fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspinaczka górska

Jak Cichy i Wielicki Mount Everest zdobywali

Rok 1980. Baza polskiej wyprawy zimowej na Mount Everest na wysokości około 5400 m
Forum, Aleksander Lwow
Pierwsi zdobywcy Mount Everestu zimą, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, wspominają w rozmowach z Łukaszem Majchrzykiem polską wyprawę sprzed 40 lat. Obaj na najwyższym szczycie Ziemi stanęli 17 lutego 1980.

Leszek Cichy: Z wypraw przyjeżdżaliśmy raczej biedni

Plus Minus: Na słynnym zdjęciu po zdobyciu Everestu pan i Krzysztof Wielicki trzymacie w rękach torty. Jak udało się je przygotować?

Na wyprawę mieliśmy specjalnie przygotowany prowiant. W zapasach wojskowych były wtedy dwukilogramowe chleby w cienkich, blaszanych pojemnikach. Mieliśmy takie bochenki oraz, specjalnie dla nas robione, trzy rodzaje ciast: babkę piaskową, makowiec i keks. Z połączenia jednego z drugim oraz masy jajecznej, zrobionej przez Ryszarda Dmocha do spółki z kucharzami udało się coś takiego przygotować. Zdaje mi się, że jakoś wybitnie pyszne te torty nie były.

Ciasta zabraliście na wypadek sukcesu?

To były nasze „umilacze". Trzeba pamiętać, że to był 1979 rok, więc sklepy były puste i nie było łatwo dostać takich rarytasów. O wielu sprawach decydowały znajomości, układy. To nie była nasza pierwsza wyprawa, więc byliśmy znani w MON. Trzeba było mieć zgodę ministerstwa na skorzystanie z zapasów wojskowych. W pierwszej kolejności trzeba było otrzymać pismo z Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu (ówczesne Ministerstwo Sportu – red.), które uprawniało do kupienia czegoś poza przydziałem kartkowym. Pozwolenie dotyczyło konkretnego miasta. Najchętniej kupowaliśmy konserwy mięsne w Ełku, bo tamtejsze zakłady produkowały dla Baltony, więc były najlepsze.

Władzy wasze sukcesy były na rękę? Chętnie pomagała?

Dostaliśmy kilka razy nagrodę MSZ, więc chyba tak. Pierwsza polska powojenna wyprawa w Himalaje to był dopiero 1971 rok. Władzy zaczęło zależeć na pokazaniu, że PRL to trochę otwarty kraj, ale mimo wszystko to były wyjazdy na paszporty sportowe, jednorazowe. To rodziło komplikacje, bo nie zawsze i nie wszyscy dostawali. Raz nie dostał Andrzej Zawada, Januszowi Onyszkiewiczowi kilka razy odmówiono. Byłem z Warszawy, znałem języki, więc wypełniałem formularze wizowe za kolegów.

Jak sobie z tym radziliście?

Jeśli uczestników miało być 12, to trzeba było zgłosić 15 osób. Nie pisaliśmy, kto jest w rezerwie, bo to się tworzyło automatycznie, gdy ktoś nie dostał paszportu. Prezesem Polskiego Związku Alpinizmu był Andrzej Paczkowski, niemal jawna opozycja, był też u nas Janusz Onyszkiewicz, ale należało zachować równowagę, skoro pozwalali i częściowo finansowali nasze wyprawy.

Skąd mieliście pieniądze na wyjazdy w Himalaje?

Ta akurat wyprawa w 60 proc. była sfinansowana przez GKKFIS, a 40 proc. dołożył Julian Godlewski – Polak ze Szwajcarii, który był dyrektorem w firmie produkującej magnetofony. On finansował sporo polskich wypraw, ale też nagrody na konkursie chopinowskim za wykonanie mazurków i polonezów.

Decyzja o wyprawie została podjęta na kilka lat przed waszym wyjazdem w Himalaje. Czemu to trwało tak długo?

Wtedy w Himalajach dla alpinistów dostępne były tylko sezony wiosenny i jesienny. Polska chciała otworzyć sezon zimowy, więc Ministerstwo Turystyki Nepalu musiało stworzyć całą dokumentację. Tu chodziło o bezpieczeństwo nasze, ale też obsługi, Szerpów. Potrzebne były szczegółowe przepisy, jak mamy ich wyposażyć, w co ubrać. To trwało rzeczywiście trzy lata.

Kiedy zaczął się polski zimowy himalaizm?

Od wejścia na Noszak w 1973 roku. To jest 7400 metrów, więc daje jakieś wyobrażenie o wysokości. Rok później była kolejna wyprawa, która ruszyła samochodem przez ZSRR oraz Iran. Wyprawa się opóźniła, więc już w Katmandu prosili o przedłużenie do końca grudnia i atak na Lhotse odbył się 25 grudnia. Jakieś doświadczenia były. Już od 1974 roku zaczęliśmy myśleć o zimowym wejściu na najwyższą górę świata, tylko że była kolejka. Wtedy władze Nepalu wydawały jedno zezwolenie na wiosnę i jedno na jesień. Trzeba byłoby czekać nawet dziesięć lat. Zima to był pomysł, żeby ten problem ominąć, a poza tym to była realizacja kolejnego hasła w polskim alpinizmie. Najpierw mówiliśmy „zdobywamy wszystkie niezdobyte najwyższe szczyty". Potem Wojtek Kurtyka rzucił hasło „na każdym ośmiotysięczniku chociaż jedna polska droga", aż ktoś rzucił: „zdobywajmy je zimą".

Jak się te hasła rodziły?

Generalnie w środowisku. Raz na trzy lata był zjazd PZA. To było trzydniowe forum. Przyjeżdżali wszyscy, nie tylko delegaci. Oprócz sprawozdań pracowaliśmy w komisjach, a wśród nich najważniejsza była komisja sportowa. Tam się tworzyły nowe idee. Paczkowski był świetnym prezesem. Wprowadził „wolny rynek". Nie mówił, że rocznie mogą być dwie wyprawy, ale dawał wolną rękę. Jeśli będą pieniądze i mocny skład, to proszę, jedźcie. O pieniądze trzeba było konkurować. Myśmy ciągle aplikowali o jakieś środki, więc jeden z ministrów finansów Marian Krzak powiedział: „dosyć tego, dostajecie limit 30 tys. dolarów na rok i dzielicie je między siebie". Mówiliśmy na to „krzakówka". Były dewizy do wykupu, o tyle jednak dobrze, że po oficjalnym kursie. Te 30 tys. były dzielone na wszystkie wyprawy. Zakładając, że wszystko brało się z Polski łącznie z ryżem i cukrem, mogliśmy zrobić dwie, a nawet trzy duże wyprawy – głównym kosztem była karawana.

Chętnych do podziału tej kwoty na pewno było dużo?

Co roku w komisji sportowej PZA odbywał się zażarty bój o dewizy. Pod uwagę najpierw braliśmy cel wyprawy. Potem zauważyliśmy, że cele były ambitne, ale nie zawsze realne. Po roku czy po dwóch dołożyliśmy kolejne kryterium: uczestników wyprawy. Co lepsi, czyli Jerzy Kukuczka, Krzysiek Wielicki, czy ja, byli rozchwytywani. Kukuczka się nagle znajdował w składach sześciu wypraw. To był wyraz naszych ambicji. Z powodów politycznych spóźniliśmy się na pierwsze wejścia. Ostatni ośmiotysięcznik został zdobyty w 1963 roku, a myśmy wtedy dopiero w Hindukusz zaczęli jeździć. Skumulowały się trzy pokolenia: najstarsi zaczęli się wspinać jeszcze przed wojną. Potem takie pokolenie środkowe, które w Alpy wyjechało w latach 1946–1951. Najmłodsze pokolenie to byłem m.in. ja. W składzie wyprawy na Everest w zasadzie większość składu była młoda: Wielicki, Alek Lwow, Marian Piekutowski, Maciej Pawlikowski. To była mieszanka młodości, doświadczenia i ambicji. Starsi dawali doświadczenie, a my parliśmy.

Czasami funduszy brakowało?

Wtedy się wywoziło więcej rzeczy: namiotów, śpiworów i sprzedawało na miejscu. To pozwalało opłacić wyprawę.

Sprzedawaliście aparaty fotograficzne po 60 dolarów.

To było mało opłacalne. Zenity ciężko było w Polsce dostać, a w Indiach w pewnym momencie się zorientowali, że to nie jest jednak to samo, co niemiecka Praktica (śmiech). My z wypraw przyjeżdżaliśmy raczej biedni. Poza nielicznymi wyjątkami to były wyjazdy na urlopy bezpłatne na cztery–sześć miesięcy. Pracowałem na uczelni, więc na szczęście mogłem skumulować wykłady i ćwiczenia w jednym semestrze, a w drugim wyjechać. Moja pensja w latach 70. wynosiła osiem dolarów miesięcznie. Potem to było 20 dolarów. To nie były kokosy, a rodzinę trzeba było zabezpieczyć.

Pomówmy o samej wyprawie. Zezwolenie przyszło w ostatniej chwili?

Pod koniec wakacji 1979 roku dostaliśmy zgodę na wejście nową drogą, na filar południowy wiosną 1980 roku. Przygotowywaliśmy wyprawę, a dodatkowo cały czas staraliśmy się o zezwolenie na zimę. Oficjalną zgodę dostaliśmy 22 listopada. Wiele rzeczy było już przygotowanych, ale wiele trzeba było przyspieszyć. Zezwolenie obowiązywało od 1 grudnia do końca lutego. Baliśmy się, czy się uda. To był szalony miesiąc. Większość osób wyjechała 7 lub 8 grudnia.

Skąd mieliście specjalistyczny sprzęt, choćby namioty szturmowe?

Namioty były polskie: modele Warta i Legionowo. Liny do poręczowania były polskie, liny asekuracyjne produkcji francuskiej. Raki były polskie, ale łamały się, więc musieliśmy prywatnie w Katmandu dokupić lepsze. Buty i sprzęt puchowy powstały w Polsce. Krawiec się opóźniał, bo nagle miał uszyć 30 kurtek.

W filmie „Gdyby to nie był Everest" słychać, że mieliście 200 łyżek. Rozmawiają o nich Andrzej Zawada z Zygmuntem Heinrichem.

Łyżki wtedy były aluminiowe, więc się łatwo łamały. Kiedy się szło do baru mlecznego, to łyżkę się dostawało, ale żeby dostać nóż trzeba było zostawić dowód w okienku, bo rękojeść była aluminiowa, ale ostrze już ze stali. Zawada się denerwował, że mu łyżek w obozie brakuje, a Heinrich dał mu złotą radę, że może sobie jedną oblizać. Anegdot było dużo i wszystkie starałem się umieścić w ostatnio wydanej książce „Gdyby to nie był Everest...".

To Andrzej Zawada nalegał, żeby w bazie znaleźć się jeszcze przed Nowym Rokiem?

Bardzo mu zależało na tym. Jak zobaczy pan kalendarium zdobywania szczytu, to zapis dat naszej wyprawy wygląda tak, że jest 1979/1980, co podkreśla, że była to zimowa wyprawa. Właśnie na tym zależało Zawadzie. Chciał też, żeby w certyfikatach zdobycia Everestu przekreślić słowa „wiosna" i „jesień" i zapis roku. Wszystko zostało przekreślone i w to miejsce wpisane „1979/1980".

Chętnych do wejścia pewnie było wielu, byliście z Krzysztofem Wielickim przewidywani do ataku szczytowego?

Takie postawienie sprawy jest błędne, bo nikt nie był przewidywany do ataku szczytowego, dlatego z czystym sumieniem można powiedzieć, że to była wyprawa, na której każdy nosił buławę w plecaku. Wszyscy mieli świadomość, że najważniejszy był sukces zespołu. Oczywiście, Andrzej tworzył duety, ale trzeba pamiętać, że myśmy przyjechali z całej Polski. Było czterech zakopiańczyków, dwóch chłopaków z Wrocławia, wiele osób z Warszawy. Ja chodziłem z Jankiem Holnickim. Krzysio Wielicki został dołączony w ostatniej chwili, bo nie miał wielkiego doświadczenia, a poza tym rok wcześniej się odmroził. Próbował się doczepić do najsilniejszej grupy Zygmunta Heinricha. Nie mieliśmy prognoz pogody i przy dobrej pogodzie z bazy wychodzili wszyscy, którzy mogli. Jest taka scena w filmie, na której widać, że w obozie II są co najmniej dwie osoby, a spod ściany zawraca osiem kolejnych. To przynosiło skutki. Dzięki temu różnie mogły się te duety ułożyć. Po założeniu obozu IV zostaliśmy wysoko z Krzyśkiem, a nasi partnerzy zeszli do bazy.

Niewiele brakowało, żeby szczyt zdobył Zygmunt Heinrich. 15 lutego wchodził z Szerpą i byli pół kilometra od szczytu. Do góry poszedł też Andrzej Zawada, może po to, żeby zwiększyć zapał ekipy?

To się wiąże z dramatycznym wydarzeniem, które wcześniej nie było specjalnie opisywane. Kiedy Heinrich z Pembą dochodzili do Przełęczy, to Zawada z Szafirskim równolegle schodzili. Dzięki temu różnie mogły się te duety ułożyć. Podczas zejścia do obozu III Andrzej Zawada zaginął. Ja i Krzysztof już tam byliśmy i poszliśmy go szukać. Gdyby Andrzej nie zaginął, to pewnie atakowalibyśmy wierzchołek dzień wcześniej.

Jak pan patrzy z perspektywy 40 lat, atak 17 lutego to było szaleństwo?

To było dobrze obliczone wejście dwóch inżynierów. Od razu założyliśmy, że weźmiemy tylko po jednej butli zamiast dwóch. Jedna butla to są cztery litry, razy 220 atmosfer, czyli około 900 litrów tlenu. Przy zużyciu dwóch litrów na minutę mieliśmy tlenu na niewiele ponad siedem godzin. Wiedzieliśmy, że przy normalnym tempie wchodzenia jedna butla na głowę wystarczy nam do wejścia.

Czemu tak zrobiliście?

Butla waży siedem kilogramów, więc zabranie drugiej, to już bardzo duże obciążenie. Uznaliśmy, że z dwiema butlami będziemy bezpieczniejsi, choć dużo wolniejsi. Około 7.15 wyszliśmy z namiotu, a o 14.25 byliśmy na szczycie, zgodnie z założeniami. Wszystko było przemyślane: butla w plecaku, na butli reduktor, w jednej kieszeni zegarek, w drugiej wysokościomierz, który pokazywał, ile zrobiliśmy w pionie. Krzysio odczytywał, ile ubyło nam tlenu. Kalkulowaliśmy, o której możemy być na szczycie. Po wejściu zdjęliśmy plecaki, więc przez 40 minut byliśmy bez dodatkowego tlenu i o 15.05 zaczęliśmy schodzić. Do góry szliśmy nietypową drogą, chyba jako jedyni do tej pory szliśmy w ten sposób. Na początku są dwa kuluary i my poszliśmy lewym. Potem jest trawers na tzw. Balkon, a my z powodu wiatru poszliśmy do góry i weszliśmy na grań powyżej tego miejsca. Schodziliśmy z kolei drogą już wcześniej znaną. Czemu tak poszliśmy? Pomogło nam doświadczenie z Tatr. Wiedzieliśmy, że droga na wprost jest może trudniejsza, ale za to osłonięta od wiatru.

Wiedzieliście, jak długo możecie zostać na szczycie?

Zakładaliśmy, że tlen się przyda do wejścia, a potem jakoś się zejdzie. Nawet przez chwilę nie rozpatrywaliśmy, czy będzie ciemno podczas zejścia. Tempo pokazywało, że na szczyt wejdziemy za dnia. Potem, o godzinie czwartej, w pół do piątej zrobiła się szarówka, było trudniej. Nie wiedzieliśmy też, czy namiot się utrzymał, chociaż obciążyliśmy go pustymi butlami.

Kiedy zabrakło tlenu?

Tlen skończył się na Stopniu Hillary'ego, jakieś 80 metrów poniżej szczytu, i tam zostawiliśmy butle. Wchodziłem z kluczem francuskim, bo trzeba było odkręcić reduktory. Byłem odpowiedzialny za tlen podczas wyprawy. Wiedzieliśmy, że możemy spotkać różne butle francuskie, amerykańskie, z gwintem na zewnątrz albo w środku. Miałem przejściówki do wszystkich typów. Na Przełęczy Południowej znaleźliśmy trochę butli, które odsłonił wiatr. Dzięki znalezisku na Przełęczy mieliśmy dobrze nabite butle, ale przy okazji zobaczyliśmy niesamowite śmietnisko.

Na szczycie zostawiliście różaniec. To spowodowało potem problemy w Polsce.

W 1978 roku dostała go od Jana Pawła II mama operatora Staszka Latałły, który zginął w Himalajach. Jeden z baskijskich himalaistów później go zniósł i dał swojej mamie. Cztery lata temu dostałem informację, że kobieta zmarła i teraz różaniec znajduje się w Muzeum Himalaizmu w Hiszpanii. Myślałem nawet o filmie „Historia jednego różańca" i nie chodziłoby o religijny film.

Od wątków katolickich nie sposób jednak uciec. Depesza o zdobyciu szczytu została wysłana też do papieża, o co pretensje miała władza.

Andrzej Zawada był wtedy w obozie II, gdzie my dotarliśmy 18 lutego po południu. Tam była dobra łączność, więc podyktował Bogdanowi Jankowskiemu do bazy przez radio treść depeszy. Jankowski spytał, do kogo wysłać, a Andrzej na to „od Gierka po papieża". W poniedziałek około 10 rano nasza koleżanka poszła na pocztę i podyktowała treść depeszy. Kazała ją wysłać do Gierka, ale też do Rzymu i natychmiast ktoś usłużny zadzwonił do władzy z informacją. Co ciekawe, odpisali nam i papież, i pierwszy sekretarz. Jan Paweł II przysłał piękny list.

Kiedy pan sobie zdał sprawę, że słowa „Gdyby to nie był Everest, to chyba byśmy nie weszli" stały się historyczne?

Wiedzieliśmy, że wyprawa jest historyczna, ale nie miałem pojęcia, że moje słowa tak zapadną w pamięć.

Byliście bohaterami dla władzy, czy jednak zabolało, że Edward Gierek nie podał Andrzejowi Zawadzie ręki?

Nam to naprawdę zwisało. Byliśmy przyjęci w GKKFiS. Władza sobie ubzdurała, że skoro plan przewidywał atak 15 lutego, to świetnie propagandowo by to wyglądało, bo tego dnia kończył się VIII Zjazd PZPR. Sam byłem świadkiem, jak na spotkaniu sekretarz polityczny podszedł do Andrzeja i szeptem na pół sali spytał „Nie mogliście k...a wejść dwa dni wcześniej?". Andrzej Zawada odpowiedział: „Towarzyszu, nie dało się". Potem wysłuchaliśmy przemówień na chwałę socjalistycznego społeczeństwa. Na szczęście Andrzej odpowiedział tylko, że odbyło się to na „chwałę polskiego sportu".

Może władzę gryzło, że Wanda Rutkiewicz weszła na Everest 16 października 1978 roku, kiedy Karola Wojtyłę wybrano na papieża i chciała podobnego splendoru?

Życie jest bogatsze niż scenariusz filmowy. Na Evereście trochę polskich symboli się zebrało. Potem był zapis cenzury na informowanie o zdobywaniu najwyższej góry świata. Podczas wyprawy letniej do kraju codziennie trafiały informacje, a o wejściu Kukuczki i Andrzeja Czoka nową drogą, południowym filarem, króciutką notkę zamieściło jedynie „Życie Warszawy". Nie dostaliśmy zaproszenia na Bal Mistrzów Sportu w 1980 roku. Ktoś, chyba Hania Wiktorowska z PZA, zadzwoniła do redakcji „Przeglądu Sportowego", żeby wyjaśnić sprawę i usłyszała, że miejsc przy stolikach nie ma, ale możemy zająć miejsca stojące. Podziękowaliśmy. Jedynie Bohdan Tomaszewski, z którym się poznałem i przyjaźniłem, napisał w „Życiu Warszawy", że 1980 to był rok alpinistów. Być może jakieś głosy na nas padły, ale na żadnej liście się nie znaleźliśmy. Takie były czasy. Władza wpadła w panikę. Myśleli, że różaniec z krzyżykiem na Evereście stanie się takim symbolem jak krzyż na Giewoncie.

Z perspektywy czasu patrzy pan ze smutkiem albo złością, że Everest stał się tak komercyjny?

Tak po prostu jest i nic nie można zrobić. Ja i Krzysiek mamy numery 100. i 101. z osób, które były na Evereście, a teraz jest już tych osób około 10 tysięcy. Ile osób weszło zimą? Zależy jak liczyć. Po nas były jeszcze dwa wejścia, ale te wyprawy działały trochę inaczej. Pojawiały się pod górą w październiku, wtedy zakładały bazę, a oficjalnie zaczynały działać 1 grudnia. Kolejny atak na Everest był 25 grudnia, więc tak naprawdę była to jeszcze jesień, a myśmy działali od początku do końca w zimie. Pierwsze ładunki dotarły do bazy 31 grudnia. Akcję rozpoczęliśmy 4/5 stycznia i 17 lutego weszliśmy na szczyt. W bazie byliśmy ponownie 19 lutego, a w drogę powrotną ruszyliśmy 21 lutego. Nawet Denis Urubko nie miałby zastrzeżeń.

Dzisiaj, kto dobrze zapłaci, tego wprowadzą na Everest?

Everest jest magiczny, bo jest najwyższy. Warto pamiętać, że ludzie muszą mieć nie tylko pieniądze, ale też motywację, żeby się zapisać na wyprawę. Większość z nich to wspinacze, którzy wchodzą na wiele szczytów, a celebryci, bogacze zdarzają się bardzo rzadko. Zrobienie samemu wyprawy na Everest zajmuje dużo czasu i wcale nie jest tańsze. Łatwiej jest, gdy agencja zaporęczuje trasę, wyniesie tlen. Czasami takie wyprawy są jednak bardzo ryzykowne. Skąd się biorą wypadki? Uczestnicy mają bardzo krótką aklimatyzację. Już od obozu II na wysokości 6500 m n.p.m. śpią na tlenie, wchodzą na tlenie. Jeżeli cały czas mają tlen, to jest w porządku, ale jeśli zatka się butla, przewód zamarznie, trzeba poczekać w kolejce, to może się zacząć tragedia. Na takiej wysokości jesteśmy bardzo blisko granicy, w której przestaje zachodzić zjawisko osmozy. Michał Pyka z Katowic sięgnął do danych z lat 80., poprawił model i wyliczył ciśnienie dla 17 lutego 1980 roku, kiedy byliśmy na szczycie, to mieliśmy zapewne 239,9 mm słupka rtęci. Rozmawiałem z fizjologiem i usłyszałem, że blisko granicy śmierci. Uważam, że zimą bez tlenu byśmy nie weszli.

Ciągle niezdobyty zimą pozostał szczyt K2...

Uważam, że zimą na K2 powinno się wchodzić z tlenem. To szczyt niższy od Everestu, ale trudniejszy, więc wejście i zejście będzie trwało dłużej. Wejście bez tlenu kogoś takiego jak Urubko, przy sprzyjających warunkach, jest możliwe, ale to będzie niesamowicie ryzykowne. Myślę, że powinna ruszyć duża wyprawa, która od obozu III lub IV będzie używać tlenu. 

Krzysztof Wielicki: Pasji się nie kupi

Plus Minus: Czterdzieści lat minęło od waszego wejścia na Everest. W tym czasie zdobyliście niemal wszystkie ośmiotysięczniki zimą.

Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień. Może nie śpiewam sobie tak, ale rzeczywiście bardzo szybko to zleciało. To jest coś niesamowitego. Jeśli się żyje szybko, aktywnie, to mija błyskawicznie. W innym przypadku można by się zanudzić przez 40 lat. Jeśli ma się dzieci, wnuki, dużą rodzinę, to czas przyspiesza.

Gdyby nie udało się z Everestem, to kolejne zimowe sukcesy nie przyszłyby tak szybko?

Właściwie to wtedy zbagatelizowaliśmy ten wyczyn. Z drugiej strony, jak się dobrze zastanowić i spojrzeć wstecz, to już w połowie lat 80. sześć szczytów zostało zdobytych, więc rola Mount Everestu jest znacząca. Dało to innym koleżankom i kolegom do zrozumienia, że skoro zdobyliśmy najwyższy szczyt, to pewnie i niższe są w zasięgu człowieka. Pytanie można by odwrócić i zastanowić się, co by było, gdybyśmy na Everest nie weszli. Do środowiska alpinistów trafiłaby informacja, że pewnie się nie da, jest za silny wiatr, nie można się wspiąć. Może zimowy himalaizm by się rozwinął, ale na pewno nie tak szybko.

Mount Everest to szczyt najwyższy, ale czy najtrudniejszy?

Kilka innych ośmiotysięczników: Cho Oyu, Manaslu, Daulaghiri czy Kanczendzonga, też było zdobywanych wcale nie najtrudniejszymi drogami. Tutaj chodziło o coś innego, o warunki, o wiatr. Myśmy nie wiedzieli, jak tam zima wygląda. Jadąc, myślałem, że będą ze dwa metry śniegu, a w bazie, na wysokości pięciu tysięcy metrów, śniegu nie było wcale. Wszystko zostało wcześniej wywiane. Oczywiście, wiele zależy od roku, ale na ogół jest dość sucho, wilgotność jest mała. Tego wszystkiego trzeba się było nauczyć.

Wasz sukces narodził się jeszcze w epoce, kiedy najważniejszy był zespół.

Pamiętam, że przez wiele lat w naszej społeczności alpinistycznej nie mówiło się, że to „Wielicki i Cichy zdobyli Mount Everest". Przesłanie było takie, że zdobyli go Polacy. To znamienne, że nie było personalizacji sukcesu. Wspólnie z Andrzejem Zawadą i kolegami stworzyliśmy wspaniały zespół, który kierował się hasłem „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Nikt nie był przekonany, że wejdzie na szczyt lub że nie ma na to szans. Ważne było, żebyśmy jako zespół zdobyli najwyższą górę świata.

Kiedy jechaliście pod Mount Everest, to rozważaliście możliwość, że szczyt zdobędzie więcej niż dwóch ludzi?

Na tak dużych wyprawach, kiedy trzeba się zmierzyć z ekstremalnie wielkim wyzwaniem, niczego się nie planuje, a tym bardziej tego, kto będzie wchodził. Podczas trwania samej wyprawy zaczyna się automatyczna eliminacja, taki dobór naturalny. Zaczyna być widać, kto będzie mocniejszy, kto dłużej wytrzymuje, w ciągu dnia potrafi zrobić więcej drogi – widać, że ktoś cały czas jest z przodu. Potem decydują jeszcze przypadki: ktoś popełni błąd i przytrafi mu się uraz, ktoś inny zachoruje, zejdzie do bazy. Pod koniec naszej wyprawy zostało czterech, może pięciu ludzi, którzy byli w stanie coś zrobić.

Pan, Leszek Cichy, Andrzej Heinrich?

Może jeszcze Rysiek Szafirski i oczywiście mój partner wspinaczkowy, czyli Walek Fiut. Liczyłem na Mariana Piekutowskiego, ale zaczęło mu brakować trochę zdrowia. Zimą jedni wytrzymają lepiej, inni gorzej, więc selekcja następuje.

Jeśli o zdrowiu mowa, to kilka lat później wszedł pan na Lhotse z pękniętym kręgosłupem.

No tak, jeśli nadarzała się taka okazja, że Belgowie płacili za wyprawę, to jak można było taką szansę przepuścić? (śmiech).

Mount Everest był wcześniej zdobyty jedynie latem. Co wiedzieliście o zimie na tej górze przed wyprawą?

Andrzej Zawada trochę poznał zimę w Himalajach, bo w 1974 roku uczestniczył w wyprawie na Lhotse, która działała aż do ostatnich dni grudnia. To była ta ekspedycja, podczas której zginął Stanisław Latałło. Doświadczyli wtedy niskich temperatur, krótkiego dnia, ale prawdziwej zimy jednak nie widzieli. Jak się potem okazało, grudzień jest dość spokojny, jeśli chodzi o wiatr. Zwykle zaczyna wiać około Bożego Narodzenia. Dzisiaj są dokładne prognozy pogody, to pozwala minimalizować koszty, wysiłek ludzi. W tamtych czasach codziennie wychodził jakiś zespół, a prognozy pogody odczytywało się na własnym ciele. Zespół, który wyruszył albo szedł do góry, albo wracał. Następnego dnia ruszali następni i jeszcze kolejni. Kto miał więcej szczęścia, ten coś zdziałał. Stąd się brały duże składy wypraw, bo nie było wiadomo, co przyniesie jutro, wobec tego nie dawało się zaoszczędzić sił. Dzisiaj wyprawy mogą być mniejsze, ludzie kombinują i przed wyjściem mówią: pokaż mi prognozę pogody. Jak jej nie zobaczą, to nie wyjdą z bazy. I słusznie robią. To duża różnica między naszymi czasami a dzisiejszymi wyprawami.

A lepszy sprzęt?

On poprawia tylko komfort wspinania. Jeśli ktoś nie umie się wspinać, to sprzęt mu w niczym nie pomoże. Jeśli się nie ma duszy wojownika, to na górę się nie wejdzie. Oczywiście, lepiej mieć sprzęt wysokiej klasy niż słaby. Rewolucja dokonała się jedynie w łączności. Dziś do dyspozycji są telefony satelitarne.

A kurtki goreteksowe?

Mieliśmy kurtki ortalionowe i to jest najlepszy dowód na to, że nie sprzęt decyduje o zdobyciu góry. Chodziliśmy w zwykłych kurtkach uszytych przez jakiegoś krawca w Polsce. Kupowało się belę materiału i z tego się szyło. Mieliśmy żółte i czerwone kurtki, które Andrzej Zawada nazywał „skafanderkami". Do tego czapeczki, szaliczki, sweterki z wełny i portki wełniane.

A buty?

Zawada się uparł i miał rację, żeby wyeliminować skórę, i w zakładach w Krośnie uszyto dla nas specjalne obuwie z tworzyw sztucznych, ale tamte buty były tragiczne, na bardzo wysokim koturnie, co miało izolować stopę, ale brakowało im usztywnienia, więc w rakach bardzo źle się w nich chodziło. Taki but bardzo dobrze musi trzymać kostkę. To był pierwowzór, potem firmy zachodnie zaczęły robić obuwie w podobnym stylu.

Kto stworzył projekt?

Myślę, że Rysiek Dmoch przy bardzo dużym udziale Zawady. Wykonanie było, jakie było, ale idea sama w sobie była dobra, skoro weszliśmy na szczyt. To również pokazuje, że sprzęt nie decyduje.

Może jednak zwiększa szansę na przeżycie?

To prawda, ale bezpieczeństwo rodzi się w głowie, a nie w sprzęcie. To człowiek decyduje, czy będzie bezpiecznie – pewne sprawy może przewidzieć. Doświadczenie w większym stopniu decyduje o tym, czy się przeżyje. Dzięki wydarzeniom z przeszłości człowiek umie się przygotować na najgorsze możliwe sytuacje. Sprzęt tylko zwiększa komfort.

To też jest ważne na wyprawach.

To prawda, komfort się poprawił. Widać to nawet w jedzeniu, które się zabiera w góry wysokie. Część środowiska odchodzi od liofilizatów. Moim zdaniem na dłuższą metę nie da się tego jeść. To już lepiej wziąć ser i kiełbasę, mieć trochę więcej do niesienia, ale potem jakąś przyjemność w namiocie.

Co wy braliście do jedzenia?

Liofilizatów nie mieliśmy. Brało się czasem ryż, do tego była konserwa i otrzymywaliśmy świetne danie. Dzisiaj himalaiści już nie chcą tego jeść, wyciągają z torebek te nowoczesne preparaty. Są dietetycy, którzy pomagają dobrać jedzenie, ale wszystko sprowadza się do pytania, czy chodzi o przyjemność, czy o to, żeby się katować. Młodzi dzisiaj podchodzą do wszystkiego bardziej naukowo. Śledzą literaturę, nowości z zakresu medycyny. To pewnie pomaga, ale koniec końców liczą się doświadczenie i człowiek.

Nie byliście za czasów PRL przyzwyczajeni do rarytasów, więc może łatwiej było wam wytrzymać kilka miesięcy monotonnego jedzenia w górach?

To też prawda. Chleb i ciasto załatwialiśmy w jednostkach wojskowych. Armia musiała mieć zapasy żywności na kilka lat, ale co jakiś czas musieli się starej pozbywać, żeby kupić nową. Chleb był w dużych puszkach. Podgrzewało się to w wodzie i mieliśmy w górach ciepły chleb. To nam pomagało przetrwać, bo w Nepalu takiego pożywienia się nie dostanie, a ile czasu można jeść ciapaty. W ogóle nikt z nas nie narzekał na jedzenie, bo to samo było w domu, czasem nawet na wyprawach jedliśmy lepiej. Można się śmiać, że na wyprawy wyjeżdżaliśmy po to, żeby dobrze zjeść.

Ryżu chyba nie trzeba było wozić ze sobą?

Bazowaliśmy na potrawach kuchni nepalskiej. Mnie takie potrawy bardzo smakowały, choćby podsmażany ryż z warzywami. Gotowali to kucharz i jego pomocnicy, oni też kupowali podstawowe produkty. Dbali o naszą dietę w bazie, a wysoko w obozach jedliśmy to, co sami wynieśliśmy: ser, kiełbasę. Czasami dokuczała monotonia. Przez dwa miesiące na śniadanie jedliśmy jajka, w południe ryż, wieczorem ryż albo makaron. Mimo wszystko dało się z tym żyć.

Humor poprawiały wam przeboje Urszuli Sipińskiej?

Albo Włodzimierza Wysockiego (śmiech). Bogdan Jankowski, nasz radiotelegrafista i radiooperator, proponował Wysockiego, a Ryszard Gajewski wolał Sipińską. Codziennie do obozów nadawało „radio basecamp", które serwowało też muzykę. Bogdan, który preferował Wysockiego, ulegał namowom i mówił, że „na życzenie Ryśka Gajewskiego będzie muzyka dupu-dupu". Puszczał wtedy Sipińską albo Donnę Summer. Dla niego to nie była muzyka. Puszczanie tych przebojów było bardzo dobre, bo budowało więź. Siedział ktoś w namiocie na wysokości 6000–7000 metrów i nagle grała dla niego muzyka. Wszyscy wiedzieli, że jak o 19.00 włączymy radio Klimek, to usłyszymy audycję.

Ciężko było za czasów PRL załatwić taką radiostację?

Polski Związek Alpinizmu miał sprzęt w swoich zasobach i wyprawa mogła go wypożyczyć. Dzięki radiostacji Bogdan nadawał komunikaty, które prawie codziennie ktoś odbierał w Warszawie. Dzisiaj są telefony satelitarne. Jadąc ostatnio pod K2, opłaciliśmy łączność i każdy dzwonił, gdzie chciał. W Himalaje wkroczyły też media społecznościowe. Ja nie mam swoich kont, ale części młodszych kolegów paluszki się grzały. To nie było dobre. Nie spodziewaliśmy się, że informacje z bazy będą wypływały tak szerokim strumieniem. Sądziliśmy, że ja czy rzecznik wyprawy będzie wysyłać meldunki do kraju i będzie jeden przekaz, a tymczasem informacje płynęły kilkoma równoległymi strumieniami. Każdy miał inny punkt widzenia, każdy inaczej oceniał sprawy, a dodatkowo rozsyłał wiadomości do innych mediów. Robił się szum informacyjny.

Wróćmy jeszcze do kwestii logistycznych. Był podobno problem z dostarczeniem bagaży, a pan był odpowiedzialny za ich odbiór w Delhi. Wtedy leciały samolotem, ale często dowoziliście je ciężarówkami przez pół świata. Dziś to chyba nie do pomyślenia?

Część ładunków jechała jelczem, a część leciała samolotem. To wynikało z potrzeby ograniczania kosztów – taka była zasada w latach 80. Wysyłało się dużą ciężarówkę, która jechała przez pół Europy i pół Azji. Na jednej z wypraw kierowcą był nawet Krzysztof Oleksowicz, twórca słynnej sieci serwisów samochodowych Inter Cars. Nie było łatwo. Zdarzały się kłopoty techniczne po drodze, przestoje i opóźnienia. Nasza letnia wyprawa na K2 z tego powodu stanęła pod górą prawie w połowie lipca zamiast w czerwcu. Inni już niemal kończyli działania, a my dopiero zaczynaliśmy. Dobrze, że ludzie mieli wtedy dużo czasu. W latach 80. czas to dla nas nie był pieniądz. Żaden z nas jakoś nie potrafił zrobić kariery w PRL, więc wyjazd na trzy miesiące to była ogromna frajda.

Chyba trochę się zmieniło?

Dzisiaj bardzo ciężko jest zmusić kogoś, żeby na trzy miesiące zostawił wszystko: biznes, pracę, rodzinę, i pojechał w góry. Wtedy to było normalne. Działała zasada, że im trudniej, tym lepiej. My mieliśmy pod górkę, ale to nas zmuszało do aktywności. Z tego powodu przecież wymyśliliśmy prace wysokościowe, które pomagały nam zdobywać pieniądze na wyprawy. Mieliśmy poczucie misji. Uważaliśmy, że musimy zapisać kartę w historii alpinizmu, bo przecież lata 50. i 60. Polakom uciekły. Kiedy od lat 70. poprawiły się możliwości wyjazdów, staraliśmy się to wykorzystać. Złota dekada polskiego himalaizmu przypadła na czasy bardzo trudne w naszym kraju. Zwykle bogate społeczeństwa mają w sporcie sukcesy, a tu było na opak. Kto miał pasję i chciał się realizować, ten uciekał z szarej rzeczywistości – na różne pola, niektórzy w góry, ale byli też tacy, którzy uciekali na oceany. Dzisiaj można się realizować inaczej. Musieliśmy też mieć dusze wojowników. Nie było wśród nas ludzi, którym wystarczało spokojne chodzenie do pracy od 7.00 do 15.00. Pasji się nie kupi.

A jak to było z doświadczeniem? Nikt z was nie wiedział, jak się wspinać zimą w Himalajach...

To prawda, ale stopniowo zwiększaliśmy sobie skalę trudności: jeździło się w skałki, Tatry, Alpy, Dolomity, Kaukaz, Pamir, Hindukusz, Andy. Szliśmy drogą wymuszoną przez system organizacyjny naszych klubów. Najpierw trzeba było coś zdziałać w Tatrach, pokazać wykaz przejść. Komisja decydowała o tym, czy następnie można jechać w Alpy. Jeśli tam były wyniki, to puszczano dalej. Na pieniądze trzeba było zapracować, ale komisja decydowała, czy ktoś jest przygotowany. Nie można było sobie ot tak wyjechać. To klub wnioskował do Centralnego Ośrodka Sportu o wydanie paszportu. Wyprawa była wpisywana w kalendarz.

To doświadczenie pomogło w drodze na Mount Everest?

Tak bym do tego nie podchodził. Zimowe wejścia w Tatrach, a potem w Alpach pomogły nauczyć się poruszania w ścianie, na której był śnieg, lód. Wszystko razem decydowało o ewentualnym sukcesie. Jakby spojrzeć na życiorysy ludzi, którzy budowali złotą dekadę, to oni wszyscy mieli doświadczenia zimowe w niższych górach. Dziś można pójść na skróty. Wcale nie trzeba przechodzić tej drogi, ale dobrze to zrobić, bo tak jest bezpieczniej.

W górach spędziliście kilka miesięcy, a i tak wszystko się rozstrzygnęło ostatniego dnia.

Mieliśmy się wspinać 16 lutego, ale Andrzej Zawada zgubił się na wysokości 7800 metrów i musieliśmy go sprowadzać – dlatego opóźniliśmy się o jeden dzień. Prawdę mówiąc, to powinniśmy byli zejść do bazy, wypocząć i dopiero atakować szczyt. Otrzymaliśmy jednak wiadomość, że pozwolenie obowiązuje do 17 lutego, więc tylko my, ja i Leszek, mogliśmy wejść. Miałem wchodzić z Walkiem Fiutem, ale do niego przyjechała narzeczona i Walek, zamiast do góry, zszedł do bazy, a ja się nigdy z Leszkiem na tej wyprawie nie wspinałem. Jego partner zachorował, mój poszedł do bazy. Spojrzeliśmy na siebie i wiedzieliśmy, że oczy wyprawy są na nas zwrócone. Wszyscy wiedzieli, że tylko my możemy coś zrobić. Powinniśmy pójść w dół i gdyby to nie był Everest...

W takich sytuacjach podejmuje się zbyt duże ryzyko?

Myśmy byli zapatrzeni w tę górę. Czuliśmy, że musimy to zrobić. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA