Widziane z regionu

Nie biorę udziału w politycznych dyskusjach

Rafał Bruski prezydentem Bydgoszczy jest od 2010 roku. Wcześniej przez trzy lata pełnił funkcję wojewody kujawsko-pomorskiego. W latach 2006-2007 był zastępcą prezydenta Bydgoszczy odpowiedzialnym m.in. za strategię i rozwój miasta oraz pozyskiwanie funduszy europejskich. Żonaty, ma dwoje dzieci
materiały prasowe
Formalnie rzecz biorąc, woj. kujawsko-pomorskie ma dwie stolice, ale jak jest, każdy widzi. Nie chcę nic odbierać Toruniowi, ale nasz potencjał społeczno-gospodarczy jest nieporównywalnie większy – mówi Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy.

Rz: Wygrał pan wybory na prezydenta Bydgoszczy w I turze. Pana zdaniem mieszkańcy głosowali na pana czy na szyld Koalicji Obywatelskiej, pod którym pan – jako członek PO – startował?

Rafał Bruski: Osiem lat temu, gdy pierwszy raz ubiegałem się o urząd, to pewnie przynależność do PO była tym czynnikiem, który poniósł mnie do zwycięstwa – byłem wtedy osobą mało znaną w sferze publicznej. Dziś jednak wierzę, że mieszkańcy oceniali mnie indywidualnie, oceniali podejmowane przeze mnie decyzje i ich efekty. Przez te osiem lat miasto zdecydowanie zmieniło się na lepsze. Moją opinię w tej kwestii potwierdzają wyniki wyborów do rady miasta – ja uzyskałem prawie 55 proc., a radni spod znaku Koalicji Obywatelskiej – ok. 42 proc. Zresztą jako prezydent bardzo rzadko afiszuję się jako polityk, nie biorę udziału w politycznych dyskusjach. Jestem przede wszystkim gospodarzem miasta.

Ale brał pan udział w marszach KOD czy przeciw zmianom w sądownictwie.

Uważam, że walka o praworządność to obowiązek każdego obywatela, choć nie wszyscy zdają sobie sprawę, jakie skutki będą miały zmiany, które rząd wprowadza. Oczywiście jestem prezydentem Bydgoszczy całą dobę, ale w różnych manifestacjach uczestniczyłem z poczucia obywatelskiego obowiązku.

Jak bardzo pana zdaniem rozpolitykowane były tegoroczne wybory samorządowe? Bardziej niż w poprzednich latach?

W dużych miastach na pewno dużo było polityki. Przyglądałem się głównie Warszawie i nadzwyczajnej aktywności dwóch najważniejszych kandydatów oraz Łodzi. Szczególnie w Łodzie widać było, że PiS bardzo upolityczniło te wybory, zastanawiam się, jak teraz przełknie tę żabę, którą przyszykował ustami wojewody. W samej Bydgoszczy polityka też była, tak się dzieje zawsze, gdy główni kandydaci reprezentują odmienne opcje polityczne, czyli PO i PiS. Jeśli jednak mielibyśmy oddzielić wątki polityczne od tych merytorycznych, to oceniam te pierwsze na jakieś 20 proc. udziału w wyborczej dyskusji. Większość skupiała się na kwestiach merytorycznych. Przynajmniej ja, bo starałem się skupiać uwagę mieszkańców na tym, co zrobiłem i co jeszcze mamy do zrobienia. Tym bardziej że przed wyborami rozliczyłem się z dwóch poprzednich kadencji i mogłem startować z czystą kartą.

Nie obawia się pan, że wygrana KO w mieście pozbawi was jakichś rządowych pieniędzy? Rząd PiS deklaruje współpracę głównie ze swoimi samorządowcami.

Rzeczywiście istnieją takie obszary, gdzie rząd ma pewną uznaniowość w kwestii wsparcia samorządów. To np. program budowy dróg samorządowych czy program wspierania inwestycji istotnych dla sportu. W tym ostatnim minister sportu może dołożyć do budowy hali sportowej w Bydgoszczy lub nie. Na razie nie dokłada. W programie Mosty+, gdzie rząd przedstawił 20 propozycji budowy różnych obiektów, nie było ani jednego z województwa kujawsko-pomorskiego. Jest jeszcze program „Smog", do udziału w którym też nie wytypowano Bydgoszczy. Moglibyśmy się obrazić, bo przecież problem z zanieczyszczeniem środowiska mamy taki, jak wiele innych miast w Polsce. Ale się nie obrażamy, tylko robimy swoje. Dla samorządów kluczowe w rozwoju jest wsparcie Unii Europejskiej. Unijne fundusze dają możliwość pozyskania kwot kilkadziesiąt razy większych niż w ramach rządowych programów, poza tym obowiązują tu określone, przejrzyste procedury dostępu, realizacji i kontroli. Tak naprawdę unijne fundusze chronią takie samorządy jak Bydgoszcz przed zakusami wielkiej polityki.

Ale brak dogodnych połączeń z autostradą A2, których budowa zależy od agencji rządowych, to już problem dla Bydgoszczy?

Trasa S5, czyli łącznik między A1 a A2, jest już budowana. Ciekawe, że umowa została podpisana przez poprzedni rząd na dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Trasa S10 niestety po wyborach została skreślona z listy zadań do realizacji, nie ma zapewnionego finansowania. Dla nas to bardzo istotna inwestycja, bo na jej obecnym przebiegu, do Torunia i autostrady A1, jest olbrzymi ruch i często zdarzają się wypadki. Od trzech lat mniej więcej co kwartał wysyłam pytania w tej sprawie do resortu infrastruktury, a wedle jednej z odpowiedzi droga nie powstanie szybko, bo pieniądze były potrzebne na infrastrukturę transportową na ścianie wschodniej.

Pana zdaniem to decyzja polityczna?

Jak najbardziej. Pieniądze trafiają na budowę dróg tam, gdzie natężenie ruchu jest znacznie mniejsze, a tę inwestycję się opóźnia. Tu – moim zdaniem – większą aktywnością i skutecznością w sprawie tak ważnej dla miasta mogliby wykazać się bydgoscy posłowie PiS. Ale nie widać efektów ich działań. Zresztą na 100 członków rządu, ministrów i wiceministrów nie ma ani jednego z Bydgoszczy. Być może bydgoscy posłowie z PiS po prostu niewiele znaczą w ramach partii i ciężko im o jakikolwiek sukces. W poprzednim rozdaniu mieliśmy w rządzie wiceministra infrastruktury Pawła Olszewskiego, który dbał o regionalne drogi, mieliśmy minister spraw wewnętrznych Teresą Piotrowską czy ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. W obecnym rządzie tylko b. wiceminister obrony Bartosz Kownacki został wybrany z okręgu bydgoskiego, ale jest warszawiakiem. Nie chodzi o to, by brać więcej, niż miastu się należy, ale żeby trafiało do Bydgoszczy i regionu tyle, ile nasza społeczność wypracowuje.

Czy rząd pomaga wam w rozwiązaniu problemu tykającej bomby ekologicznej na terenie upadłych zakładów chemicznych Zachem?

Określenie, że mamy tam bombę ekologiczną, wcale nie jest przesadzone. W Zachemie składowano niebezpieczne odpady, które dziś zatruwają wody gruntowe i przesuwają się w kierunku Wisły, dotrą tam, zanieczyszczając rzekę, za 20–30 lat. Skalę potrzebnej interwencji szacuję na 1–2 mld zł i to w trybie pilnym. Państwo nie pomaga w sposób wystarczający. Jako miasto robimy co się da, jednak mowa o gigantycznych pieniądzach, na które nas po prostu nie stać. Zresztą trudno, żeby za pieniądze mieszkańców Bydgoszczy naprawiać szkody, które wyrządziło państwowe przedsiębiorstwo. Proszę pamiętać, że wspomniane składowiska powstały w czasie PRL, gdy Zachem był zakładem w dużej mierze produkującym na potrzeby wojska, ściśle zamkniętym i chronionym, a o tym, co się tam działo, wiedziały tylko tzw. czynniki rządowe.

Jak to się stało, że taka państwowa firm przeżyła trudny okres transformacji po 1989 r., a upadła całkiem niedawno, w 2014 r.?

Nie chciałbym wnikać w szczegóły, ale wydaje się, że zdecydowały o tym czynniki rynkowe. Podobnie w przypadku fińskiej Nokii, swego czasu potentata w produkcji telefonów komórkowych, gdy co czwarty użytkownik na świecie miał telefon Nokii. I nagle firma zniknęła, bo – jak oceniają eksperci – przegrała wyścig technologiczny.

Czyli nie jest tak, że Zachem upadł, bo został sprywatyzowany? Taką tezę stawiają niektórzy politycy.

Trzeba by mieć ogromną wiedzę, by jednoznacznie to przesądzić. Ale warto przypomnieć, że w Zachemie prowadzona była nie tylko produkcja dla sił zbrojonych, ale także dla celów cywilnych, wytwarzano tam np. pianki poliuretanowe. I przez wiele lat z tego przedsiębiorstwa wyodrębnionych zostało ok. 100 podmiotów. Ważne, że one funkcjonują do dzisiaj. Tereny dawnego Zachemu to ogromna powierzchnia, 20 kilometrów kwadratowych. Nie cały teren jest zanieczyszczony, pojawiają się tam nowe firmy, m.in. na działkach, które sprzedaje syndyk i obecnie przekształciły się one, przy naszej pomocy, w wypełniający się życiem park technologiczno-przemysłowy. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że dziś jest tam więcej przemysłu niż za czasów Zachemu.

Największe bydgoskie firmy chyba jakoś mają pecha, bo kolejne znane przedsiębiorstwo Pesa ma poważne kłopoty. Zaangażować się musiał Polski Fundusz Rozwoju.

Sprawa ma pewien kontekst polityczny, bo najpierw publiczne spółki, takie jako PZU czy PKO BP, nie kwapiły się do pomocy w formie kredytów czy gwarancji ubezpieczeniowych. Za to nagle pojawiła się inna spółka Skarbu Państwa, czyli PFR, który przejmie Pesę w całości. Pojawia się tu sporo pytań, dla mnie najważniejsze jest, że funkcjonowanie naszego bydgoskiego producenta nie jest zagrożone, produkty są rentowne, nowe kontrakty podpisywane. Dla Bydgoszczy upadek Pesy byłby bardzo bolesny, cieszę się więc, że nie ma takiego ryzyka.

W 2019 r., zgodnie z projektem budżetu, inwestycje miasta i spółek miejskich mają sięgnąć 1 mld zł. Część przeznaczona będzie na rozbudowę sieci tramwajowej. Pesa na tym skorzysta?

Bezpośrednio nie, bo skupiamy się teraz głównie na rozbudowie sieci tramwajowej. Tramwaje, łącznie 21 sztuk, zamówiliśmy już w 2017 r. Przetarg wygrała Pesa i teraz ten kontrakt jest finalizowany. Co do naszego taboru, to ok. 50 proc. to już nowe pojazdy, sukcesywnie wymieniamy resztę. Jednak w 2019 r. nowych zamówień nie będziemy składać. Zresztą w kontekście Pesy warto dodać, że za cztery–pięć lat wszystkie miasta, które mają sieć tramwajową, będą wyposażone w nowy tabor i znowu przez 20 lat nie będą potrzebować produktów Pesy. Mam nadzieję, że firma zdaje sobie z tego sprawę i uwzględnia to w swojej strategii.

Jakie są inne kierunki inwestycji przyszłorocznego budżetu? Bo 1 mld zł to bardzo dużo pieniędzy. Jak miasto w ogóle stać na takie wydatki?

Odpowiadając na to ostatnie pytanie – rzeczywiście osiem lat temu nie byłoby nas na to stać. Dla potencjału rozwojowego, inwestycyjnego ważnym wskaźnikiem w samorządach jest nadwyżka operacyjna. Powiedzmy, że to odpowiednik zysków w firmie. Gdy zostałem prezydentem po raz pierwszy osiem lat temu, mieliśmy w budżecie 10 mln zł tego „zysku", dziś 220 mln, więc mamy z czego wydawać, a przede wszystkim – jak sięgać po unijne fundusze. Byliśmy też jednym z najbardziej zadłużonych miast, od trzech lat ten dług maleje.

A inwestycyjne priorytety w 2019 r.?

Oprócz sieci tramwajowej, to oczywiście kwestia dróg i bydgoskich ulic, które zawsze potrzebują nakładów. Realizujemy trzy duże projekty w obszarze kultury. Największy z nich to rewitalizacja Młynów Rothera o wartości blisko 100 mln zł. Równocześnie prowadzona jest rozbudowa Muzeum Okręgowego i odbudowa dawnego Teatru Kameralnego. Z większych inwestycji warto wymienić budowę parkingów typu P&R (park & ride), basenu olimpijskiego, rewitalizację Starego Miasta i Starego Fordonu. Mocno inwestujemy w szkolnictwo zawodowe, bo tego oczekują pracodawcy. Co roku zwiększamy też wartość budżetu obywatelskiego, dzięki czemu mieszkańcy w coraz większym zakresie współdecydują o tym, jak powinno się zmieniać ich bezpośrednie sąsiedztwo. Warto dodać, że miejskie wodociągi zainwestują 100 mln zł w system kanalizacji deszczowej, dzięki czemu przestaniemy mieć problemy z zalewaniem ulic po dużych opadach. Zaś przedsiębiorstwo ciepłownicze rozbudowuje swoją sieć, by zwiększyć dostępność do miejskiej sieci ciepłowniczej i eliminować piece węglowe. Tych działań jest naprawdę dużo.

Czy w ramach tych działań jest chociaż jeden projekt wspólny z Toruniem? Czy przestaliście rywalizować o miano stolicy regionu? Ze słów prezydenta Torunia Michała Zaleskiego, z którym ostatnio rozmawialiśmy na naszych łamach, wynika, że nie.

Po pierwsze, formalnie rzecz biorąc, woj. kujawsko-pomorskie ma dwie stolice, ale jak jest, każdy widzi. Nie chcę nic odbierać Toruniowi, ale nasz potencjał społeczno-gospodarczy jest nieporównywalnie większy.

Po drugie, każdy, kto z punktu widzenia Warszawy spojrzy na mapę, od razu uważa, że Bydgoszcz i Toruń powinny współpracować, takie zapisy pojawiają się w krajowych i regionalnych programach rozwojowych. Ale ja zawsze zadaję konkretne pytania, na czym ta współpraca ma polegać? Oprócz oczywiście ewidentnych obszarów, gdzie już działamy wspólnie, takich jak komunikacja między miastami, transport zapewniający ludziom dojazd do pracy itp. W pozostałych obszarach widzę jednak problem, Bydgoszcz i Toruń to dwa na tyle duże miasta, że każde musi mieć praktycznie wszystko, odpowiadać na wszystkie potrzeby mieszkańców.

Po trzecie, bardzo dużą wagę przykładamy do budowania relacji z najbliższymi sąsiadami. Stworzyliśmy Stowarzyszenie Metropolia Bydgoszcz, które obejmuje w sumie 600 tys. mieszkańców. I to tu odbywa się prawdziwa współpraca na wielu polach.

Może z tym Toruniem nie chodzi o jakieś wielkie projekty, tylko o zaprzestanie kłótni, jak się ma coś nazywać albo gdzie ma być siedziba jakiejś instytucji.

Może przytoczę tu pewną anegdotyczną, choć symboliczną historię. Kiedyś wspólnie z prezydentem Zaleskim rozmawialiśmy u marszałka o projekcie tzw. biletu metropolitalnego. Doszło wówczas do dyskusji daleko wybiegającej w przyszłość, czyli gdzie miałaby być siedziba instytucji zarządzającej. Toruń ciągnął w swoją stronę, Bydgoszcz w swoją, bo przecież 60 proc. ruchu w ramach tej wspólnej komunikacji aglomeracyjnej generowaliby mieszkańcy Bydgoszczy. Prezydent Zaleski w końcu zaproponował Solec Kujawski, który leży w połowie drogi. To oczywiście abstrakcyjna propozycja, ale wniosek jest taki, że jeśli ktoś chciałby scalać województwo kujawsko-pomorskie, to na stole powinien położyć kilkanaście obszarów współpracy, w ramach których moglibyśmy rozmawiać o sprawiedliwym podziale funkcji.

Ale takie spory wylewają się na zewnątrz, obserwuje je cała Polska, tak ja było w przypadku walki o siedzibę dowództwa WOT.

To zrozumiałe, że dla każdego miasta ważne jest, by to tu lokowały się istotne instytucje publiczne. W przypadku siedziby WOT „wygrał" Toruń, bo posłanka PiS Anna Sobecka z Torunia ma większą siłę przebicia niż przedstawiciele resortu obrony narodowej. Jakoś to przełkniemy. I tak pozostajemy drugim co do wielkości garnizonem w Wojsku Polskim i stolicą NATO w Polsce.

A podobało się panu hasło pana kontrkandydata w wyborach z PiS – „Wielka Bydgoszcz"?

Hasło wydawało się nośne, ale pan poseł nie potrafił wypełnić go treścią. Rozumiałbym, gdyby za hasłem „Wielka Bydgoszcz" krył się jakiś konkretny projekt. Ale pan poseł oprócz krytyki moich działań w swoim programie nie przedstawił żadnej propozycji, która wzmocniłaby potencjał Bydgoszczy. Mieszkańcy uznali, że mój program jest lepszy i bardziej konkretny.

Jaka jest pana wizja Bydgoszczy przyszłości? Bo miasto staje się nowoczesne, zadbane, ale jakoś tak nie kojarzy się z niczym specjalnym?

To bardzo trudne zagadnienie. Patrzę w kierunku miast skandynawskich, gdzie głównym motywem działań władz samorządowych, akceptowanym przez mieszkańców jest to, by w mieście dobrze, komfortowo się żyło. To dosyć ogólne pojęcie, ale oznacza dobrze funkcjonujące miasto, ze sprawną komunikacją, wysokiej jakości edukacją, dostępem do kultury, zorganizowaną infrastrukturą spędzania wolnego czasu itp. Chodzi o to, by mieszkańcy byli zadowoleni z miejsca, gdzie żyją.

A co mogłoby być wizytówką miasta? Może jakiś wyróżnik architektoniczny?

Wiele miast sili się, by się czymś wyróżnić, na przykład jakimś charakterystycznym budynkiem. Nie wykluczam tego w przyszłości, ale przede wszystkim musimy wykorzystać to, co mamy. A mamy unikatowe położenie nad dwoma rzekami, Wisłą i Brdą, która przepływa przez samo centrum miasta. Na Brdzie mamy zrewitalizowaną wyspę z dużym obiektem, jakim jest Młyn Rothera. Po zakończeniu restauracji tego obiektu będziemy mieli piękną przestrzeń na wodzie z ciekawą ofertą kulturalną, gdzie na nowo rozkwitnie życie miejskie. Do tego na Starym Mieście mamy dużo zabytkowych, secesyjnych kamienic, które są naszą perełką architektoniczną. Sukcesywnie je odnawiamy, przez ostatnie lata wyremontowaliśmy już, wspólnie z ich zarządcami, prawie 300 kamienic. I wiele osób, które do nas przyjeżdżają po raz pierwszy lub po wielu latach, mówi, że nie spodziewało się, że miasto tak się zmieniło, tak wypiękniało.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL