fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Widziane z regionu

Paweł Adamowicz: Prezydent z pokolenia rozżarzonych głów

Fotorzepa/Karol Kacperski
Nasz dom rodzinny, działalność w opozycji nauczyły Pawła niezwykłej determinacji w dążeniu do celu. To miało wpływ na jego późniejszą aktywność samorządową, na całą prezydenturę – opowiada „Życiu Regionów" Piotr Adamowicz, starszy brat zmarłego tragicznie prezydenta Gdańska.

Paweł Adamowicz to Gdańsk. Nie znamy innego Gdańska niż ten od Pawła Adamowicza – takie głosy wciąż słychać po tragicznej śmierci prezydenta. W latach 80. opozycjonista, radny miasta od 1990 r., od 1994 przewodniczący rady miasta, a od 1998 prezydent Gdańska. 20 lat nieprzerwanej kadencji, stąd trudno się dziwić, że mnóstwo osób nie zna Gdańska bez Pawła Adamowicza. A ci, co znali miasto wcześniej, podkreślają, że współczesny Gdańsk to dzieło jego życia.

Gazetki w walce z komuną

– To wszystko prawda. Paweł Adamowicz miał świadomość, że to, jaki dziś jest Gdańsk, to zupełnie inne miasto od tego, które zastał. Mówił, że to ostatnia jego kadencja. Chciał po sobie pozostawić zupełnie inne miasto, no i pozostawił... – opowiada Grzegorz Pellowski, znany gdański przedsiębiorca, właściciel sieci piekarni i przyjaciel Adamowicza od końca lat 80. – Był szczery, prawdomówny, nigdy nie grał, a to się wynosi z domu. Pochodził z bardzo porządnej rodziny, z Kresów, gdzie były wartości patriotyczne, właściwy stosunek do człowieka i do pracy. To właśnie wyniósł z domu – wspomina Pellowski, dodając, że właśnie rodzinny dom oraz działalność opozycyjna w PRL ukształtowały późniejszego samorządowca Adamowicza.

A dom Adamowiczów pielęgnował mocno tradycje wileńskie, z dużą atencją dla historii. Rodzice – Ryszard i Teresa – zostali przesiedleni z Wilna w 1946 roku. W rodzinnym domu rozmawiano głośno na zakazane w PRL tematy – Katynia, Sybiru. Stąd zarówno Paweł, jak i starszy od niego o cztery lata Piotr szybko włączyli się w działalność opozycyjną. Jako pierwszy Piotr, którego historii uczył Aleksander Hall.

– Wszystko zaczęło się w 1977 roku. Od Aleksandra Halla, no i Ruchu Młodej Polski. To jeden element. Drugi to nasz dom rodzinny. Nasza rodzina pochodzi z Wilna, co oznaczało, że „czerwoni" są źli, bolszewicy są źli, Katyń należy upamiętniać. To była tradycja rodzinna wyniesiona z doświadczeń I wojny światowej, rewolucji bolszewickiej, wojny polsko- bolszewickiej, z 1939 roku i walki z Sowietami. Historia, tradycja, dom rodzinny – to wszystko wpłynęło na nas, na naszą działalność – opowiada Piotr Adamowicz o swoich, ale i brata, początkach działalności opozycyjnej.

Paweł Adamowicz swoją działalność rozpoczął w I LO, w którym naukę zaczął w 1980 roku. – Byliśmy w dwóch kręgach towarzyskich, on bardziej konserwatywny, prawicowy, ja wariat i rozrabiaka działający w kręgu anarchistycznym – wspomina Krzysztof Skiba, lider znanej grupy Big Cyc, który chodził z Pawłem Adamowiczem do tej samej szkoły podstawowej, a potem liceum. – Jednak razem byliśmy przeciwko komunie. Wtedy też na początku lat 80., kiedy trwał karnawał Solidarności, przechwyciliśmy gablotki szkolne. Moja grupa znalazła jakąś martwą gablotkę, gdzie nic się nie działo, wisiał jakiś wiersz Słowackiego i w niej uruchomiliśmy redakcję „Gilotyny". To była gazetka satyryczna, pełna żartów, robiona na luzie. Co chwilę jednak byliśmy wzywani na dywanik do dyrekcji. W tym samym czasie, w innej gablocie, powstała druga, konkurencyjna gazetka „Godło", którą współtworzył Paweł Adamowicz. To było już poważne, o zacięciu historycznym – wspomina Skiba.

Tak zaczęła się działalność podziemna Pawła Adamowicza. Jak wspomina Krzysztof Skiba, stan wojenny zlikwidował wszelkie oznaki wolności, w tym gazetki, które przeszły do podziemia. „Gilotyna" przekształciła się w drukowaną „Podaj Dalej", a „Godło" w drukowaną „Jedynkę".

– Chyba przed stanem wojennym udało nam się wydać jeszcze „Gilotynę" na powielaczach, ukazały się dwa albo trzy numery. Niemniej my działaliśmy w połączeniu z naszym kabaretem, a Paweł na poważnie – dodaje Maciej Kosycarz, o rok starszy kolega szkolny Adamowicza, znany trójmiejski fotograf, właściciel największego zbioru powojennych zdjęć Gdańska.

– To był prymus, w takim pozytywnym sensie, zawsze piątkowy, zawsze ułożony, dobrze ubrany, ale koleżeński i pomocny – opisuje Adamowicza z tamtego czasu Skiba.

– Nazywaliśmy go filozofem, był wyraźnie oczytany, górował swoją wiedzą. Spotykaliśmy się na plebanii kościoła Mariackiego na kursach samokształceniowych, tam Paweł opowiadał nam głównie o historii. W tamtych czasach przecież nie o wszystkim uczono w szkole – wspomina Lech Parell, młodszy o dwa lata od późniejszego prezydenta kolega z I LO, doświadczony dziennikarz, wieloletni prezes Radia Gdańsk, a dzisiaj szef miejskiej spółki wydającej m.in. portal gdańsk.pl. – Po latach poznałem, że on miał, skąd czerpać tą wiedzę, bogaty księgozbiór w domu, własne zainteresowania, no i starszy brat Piotr, działacz Solidarności.

Na trasie Kraków–Gdańsk

W 1982 roku, wkrótce po wybuchu stanu wojennego, Piotr został internowany, a Paweł przeżył swoje pierwsze zatrzymanie przez milicję. Był maj 1982 roku, miał 17 lat.

– Ta historia z bratem go nie przestraszyła, raczej odwrotnie, jeszcze mocniej zaangażował się w działalność – mówi Parell.

– Zostałem internowany w 1982 roku, Paweł wtedy działał w różny sposób – najpierw to była ta gazetka szkolna, potem podziemna. Od 1983 zabierałem go do Krakowa do Dominikanów, do duszpasterstwa akademickiego „Beczka", gdzie był ojciec Stanisław Tasiemski, tam była skrzynka kontaktowa. Braliśmy dwa plecaki i kursowaliśmy regularnie na trasie Kraków–Gdańsk. Do Krakowa woziliśmy wszystko, co było wydawane wtedy w Gdańsku, a stamtąd przywoziliśmy „Oficynę Literacką", książki – wspomina Piotr Adamowicz. – Rodzice nas wspierali, oczywiście mówili „uważajcie", mając własne doświadczenia z komunizmem, obawiali się, ale mieliśmy ich pełną akceptację tego, co robimy. Paweł jeździł też na spotkania Dziekanii, to był klub myśli politycznej w Warszawie, gdzie odbywały się spotkania dyskusyjne – dodaje Adamowicz.

W 1984 roku Paweł Adamowicz rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. W 1988 roku wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej. W imię solidarności ze stoczniowcami na uczelni także dochodzi do protestu. Paweł Adamowicz zostaje szefem Komitetu Strajkowego Studentów.

– Był wyważony, nie był radykalny, nie wchodził w konflikt. Był lubiany, większość widziała, że z jednej strony jest wierny wartościom, a z drugiej nie zaprowadzi nikogo na bezsensowną walkę z zomowcami, by nas otłukli. Dlatego został wybrany – mówi Lech Parell. – Przyznam, że wtedy reprezentowałem inną opcję. Strajk majowy organizował NZS, a ja byłem w ruchu Wolność i Pokój. Wtedy też się poróżniliśmy, my chcieliśmy strajkować dłużej, byliśmy gotowi na konfrontację, a oni zadecydowali jednak o zakończeniu strajku.

– A z dzisiejszej perspektywy kto miał rację?

– Trudno powiedzieć, ale chyba decyzja o zakończeniu była właściwa – odpowiada.

Protestowi przyglądał się Maciej Kosycarz. – Chyba właśnie wtedy, podczas protestu, zrobiłem mu pierwsze zdjęcie – opowiada Maciej Kosycarz, który po liceum także studiował razem z Pawłem. – Nosiłem mu ulotki, odwiedzałem i obserwowałem. Dzisiaj, jak policzyłem, to w moim archiwum pod hasłem Adamowicz pojawia się 6800 zdjęć. Towarzyszyłem mu podczas wszystkich wydarzeń w życiu: wybory, ślub, dzieci...

Koncyliacja, nie konflikt

W 1989 roku Adamowicz podejmuje pracę na UG, w 1990, w wieku niespełna 26 lat, zostaje prorektorem ds. studenckich. Potem kończy aplikację radcowską, a w 1996 roku zostaje wpisany na listę radców prawnych. Choć pracuje zawodowo, to jednak dużo bardziej pochłania go działalność polityczna. W 1990 roku zostaje radnym z listy Obywatelskiego Komitetu Solidarność.

– To było naturalne, wspomagał przemiany, wspomagał Okrągły Stół, angażował się w mnóstwo rzeczy. Był niezwykle aktywny, dlatego też m.in. został prorektorem ds. studenckich. To była sensacja, 25-letni magister na takim stanowisku. Trudno się dziwić, że ta aktywność w 1994 roku dała mu stanowisko przewodniczącego rady miasta, znów w bardzo młodym wieku – opowiada Parell. – Był popularny, lubiany, budował pozycję nie na konflikcie, ale koncyliacji. Może też dlatego wtedy dostał przezwisko Budyń, bo w jego naturze nie leżała kłótnia. Wtedy to przezwisko było bolesne, ale myślę, że z czasem nabrało pozytywnego charakteru, wiadomo było, że to człowiek przewidywalny, jak powie, że coś zrobi, to tak zrobi.

W 1998 roku Paweł Adamowicz zostaje po raz pierwszy prezydentem Gdańska, wtedy jeszcze wybrany głosami radnych. W 2002 roku wygrywa pierwsze wybory bezpośrednie. Zaczyna się nowy okres w jego życiu, ale i Gdańska. Z oddali, ale i równocześnie z bardzo bliska – stale obserwuje go Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni. Poznali się jeszcze w okresie studiów na UG i strajku w 1988 roku. Równolegle wchodzili do rad miasta – Adamowicz gdańskiej, Szczurek – gdyńskiej, gdzie byli najmłodszymi radnymi. Obydwaj bardzo szybko zostali przewodniczącymi rad, a następnie w tym samym roku uzyskali prezydentury.

– Łączyła nas wspólnota pokoleniowa, nasze pokolenie w latach 80. zdawało maturę, studiowało, to pokolenie z rozżarzoną głową, angażujące się w działalność opozycyjną – opowiada „ŻR" Wojciech Szczurek. – Pamiętam, że jeszcze w maju 1988 roku stoczniowcy wychodzili po przegranym strajku, a już rok później był Okrągły Stół. Nasze pokolenie dorastało w czasie, gdy początkowo nie było nadziei, a potem – nagle – ona się pojawiła. I jako pokolenie mieliśmy unikatową szansę zagospodarowania wolnej Polski, mogliśmy wziąć odpowiedzialność. Mieliśmy świadomość, że wolną RP trzeba budować nie tylko w wymiarze wielkiej polityki, ale i samorządu.

Dojrzewał z Gdańskiem

Gdańsk – jak wiele miast w Polsce – tuż po przemianie ustrojowej przeżywał zapaść, ludzie wyjeżdżali z miasta, padały fabryki. – Po latach 80., kiedy wygraliśmy z komuną, wydawało się nam, że mamy taką pozycję, że będziemy przewodzić, że przyjedzie Barbara Piasecka-Johnson, kupi stocznię i wszystko będzie działać. Ale nie kupiła, stocznia podupadała, a ludzie zaczęli wyjeżdżać do Warszawy, coraz trudniej było o pracę, nie było inwestycji, nie było pieniędzy – opisuje Gdańsk lat 90. Lech Parell. – Nie było turystów, tylko tzw. turystyka sentymentalna z Niemiec. Miasto po godzinie 21 pustoszało. Był nawet taki moment na początku lat 90., że kasa miejska była tak pusta, że o godzinie 22 były gaszone światła!

– Dzisiaj patrzymy na Pawła Adamowicza jako dojrzałego prezydenta, lidera. W 1990 roku wszyscy się uczyliśmy, nie było skąd czerpać doświadczeń, jak budować samorząd. On miał wiele cech lidera, był przecież szefem strajku na uczelni, wybranym demokratycznie, już wtedy te cechy musiał pokazać. Ale pierwsze lata samorządu to była szkoła dialogu, kompromisu – wspomina Wojciech Szczurek.

Pod koniec lat 90. zaczęła się odbudowa miasta. We wszystkich dziedzinach: komunikacji, gospodarki, infrastruktury, sportu. Początkowo dość mozolnie. Bliscy Adamowicza odkreślają, że on też się zmieniał, dojrzewał.

– On wciąż się uczył miasta, dobrze, że odbywało się to stopniowo, jako radny, jako przewodniczący rady, potem prezydent. On liderem się stawał, wielu powątpiewało z początku – niepozorny, taki w okularach, jak on może być przywódcą – mówi Maciej Kosycarz.

– Prezydentura Adamowicza dojrzewała wraz z Gdańskiem. Momentem przełomowym były pierwsze wybory bezpośrednie. Ale prawdziwy przełom przyniosła druga połowa I dekady XXI w. To ten moment, kiedy Paweł zdecydował o tym, że miasto będzie się ubiegać o Euro 2012. Wtedy nie każdy zgadzał się z tą decyzją, obawiano się, że to porywanie się z motyką na słońce, że będą tylko długi. Ale on się uparł – opowiada Lech Parell.

Przełomowe Euro 2012

Dzisiaj stadion w Gdańsku Letnicy jest jednym z najładniejszych w Polsce. Widać go z daleka. Jest miejscem meczów ekstraklasy, koncertów, a także mniejszych imprez. Nie każdy chwali jego budowę, bo wiążą się z nim też wyzwania – najważniejsze to utrzymanie rentowności obiektu. Niemniej to właśnie Euro 2012 i budowa stadionu stały się kołem zamachowym dla wielu innych inwestycji. W organizację Euro zaangażowany był aparat państwowy, a to oznaczało znaczne preferencje i ułatwienia dla miast organizatorów. Nie tylko pomoc formalną, ale też większy strumień krajowych i unijnych pieniędzy.

Między innymi dzięki temu ruszyła budowa dróg. Jeszcze 20 lat temu tereny portowe po stronie Martwej Wisły były trudno dostępne. Dzisiaj można tam dojechać Trasą Sucharskiego i mostem wantowym im. Jana Pawła II. Jednak najbardziej spektakularną inwestycją w tym rejonie jest tunel pod Martwą Wisłą, który zupełnie zmienił układ drogowy miasta na osi wschód–zachód.

To tylko komunikacja. Ale w ciągu 20 lat prezydentury Adamowicza w mieście wyrosły kompleksy biurowe, z czego największy w Gdańsku Oliwie, z najwyższym budynkiem w mieście (wysokość 156 m). Równolegle powstały wielkie projekty infrastrukturalne, które stały się symbolami miasta – oprócz stadionu to m.in. słynne już Europejskie Centrum Solidarności – oczko w głowie Pawła Adamowicza.

– W 2000 roku rzucił propozycję budowy instytucji, która upamiętni Solidarność, ta idea przerodziła się w ECS. On rozumiał od początku, że to co mamy w Gdańsku najistotniejsze, jeżeli chodzi o dziedzictwo, to właśnie dziedzictwo Solidarności, którego przez pierwsze dziesięć lat wolnej Polski nie potrafiliśmy sensownie zaznaczyć – opowiada Lech Parell.

Na fali wielkich inwestycji powstał też słynny Teatr Szekspirowski. Wszystkie te projekty swoim zasięgiem wyszły nie tylko poza Trójmiasto czy region, ale też poza kraj.

Determinacja i upór

Bliscy Pawła Adamowicza wspominają, że przywiązywał dużą wagę do dużo mniejszych rzeczy, wykazując się wyjątkową pamięcią i wiedzą.

– To były liczne spotkania z mieszkańcami, a także z przedsiębiorcami. On o Gdańsku mógł mówić godzinami, czuł puls miasta, żył nim. Jak była słynna powódź Raduni, to potem wychodził i mówił, że na tej Raduni zmienimy to i to, mógł mówić godzinami o detalach. Czy o nowych autobusach, elektromobilności itd. I on to mówił z głowy, to nie było tak, że ktoś mu to napisał w jednym z wydziałów urzędu miasta – mówi Grzegorz Pellowski. – Całą wiedzę o Gdańsku miał w małym paluszku.

– Dom rodzinny, działalność w opozycji nauczyły go niezwykłej determinacji w dążeniu do celu. To miało wpływ na jego późniejszą działalność samorządową, całą prezydenturę – ocenia Piotr Adamowicz i podaje przykład. – Sprawa zagospodarowania dziedzictwa pierwszej Solidarności.

Pamiętam, jaki panował wokół sceptycyzm, np. Janusz Lewandowski był sceptyczny, uważał, że Polska i Polacy przegrali, bo synonimem upadku komunizmu jest mur berliński, jego resztki, i tego nie da się odwrócić. Paweł się uparł i pojechaliśmy do Berlina na przełomie wieków, by tam w ciągu dwóch dni obejrzeć Muzeum Muru Berlińskiego, a także inne muzea, by zobaczyć, jak to pokazuje Zachód, jak eksponowany jest upadek komunizmu. Ten wyjazd utwierdził go w przekonaniu, że to trzeba robić, chociaż część polityków z tego samego obozu była niechętna, mówili, że to fanaberia, wręcz trupiarnia. To była ta jego determinacja, której efekty dzisiaj widzimy. Mamy Europejskie Centrum Solidarności – puentuje starszy brat prezydenta.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA