fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspinaczka górska

Karta kredytowa i bilet to za mało by iść w Himalaje

Adobe Stock
Śmierć Rity Bladyko na Manaslu przypomina, że nie ma bezpiecznych wypraw w góry wysokie, nawet z tlenem.

Wiadomość o śmierci Rity Bladyko przekazała na swoim profilu na Facebooku Magdalena Gorzkowska, była biegaczka na 400 m, uczestniczka igrzysk olimpijskich w Rio, która w tym samym czasie zdobyła szczyt bez użycia tlenu. - Z relacji świadków wiemy, że Rita Bladyko powyżej obozu IV nie była w stanie poruszać się samodzielnie, miała zaburzenia widzenia oraz świadomości, które ewidentnie wskazywały na wysokościowy obrzęk mózgu, jedną z najgroźniejszych chorób wysokościowych. Podjęto właściwe działanie, relacje świadków są zgodne co do faktu, że himalaistka została sprowadzona do obozu IV i następnie, tego samego dnia, do obozu III (6900 m n.p.m.). Małgorzata Gorzkowska potwierdza, że tam słyszała głos pani Rity.

Według kierownika wyprawy Zbigniewa Bąka stan Rity Bladyko podczas zejścia stopniowo ulegał poprawie, do tego stopnia, że do obozu III dotarła samodzielnie przed ekipą asekurującą. Himalaiści zdecydowali o pozostaniu na noc w obozie III, kolejnego dnia mieli zejść do bazy. W nocy w obozie III Rita Bladyko przebywała w namiocie ze Zbigniewem Bąkiem i jeszcze jednym uczestnikiem wyprawy. Tam zjedli posiłek, uzupełnili płyny, a nawet żartowali. Z ich relacji wynika, że objawy wysokościowego obrzęku mózgu ustąpiły, co jest możliwe, bo najskuteczniejszym lekiem na choroby wysokościowe jest zejście na niższą wysokość oraz terapia tlenem. Im szybciej zauważy się objawy wysokościowego obrzęku mózgu, zacznie schodzić i podawać tlen, tym szybciej objawy choroby ustępują. Kluczowe jest wczesne zdiagnozowanie problemu i natychmiastowa reakcja. Można uznać tę wersję za wiarygodną, bo jest spójna – mówi „Rz” dr Robert Szymczak, himalaista, szkoleniowiec w zespole  Forma Na Szczyt. 

Czemu więc rano Rita Bladyko już nie żyła? - Wersji może być wiele Z relacji himalaisty, który przebywał w namiocie razem z nią wynika, że wyszła z namiotu załatwić potrzebę fizjologiczną. Możliwe, że z jakiegoś powodu usiadła przed namiotem, żeby odpocząć, była wyczerpana po ataku szczytowym, zasnęła i zmarła w wyniku wychłodzenia organizmu. To brzmi logicznie. Czy mogła wyjść z namiotu w wyniku zaburzeń świadomości? Tej wersji nie można wykluczyć, choć opis stanu himalaistki wskazywał na ustąpienie objawów wysokościowego obrzęku mózgu po dotarciu do obozu III – twierdzi dr Robert Szymczak.

Być może należało himalaistkę sprowadzać jeszcze niżej? - Z moich informacji wynika, że to była choroba wysokościowa. W takiej sytuacji ratuje tylko podawanie dużych ilości tlenu, a przede wszystkim szybkie zejście. Najlepiej schodzić na własnych nogach, bo jest lepsze krążenie i dotlenienie. Dlaczego oni się zatrzymali w obozie trzecim, tego nie wiem. Znam tę drogę, można było zorganizować Szerpów i schodzić nawet w nocy, jak najniżej – mówi „Rz” Krzysztof Wielicki, pierwszy zimowy zdobywca Mount Everestu. 

Doktor Szymczak potwierdza, że najlepiej jest zejść jak najniżej, a przynajmniej do momentu ustąpienia objawów choroby wysokościowej. Po ataku szczytowym większość himalaistów jest zmęczona i zazwyczaj nocuje się z jednym z wyższych obozów, w tym wypadku IV lub III. Objawy choroby u himalaistki ustąpiły. Wyprawa posiadała tlen ratunkowy. Decyzja o pozostaniu w obozie III jest do obronienia. 

Czy zawiodła aklimatyzacja? – Magdalena Gorzkowska pisze, że w tym roku, ze względu na złe warunki pogodowe na Manaslu ciężko się było zaaklimatyzować. Jej wyprawa zrobiła tylko jedno wyjście z bazy, przespali się na 6500, dotknęli wysokości 6800 i zeszli do bazy. W kolejnym wyjściu zdobywali już szczyt. Nie można uznać tej aklimatyzacji za dostateczną. Według reguł powinno się spędzić noc w obozie III na 6900 m i po zejściu do bazy i odpoczynku zaatakować szczyt. Jak wyglądała aklimatyzacja Rity Bladyko, nie wiemy. Pojawienie się objawów choroby wysokościowej jest wynikiem niedostatecznej aklimatyzacji lub indywidualnej patologicznej reakcji himalaisty na wysokość mimo zachowania standardów tempa zdobywania wysokości -  podkreśla dr Szymczak.

Krzysztof Wielicki mówi, że nie znał Rity Bladyko. Zbigniewa Bąka spotkał, ale się z nim nigdy nie wspinał. – Są młodzi ludzie, którzy idą klasyczną drogą: klub, wyjazdy w Tatry, Alpy, Hindukusz. Ale jest też dużo osób, które nie należą do klubu alpinistycznego, a wspinają się na 8 tys. metrów. Wymogi się zmniejszyły, wystarczy mieć kartę kredytową, bilet lotniczy i zgłosić się do agencji. Nikt nie pyta o doświadczenie. Ludzie są sprawni fizycznie, ale to nie wszystko – mówi „Rz” Krzysztof Wielicki.

Manaslu to góra, na którą wspina się wielu uczestników wypraw turystycznych. - Ostatnio przyjęło się, że Manaslu jest łatwą górą, na północnej stronie nie ma wielu trudności technicznych, więc organizowano tam wiele wypraw, które przygotowują do wejścia na Mount Everest. Kiedyś taką rolę spełniał Cho Oyu. W tym roku na Manaslu weszło już ponad 100 osób. Czemu tyle wypraw? Dużym agencjom światowym chodzi o to, żeby się ludzie sprawdzili na wysokości. Jak ktoś zobaczy na Manaslu, że jest słaby, to może zrezygnuje z Everestu. To jest wstępna eliminacja – mówi „Rz” Wielicki. Doświadczony, polski himalaista dodaje, że ludziom wydaje się czasem, że góra jest bezpieczna, bo wchodzi na nią wiele osób. To tylko złudzenie.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA