Widziane z regionu

Na końcu to prezydent trzyma długopis

Jacek Sutryk (40 lat) – mówi o sobie, że jest najbardziej pozarządowym samorządowcem w kraju. W 2002 roku ukończył studia socjologiczne na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Pracę zaczął jako dyrektor Wspólnoty Roboczej Związków Organizacji Socjalnych w Warszawie. Od 12 lat znów mieszka i pracuje we Wrocławiu – najpierw jako dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, a od siedmiu lat jako dyrektor Departamentu Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego.
Fotorzepa/MaciejKulczyński
Wierze, że pieniądze, jakie trzyma marszałek, będą dla wszystkich obywateli i obywatelek, a nie trafią tylko do tych miejscowości, w których dana partia wygrała – mówi Jacek Sutryk, prezydent elekt Wrocławia.

Rz: Jest pan człowiekiem głębokiego konsensusu czy raczej twardych negocjacji?

Jacek Sutryk: Jedno nie wyklucza drugiego. Ale jeśli pyta pani, którą metodę preferuję w zarządzaniu czy rozmowie, to wolę poszukiwać kompromisu, bo to pozwala połączyć cele dwóch stron – zresztą mówiłem o tym podczas całej mojej kampanii samorządowej. Rozpoczął to Rafał Dutkiewicz, ja chciałbym podążać tą samą drogą. Choć oczywiście są sprawy czy cele, zwłaszcza jeśli jesteśmy do nich głęboko przekonani, które wykluczają kompromis.

W Polsce zakorzeniło się takie podejście, że jeśli czyjeś zdanie nie zostało uwzględnione, np. w procesie konsultacji społecznych, to uznaje się, że konsultacje zostały źle przeprowadzone. A dla mnie już samo dialogowanie, uwspólnianie, to dobra droga do zrozumienia drugiej strony, czasami finalna decyzja po prostu nie może zadowolić wszystkich.

Jednak wkroczył pan w dużą politykę, a w niej negocjacje oznaczają dzielenie stanowisk, a elementem szantażu są jak zwykle pieniądze. „Pieniądze dla miasta są w worze marszałka. Władza to miecz i wór" – to wymowne słowa Jarosława Kaczyńskiego wypowiedziane w Mielcu. Miecz pan ma, a wór?

Wierzę, że pieniądze w tym, jak to określił prezes PiS-u – worze, będą dla wszystkich obywateli i obywatelek, a nie trafią tylko do tych miejscowości, w których dana partia wygrała. Nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej. W przypadku Dolnego Śląska nie ma silnej stolicy bez silnego regionu i odwrotnie, region potrzebuje Wrocławia. To naczynia połączone. Jak do tego dołożymy fakt, że coraz więcej ludzi mieszka w miastach, to już w ogóle nie można tej grupy pomijać. Wszyscy płacimy podatki i to nasze pieniądze władza centralna ma, nomen omen, sprawiedliwie dzielić.

Mówi pan językiem samorządowca, a wie pan, jaką partią jest PiS.

Kampania wyborcza to szczególny czas, kiedy politycy pozwalają sobie na więcej, jednak za to więcej są też czasami przez wyborców karani. Chciałbym, żebyśmy wyszli z tego języka kampanijnego i zajęli się wspólnym budowaniem. We Wrocławiu żyją wyborcy Prawa i Sprawiedliwości i korzystają z tych samych tramwajów oraz przechadzają się po tych samych parkach, co wyborcy Koalicji Obywatelskiej i jakiejkolwiek innej partii. Nie chcę wierzyć, że partia rządząca ukaże teraz ich wszystkich za taki, a nie inny wynik wyborów. Praca samorządowców nie ma barw partyjnych, tak jak nie mają ich ulice czy przedszkola. Faktycznie na horyzoncie mamy podwójne wybory, i w tym kontekście boję się, że może nam to przeszkadzać w powrocie do normalności.

Na Dolnym Śląsku jest gorąco nawet bez eurowyborów. Właśnie po wyborach samorządowych mamy czas rozliczeń za porażkę w regionie. Nie wydaje się panu, że Koalicja Obywatelska na Dolnym Śląsku przeszarżowała?

Tak zdecydowali Dolnoślązacy, inaczej niż wrocławianie. Jedno z moich pierwszych spotkań chcę odbyć z nowym marszałkiem województwa, by porozmawiać o wspólnych projektach bez względu na polityczną proweniencję. Wierzę, że różnice polityczne, dla dobra Dolnego Śląska, nie będą nam w tym przeszkadzały.

A nie przekombinowaliście we Wrocławiu jako Koalicja Obywatelska? Pan – urzędnik magistratu Dutkiewicza i z jego poparciem startuje z Koalicji, Dutkiewicz natomiast ma własny komitet i jest waszą konkurencją. Wcześniej Schetyna wskazał Kazimierza Ujazdowskiego, którego szybko wycofano. Wielu wyborców mogło się pogubić.

Jeśli pani teza byłaby prawdziwa, to Koalicja Obywatelska powinna była także przegrać we Wrocławiu. Tymczasem we Wrocławiu KO odniosła niewątpliwy sukces tak w wyborach prezydenckich, jak i do Rady Miejskiej. Myślę, że na tym sukcesie zaważyły odważne decyzje Grzegorza Schetyny i Katarzyny Lubnauer o zmianie kandydata, ale też Rafała Dutkiewicza o niewystawianiu innego kandydata niż Jacek Sutryk. To skumulowane poparcie przyniosło sukces. Gdybym startował tylko z komitetu Rafała Dutkiewicza, mógłby powtórzyć się we Wrocławiu scenariusz gdański.

Czyli rozproszenie głosów PO i Nowoczesnej i pewna druga tura z niepewnym wynikiem?

Byłem jedynym kandydatem, który mówił dobrze o Wrocławiu, chwaliłem dobre 16 lat Rafała Dutkiewicza i wyborcy dali mi zwycięstwo w pierwszej turze. I to nie była wygrana nieznaczna.

Nieznaczna, jeśli chodzi o wygraną w pierwszej turze (50,2 proc.), ale znaczna, jeśli chodzi o liczbę głosów jakie na pana oddano.

Znaczna w sensie dystansu do moich kontrkandydatów. To pierwsze wybory, w których startuję i ten wynik to dla mnie duża radość i sukces. Skoro współpraca z Rafałem Dutkiewiczem wsparła sukces we Wrocławiu, to ciężko ją zarazem obarczać za wynik sejmikowy.

Tak mówi Grzegorz Schetyna, ale wiele osób to jemu zarzuca błędy, które przyczyniły się do porażki w regionie.

Komitet Dutkiewicza spowodował, że Bezpartyjni Samorządowcy mają o jeden czy o dwa mandaty mniej. Moim zdaniem te komitety czerpały z tej samej puli głosów. Wybory sejmikowe rządzą się jednak innymi prawami niż te na prezydenta czy do Rady Miejskiej.

Dlaczego Rafał Dutkiewicz nie mógł wejść do koalicji?

O to trzeba by zapytać Rafała Dutkiewicza i Grzegorza Schetynę.

Wiemy, że nie chciał tego Schetyna, ale pan wystartował jednak pod szyldem Koalicji, a nie człowieka, który na pana postawił. To przecież Rafał Dutkiewicz namówił pana do startu – chciał oddać miasto w ręce człowieka, którego zna, ufa mu i wie, że będzie kontynuatorem jego wizji rządzenia. Dlaczego pan nie powiedział Schetynie – bierzecie mnie razem z Dutkiewiczem albo w ogóle?

Pokazaliśmy, że da się znaleźć „wspólny mianownik" w osobie kandydata na prezydenta. Tym bardziej że wygrał kandydat szerzej nieznany, choć od lat pracujący na rzecz miasta. Uważam, że dostaliśmy gigantyczną premię za jedność od wrocławskich wyborców. I polecałbym to politykom w Polsce – zgoda, zdolność do budowania formalnych i nieformalnych koalicji, do łączenia środowisk jest najefektywniejszą ścieżką w polityce.

Nie jest pan politykiem związanym z żadną opcją. Czy ten brak politycznego kapitału będzie zaletą w rozmowach z marszałkiem?

Jestem prezesem partii Wrocław. Wyborcy w ubiegłą niedzielę wynajęli mnie do pewnej roboty na pięć lat i aby ją wykonać, będę rozmawiał ze wszystkimi. Z marszałkiem nie będę rozmawiał przecież o swoich prywatnych sprawach, ale sprawach ponad 600-tysięcznego Wrocławia.

Jasne, że PiS, który obecnie obserwuję, to nie jest moja wymarzona opcja polityczna, ale wierzę, że teraz przyjdzie opanowanie i rozsądek. Może to myślenie naiwne, ale ja naprawdę uważam, że są ważniejsze sprawy niż polityczne barwy.

Kto będzie marszałkiem województwa? Czy będzie to raczej kandydat Bezpartyjnych Samorządowców czy PiS, który zyskał ponad dwa razy więcej głosów?

Wydaje się, że będzie to kandydat Bezpartyjnych. Wśród nich jest przecież obecnie urzędujący marszałek Cezary Przybylski i może pozostanie tym marszałkiem? Nie wiem.

Jakie priorytety postawi pan w zadaniach dla miasta, w których znaczenie będzie miał marszałek?

Wrocław to stolica regionu. Jeśli region ma się dobrze rozwijać, to elementem prorozwojowym jest stolica. To po pierwsze. Po drugie Wrocław to aglomeracja: liczy dziewięć powiatów i 140 samorządów, które nas otaczają. Przecież ich mieszkańcy w dużej mierze koncentrują swe życie, pracę, edukację, właśnie w stolicy. I to jest ta przestrzeń wspólna, o którą musimy zadbać z przyszłym szefem województwa. To kwestie dróg, kolei aglomeracyjnych, w ogóle komunikacji rozumianej wieloaspektowo. Nie będę oczekiwał od marszałka, by nam pomagał w sprawach miejskich, sami sobie poradzimy. Nie wyobrażam sobie, by ktoś chciał w jakikolwiek sposób blokować stolicę regionu. To samobójcza akcja.

A jak za dobrą współpracę zażądają od pana stanowiska wiceprezydenta, to się pan zgodzi?

To ja najpierw chciałbym porozmawiać o projektach, które dadzą impuls dla Wrocławia i regionu. Liczy się dobra wola i chęć współpracy. Kwestie personalne nie mają tu nic do rzeczy. Nie planuję domagać się wicemarszałka z Wrocławia, a wyobrażam sobie, że możemy realizować wspólne przedsięwzięcia.

Poprawa i rozwój komunikacji w mieście, ale i aglomeracji to pana główny postulat wyborczy. Prezydent Dutkiewicz pod koniec prezydentury nadmienił, że rozważyłby zamknięcie centrum Wrocławia dla aut. To dobry pomysł?

We Wrocławiu mamy już 670 aut na tysiąc mieszkańców, a więc wyższy wskaźnik niż średnia europejska. Centra starych miast, takich jak Wrocław, nie są na to zwyczajnie przygotowane. Nie jestem za szykanowaniem kierowców. Uważam, że trzeba mieszkańcom stworzyć sensowną alternatywę dla aut, a więc rozbudować podmiejską sieć transportu publicznego. Tej kwestii chciałbym poświęcić najwięcej uwagi. Chciałbym, by w ciągu pięciu lat pociągi z Dworca Głównego odjeżdżały do powiatowych miast co pół godziny. Myślę także o rozwoju linii tramwajowych do podwrocławskich miejscowości, np. do gminy Kobierzyce, z kolei linia Wrocław Ołtaszyn mogłaby zostać przedłużona do podwrocławskiej miejscowości Wysoka. Równoległym projektem jest zapisana w moim programie idea osiedla kompletnego – wyposażone w infrastrukturę publiczną, jak żłobki, przedszkola i szkoły, pozwoli ono zaspokajać podstawowe potrzeby „na miejscu", bez konieczności jeżdżenia po mieście. Chciałbym dodać, że decyzje w tym względzie powinny być poprzedzone szerokimi konsultacjami społecznymi.

Czy robił pan szacunki, ile kosztowałaby ta transportowa rewolucja?

W mojej ocenie od 1,5 do 2 mld złotych.

To pomysł regionalny, nie tylko miasta.

Bo jak wspomniałem, jesteśmy ze sobą ściśle połączeni, Dolny Śląsk i Wrocław nie mogą działać bez siebie. Byłaby to strata dla wszystkich. Gigantyczne pieniądze, o których mówiłem w kontekście dróg, można pozyskać ze środków europejskich czy rządowych z dofinansowaniem nawet 80 proc. To nie wydaje się takie trudne do spełnienia. Mówię tu o perspektywie 5–10 lat, ale musimy współpracować.

Zaproponował pan stworzenie alternatywy dla rządowego programu Mieszkanie+, tzw. samorządowy program mieszkaniowy. Czy jest on podobny do pomysłu Śląskiej Partii Regionalnej, według której nie ma powodu, by budować osiedla na obrzeżach, skoro w mieście są tysiące pustostanów do zagospodarowania?

Mamy we Wrocławiu bogaty zasób komunalny: 130 tys. mieszkań. Mój pomysł polega na tym, aby w ramach tego zasobu przygotowywać mieszkania, które mogłyby tym młodym osobom, rodzinom służyć. Pomóc zarzucić im kotwicę tak, żeby tu zostali. Wiemy, że brak mieszkania stanowi największą barierę w myśleniu o przyszłości. Nie podoba mi się popularna narracja w Polsce, że deweloperzy to samo zło. Mieszkania są potrzebne tak ludziom, jak i miastu – nowi mieszkańcy to także nowi podatnicy.

Rozmawiamy w drodze do Warszawy. Jedzie pan na spotkanie z Grzegorzem Schetyną?

Nie, w zupełnie innej sprawie.

Pytam z ciekawości, czy już ruszyły rozmowy z koalicjantem na temat obsadzenia stanowisk wiceprezydentów, a może nawet szefów spółek samorządowych. Rafał Trzaskowski, przyszły prezydent Warszawy, już dzień po wyborach wskazał Pawła Rabieja z Nowoczesnej na swojego zastępcę. Jak dużą dowolność pan chce sobie zagwarantować?

Zacznijmy od tego, że w ustroju samorządowym w Polsce pozycja wójta, burmistrza, prezydenta jest bardzo silna. Nawet niektórzy mówią, że za silna w kontekście pozycji rady gminy. Takiego komfortu doboru najbliższych współpracowników nie ma marszałek.

To efekt wyborów bezpośrednich.

Właśnie. I to pozwala zachować w wielu sprawach niezależność. Ale mnie naprawdę chodzi o dobrą współpracę, chciałbym stworzyć dużą koalicję prezydencką, pamiętając, że na samym końcu, to prezydent trzyma długopis. I to on ponosi odpowiedzialność za miasto, za budżet.

Oczywiście, że wiceprezydenci będą po części wynikiem umowy koalicyjnej, ale zaznaczam, że dla mnie tym wymogiem podstawowym będzie próg kompetencji. Trudno też pracować z kimś, do kogo nie ma się zaufania. Przynajmniej ja tak nie umiem. Ale jak już pani mówiłem, jestem człowiekiem kompromisu i wierzę, że w tej kwestii znajdę porozumienie z moimi koalicjantami. Nawet patrząc w kontekście przyszłych wyborów, dobro Wrocławia staje się jeszcze silniej naszą wspólną sprawą.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL