnopolska. Zastanawialiśmy się, czy robimy organizacje wojewódzkie, mielibyśmy wtedy jakby 16 Kaczyńskich. Nie mogliby jednak równocześnie pełnić funkcji państwowych, bo musieliby przyjeżdżać z rana do pracy, choć (śmiech) w moim przypadku to nie jest świt, i pracować, do kiedy trzeba, nad sytuacją w województwie, tak jak ja pracuję nad sytuacją w Polsce. Przydałby się taki drugi poziom zarządzania partią. Ale kiedy przeanalizowaliśmy sytuację personalną i napięcia, które by się wtedy pojawiły, to doszliśmy do wniosku, że na tym etapie tego nie należy robić. Byłoby więcej szkody niż pożytku.

Chodzi o konkurencję wewnętrzną, konflikty liderów regionalnych?

Nie. Albo musielibyśmy wycofać z rządu wielu cennych ludzi, albo też dać na te stanowiska ludzi, co do których nie byłoby gwarancji, że się sprawdzą. Nie ze złej woli, tylko z braku odpowiedniego doświadczenia czy uwikłania w miejscowe konflikty. Dlatego zdecydowaliśmy się utrzymać strukturę, w której okręgi wyborcze są jednocześnie okręgami partyjnymi. To oznacza mniej obowiązków i mniejszą władzę. Dlatego też na Dolnym Śląsku wróciliśmy do takiego podziału. To nie miało nic wspólnego z Adamem Lipińskim.

Część spółek znalazła się w kompetencjach Mateusza Morawieckiego, szykowane są zmiany na GPW, władza wicepremiera rośnie. Jak pan ocenia jego funkcjonowanie w rządzie? Są efekty?

Będę to mógł ocenić może za rok. Wtedy będę wiedział, czy ten projekt, przygotowany przez niego i innych bankowców jeszcze przed wyborami, funkcjonuje. Proces zdobywania przez wicepremiera Morawieckiego uprawnień trochę się przedłużył. Czy ta obecna struktura jest dobra? Być może ją też będziemy korygowali. Zobaczymy. Wicepremier Morawiecki ma już sporo instrumentów i może działać.

Dlaczego ten okres się przedłużał?

To zwykle trochę trwa, to kwestia interesów. Polska jest resortowa i nic się na to nie da na razie poradzić. Różne opory trzeba było przełamywać i różne osoby były temu przeciwne, ale te osoby odeszły już z rządu.

To premier Beata Szydło nie była entuzjastką tej zmiany. Czy teraz są dwa ośrodki władzy w rządzie?

Ja byłem premierem. I wiem, że premier to jest premier. Nie można tego porównywać z wicepremierem, nawet mającym dwa silne resorty. Pani premier na pewno była pod pewnym naciskiem Ministerstwa Finansów, może i innych. Ale w końcu podjęła właściwą decyzję. I ja bardzo się z tego cieszę.

Ich współpraca układa się dobrze?

Ja w ciągu ostatniego roku raz byłem w Kancelarii Premiera...

Ale Mateusz Morawiecki bywa na Nowogrodzkiej.

Bywa. Ale pani premier też. Może nawet częściej. Takie rzeczy jak współpraca w rządzie trzeba by obserwować na miejscu, ale nie wydaje mi się, żeby był tutaj problem.

Jak pan ocenia transakcję, której dokonało PZU i Polski Fundusz Rozwoju – zakupu od UniCreditu Banku Pekao SA? To jest prawdziwa repolonizacja?

Nigdy nie miałem wątpliwości: kapitał ma narodowość. Jeśli chcemy się rozwijać, jeśli centrum naszej polityki ma być rozwój Polski, to musimy mieć własny kapitał i własną bankowość, może nie w 100 procentach, ale w większości. Musimy dążyć do zmiany charakteru naszej gospodarki, bo jest on anachroniczny. Co prawda ten anachronizm był jednym z elementów sytuacji, która uchroniła nas przed kryzysem, ale na dłuższą metę musimy tę sytuację zmienić. Trzeba radykalnie zwiększyć tendencję do inwestowania i do innowacji. I chodzi tu o polski kapitał, a nie obcy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA