Widziane z regionu

Cudzoziemcy ciągną do wielkich miast

shutterstock
Tam, gdzie jest dużo pracy, tam najszybciej przybywa pracowników z zagranicy. I wbrew mitom nie zabierają oni miejsca Polakom, wcale nie są też dużo tańsi.

W Poznaniu stopa bezrobocia to 1,5 proc., a w powiecie poznańskim – 1,8 proc., chętnych do pracy znaleźć więc trudno – mówi Agnieszka Kownacka z Powiatowego Urzędu Pracy w Poznaniu. – Dotyczy to właściwe wszystkich branż i zawodów, nie tylko pracowników o wysokich kwalifikacjach, ale także do tzw. prac prostych. Co więcej, przy tych pracach prostych występuje bardzo duża rotacjach, bo ludzie ciągle szukają lepszych, bardziej satysfakcjonujących ofert. Pracodawcy, by poradzić sobie z tymi problemami, sięgają coraz chętniej po pracowników z zagranicy – wyjaśnia Kownacka.

Mapa cudzoziemców

Pracodawcy z Poznania i okolic zgłosili w zeszłym roku zapotrzebowanie na prawie 68 tys. pracowników z zagranicy, co było jednym z największych poziomów w Polsce. Ale Poznań nie należy do wyjątków. Z informacji zebranych przez „Tygodnik Regionalny" wynika, że w ogóle imigranci zarobkowi najszerszym strumieniem płyną do największych polskich miast (i okolicznych miejscowości), czyli do Wrocławia, Warszawy, Krakowa, Gdańska, Łodzi czy aglomeracji śląskiej. Im mniejsze miasto, tym mniej Ukraińców, co w sumie nie dziwi, a najmniej jest ich poza miastami.

Choć tu są ważne wyjątki. Po pierwsze, chodzi o takie miejsca, gdzie nietypowo duże są skupiska firm, m.in. w specjalnych strefach ekonomicznych (jako przykład można wymienić powiat wielicki w woj. małopolskim czy świdnicki w woj. dolnośląskim). Po drugie, o powiaty typowo rolnicze, gdzie potrzeba cudzoziemców do prac sezonowych.

Uzupełnienie deficytów

W powiecie płońskim w zeszłym roku zarejestrowano aż 64,4 tys. tzw. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom. To oferty przede wszystkim płynące od lokalnych gospodarstw rolnych, bo plantatorom trudno znaleźć chętnych do pracy "na polu" wśród Polaków. W powiecie dominuje uprawa takich owoców jak truskawki czy maliny oraz warzyw - w tym ogórków i kalafiorów. Podobnie jest w sąsiednim powiecie grójeckim (też prawie 65 tys. oświadczeń złożonych w zeszłym roku), z tym że tam dominuje sadownictwo.

Także w Warszawie, choć to w stolicy jest najwięcej nowoczesnego biznesu, firmy najczęściej ściągają cudzoziemców do prac prostych – przy sprzątaniu czy na budowie (zdarza, że potrzeba informatyków, ale znacznie rzadziej). – Jeśli chodzi o tę pierwszą kategorię, to wyjaśnienie jest proste – niewiele osób jest skłonnych podjąć pracę w Warszawie za minimalną płacę – zaznacza Piotr Ryło, zastępca kierownika w Urzędzie Pracy m.st. Warszawy. – Jeśli chodzi o budownictwo, to jest to efekt w ogóle braków kadrowych w tym sektorze.

W woj. pomorskim, głównie w Trójmieście i okolicach, popyt na pracowników z zagranicy też jest duży i z roku na rok prawie się podwaja. – Najczęściej pracodawcy zgłaszają zapotrzebowanie na takie zawody, które w naszych badaniach definiujemy jako deficytowe – zaznacza Tomasz Robaczewski, rzecznik Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Gdańsku. Chodzi więc o budowlańców, elektryków, kierowców, czy posiadaczy specjalizacji specyficznych dla przemysłu stoczniowego. – Plus branż turystyczna i gastronomiczna, które charakteryzują się sezonowym brakiem rąk do pracy – dodaje.

Robaczewski również zaznacza, że zdecydowana większość mieszkańców Pomorza – co wynika z badań – nie odczuwa i nie skarży się, by ktoś im zabierał pracę. – Za to zaskakujące jest, że w tych badaniach aż 55 proc. ankietowanych Ukraińców deklaruje, że chciałoby tutaj zostać na stałe. Zwykle w badaniach ogólnopolskich większość gości ze Wschodu traktuje pracę w Polsce jako stan przejściowy – mówi.

Praca na czarno

Rosnąca obecność cudzoziemców na polskim rynku pracy oznacza także pewne problemy. Przede wszystkim jeśli o chodzi o pracę na czarno, w urągających warunkach, czy za grosze. Z danych Państwowej Inspekcji pracy wynika, że w ubiegłym roku co ósmy pracownik z Ukrainy był zatrudniony nielegalnie (choć to znacznie mniej niż w 2016 r.). W mediach za to co i raz opisywane są przypadki wykorzystywania imigrantów. Na łamach „Rzeczpospolitej" opisywaliśmy niedawno wyniki śledztwa warszawskiej prokuratury, która rozbiła szajkę zatrudniającą do niewolniczej pracy Ukraińców i Białorusinów. Szykanowani i zastraszani pracowali po kilkanaście godzin dziennie w znanych warszawskich restauracjach, zarabiając po 800 zł miesięcznie.

Choć to drastyczny przypadek, Vasily Voskoboynik, prezes Ukraińskiego Stowarzyszenia Międzynarodowego Zatrudnienia (działa na rzecz ucywilizowania i legalizacji pracy Ukraińców za granicą) przyznaje, że wielu obywateli jego kraju z własnego wyboru pracuje w Polsce nielegalnie albo półlegalnie dostając „pod stołem" część wynagrodzenia. – Wynika to przede wszystkim z panującego na Ukrainie przekonania, że dochód należy ukrywać, by unikać podatków, a w ogóle wynagrodzenie najlepiej otrzymywać w kopercie, bez umów i zbędnych formalności – tłumaczy Voskoboynik.

Z kolei obowiązujące od początku tego roku procedury przy ściąganiu cudzoziemców do pracy potwierdziły, że w Polsce w ogóle mamy problem z wiedzą, ilu ich w kraju tak naprawdę jest i co zasadniczo robią. Okazało się bowiem, że pracodawcy potwierdzają podjęcie pracy tylko w przypadku 25–30 proc. wydanych tzw. oświadczeń o zamiarze zatrudnienia pracownika. Takie oświadczenie to swoiste zaproszenie np. Ukraińca do pracy w Polsce. Jeśli 70 proc. nie zostało potwierdzone, to czy to znaczy, że tyle cudzoziemców pracuje na czarno, a może w niezbyt legalny sposób pojechali dalej w Unię, by szukać lepiej płatnej pracy?

Wcale nie tak tanio

Niemniej ci pracodawcy, którzy legalnie zatrudniają Ukraińców w Polsce, chwalą sobie ich pracę. I apelują o jeszcze większe ułatwienia w ich zatrudnianiu.

– Pracownicy z Ukrainy cenią sobie stabilizację, jaką daje umowa o pracę – podkreśla Zbigniew Miodowski, kanclerz Loży Szczecińskiej BCC i prezes firmy Zinkpower Szczecin, która na umowach o pracę zatrudnia ok. 25 ukraińskich robotników, w tym spawaczy i monterów. – W dodatku są sumienni, zaangażowani i sami dopytują o możliwość pracy po godzinach czy w soboty. – Dla firm optymalne byłoby zatrudnienie pracownika z Ukrainy na dwa, trzy lata lub zatrzymanie go na stałe. Jednak nie pozwala na to obecnie obowiązująca uproszczona procedura – zaznacza Krzysztof Inglot, prezes agencji zatrudnienia Personnel Service, która specjalizuje się w rekrutacji pracowników z Ukrainy.

Uderzające jest, coraz częściej też pracodawcy wskazują, że pracownik z zagranicy wcale nie jest dużo tańszy niż ten z Polski. – Wbrew powszechnej opinii, zatrudnianie obcokrajowców nie jest wcale tanie – pracodawca musi ponieść koszty pozyskania takiego pracownika i najczęściej jego zakwaterowania – podkreśla Jan Wróblewski, współzałożyciel Zdrojowa Invest & Hotels.

– Oferta pracy obejmująca jednocześnie zakwaterowanie, w tym przede wszystkim organizację noclegów – jest już pewnym rynkowym standardem – zaznacza też Marcin Kołodziejczyk, dyr. ds. rozwoju projektów międzynarodowych w gdańskiej Grupie Progres. – Różne są jednak formy rozliczania tego benefitu, który nie zawsze jest bezpłatny. Często pracownicy opłacają część kosztów noclegów np. do kwoty 200 zł miesięcznie. Podobnie jest w przypadku codziennego transportu do pracy i z powrotem, który pracodawcy organizują najczęściej dla osób mieszkających w odległości powyżej 3 km od zakładu. Niekiedy jest on bezpłatny, a czasem pracownicy płacą za dowóz 50–100 zł miesięcznie. Do tego dochodzą posiłki regeneracyjne – także w branżach, gdzie pracodawcy nie są kodeksowo do tego zobligowani – w tym w branży budowlanej. Niektóre też ich szkolą, pomagając np. w zdobyciu certyfikatu spawalnictwa czy uprawnień do prowadzenia wózka widłowego. Wtedy pracodawca organizuje i najczęściej opłaca szkolenie, które pracownicy spłacają potem w części lub w całości.

Dodatkowe benefity

Pracodawcy, którzy planują zatrudnianie obywateli Ukrainy, najczęściej zdają sobie sprawę, że konieczne będzie zapewnienie im dodatkowych benefitów. – Te najbardziej podstawowe to zakwaterowanie i transport do miejsca pracy – wyjaśnia Inglot z Personnel Service. Ciekawe, że widać tu pewne regionalne różnice. Skłonność do zapewniania mieszkań i transportu największa jest w regionach, gdzie bezrobocie jest niewielkie, a o kandydatów do pracy najtrudniej – czyli na Mazowszu, w Wielkopolsce i Dolnym Śląsku. – Natomiast w województwach zachodniopomorskim czy lubuskim jest ona mniejsza – ocenia Inglot. W badaniu Personnel Service ponad jedna trzecia firm zadeklarowała, że zapewnia pracownikom z Ukrainy świadczenia socjalne, m.in. opiekę zdrowotną, a prawie co trzecia – mieszkanie. Te dodatkowe wydatki podnoszą koszty zatrudniania cudzoziemców nawet o 30 proc.

– Z ich punktu widzenie to bardzo istotne wsparcie, gdyż ogromnej większości pracowników ze Wschodu nie stać na szkolenia za kilka tysięcy złotych, które umożliwia im podjęcie konkretnej pracy i buduje ich pozycję wykwalifikowanych pracowników– podkreśla dyrektor z Grupy Progres, która sama zorganizowała i sfinansowała niedawno Ukraińcom szkolenie dla operatorów wózków transportowych.

Zdaniem Krzysztofa Inglota, nie licząc zakwaterowania i transportu, pracownicy z Ukrainy dostają zwykle takie same benefity jak Polacy; jeżeli firma oferuje np. darmowe posiłki, to otrzymują je wszyscy pracownicy. Podobnie jest z kartami sportowymi czy bezpłatnymi szczepieniami dla załogi. W swoim pakiecie świadczeń pracowniczych ma je np. potentat drobiarski, grupa Superdrob. Firma, która w swoich zakładach w Łodzi i Karczewie pod Warszawą zatrudnia ok. 400 pracowników z zagranicy, w tym 50 Ukraińców na umowach o pracę.

W sumie, jak wynika z badań Personnel Service, tak naprawdę obecnie niewielu polskich pracodawców zatrudnia Ukraińców po to, by obniżyć koszty pracy. Na takie motywy wskazuje jedynie 3,3 proc. ankietowanych firm. Zdecydowana większość– niemal ośmiu na dziesięciu pracodawców, twierdzi że sięgają po Ukraińców, gdyż nie może znaleźć lokalnych kandydatów. Co trzeci zatrudnia ich zaś na stanowiska, na których nie chcą pracować Polacy.

Nic więc dziwnego, że co czwarty z pracodawców byłby skłonny zapłacić Ukraińcowi nawet więcej niż Polakowi.

Opinia

Paweł Sadza, starosta powiatu pszczyńskiego

Nasz powiat ma jeden z najwyższych wskaźników przedsiębiorczości w województwie śląskim oraz jeden z niższych poziomów bezrobocia (3,3 proc.). Pracodawcy borykają się z dużymi problemami ze znalezieniem pracowników, zwłaszcza w dużych zakładach produkcyjnych z branży ogrodniczej i rolniczej, dlatego przejawiają bardzo duże zainteresowanie zatrudnianiem pracowników ze Wschodu, a sprowadzając ich do Polski, zwykle zapewniają zakwaterowanie. W kontaktach z cudzoziemcami występuje czasem bariera językowa. Posiadamy podstawowe ulotki w języku rosyjskim czy ukraińskim dotyczące np. zatrudnienia. Ale pojawiają się pytania o rozliczenia skarbowe czy pomoc prawną w przypadku naruszeń przez pracodawców praw pracowniczych, gdzie cudzoziemcy potrzebują szybkiej doraźnej pomocy.

Ewa Grzebieniak, dyrektor Dolnośląskiego Wojewódzkiego Urzędu Pracy

Zmienia się rynek pracy w Polsce i na Dolnym Śląsku. W zawodach, którymi nie są zainteresowani Polacy, zatrudnienie znajdują cudzoziemcy. Najczęściej przy prostych pracach i w usługach, ale i to się zmienia, bo już dziś docierają do nas sygnały np. o braku białego personelu w służbie zdrowia. Dyrektorzy szpitali zaczynają się zastanawiać, czy i tu nie sięgnąć po cudzoziemców. Podobne zjawiska obserwujemy od lat np. u naszych zachodnich sąsiadów. Rynek pracy staje się powoli rynkiem pracowników. Pracodawcy mają coraz większy problem ze znalezieniem rąk do pracy, a występującą lukę zapełniają osoby z zagranicy. Takie też wnioski płyną z naszego badania, w którym kilka miesięcy temu wzięło udział aż 2000 pracodawców. Brak rąk do pracy na rynku lokalnym to kluczowy czynnik decydujący o zatrudnieniu cudzoziemców.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL