Warszawa

Imię pod blachą, Jak powstawał "Pekin"

Fotorzepa, Rafał Guz
Stefan Kisielewski nazywał Pałac "ruską Grecją", Leopold Tyrmand - "kwitnącą naroślą na nosie pijaka", a Tadeusz Konwicki - piramidą i osią wszechświata.

Dziś przypada 66 rocznica rozpoczęcia budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. To właśnie 2 maja 1951 roku wbito pierwszą łopatę pod budowę budynku, nazywanego przez warszawiaków "Pekinem", który na dziesięciolecia podzielił Polaków. Z tej okazji przypominamy archiwalny tekst z 2003 roku.

Dwa dni po śmierci Józefa Stalina podjęto decyzję, aby budowanemu właśnie Pałacowi Kultury i Nauki nadać jego imię. Z czasem mówiono po prostu: Pałac. Pełna nazwa uległa zapomnieniu, ale nie zmieniono jej do dziś.- Płacili tak sobie, ale wystarczyła satysfakcja z obracania się wśród dygnitarzy. Kiedy przyjeżdżały delegacje, witałem się ze wszystkimi: Breżniew był mruk, nie bardzo rozmowny, ale niektórzy gadatliwi. Zawsze czekałem na nich w mundurze ze srebrnymi lampasami i szedłem potem przodem, żeby nie zabłądzili. Nie oszukujmy się, pionkiem nie byłem - w głosie pana Bronisława słychać dumę. Nie mówi tego wprost, ale w Pałacu był rezydentem służby bezpieczeństwa - pracę zawdzięczał robotniczemu pochodzeniu. To on przejmował od radzieckiej ochrony urządzenia, zabezpieczenia i klucze od drzwi frontowych. Miał pod sobą 200 wartowników i strażaków. - Dobrze się gospodarzyliśmy, ale po 40 latach służby poprosiłem o emeryturę. Zrobiło się swoje, odeszło i koniec. Teraz nawet na kawę nie zaproszą.

Pan Bronisław ma 80 lat i nigdy nie spotkał się z żadnym dziennikarzem. Nas też odsyłał do architekta Tadeusza Grzegorczyka, który przebudowywał Pałac - nie żyje od roku. To może kierownik Julian Pałka, który kierował wydziałem sanitarnym i technicznym? Choruje na serce, nie może chodzić i brakuje mu sił na rozmowę. Pan Bronisław mówi, że jego też przygniata do ziemi i nie chce wracać do starych czasów. Telefonowaliśmy dzień po dniu, by jednak spróbował.

Mania wysokości

2 lipca 1951 roku naczelny architekt Warszawy Józef Sigalin otrzymał poufną wiadomość, aby podczas rozmowy z radzieckim ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowowem, prawą ręką Stalina, nie był zdziwiony propozycją budowy Pałacu i przystał na nią bez wikłania się w szczegóły. "A jak byście widzieli taki wieżowiec jak u nas?". "No cóż, owszem".

Gazety pisały, że Warszawa mogła dostać metro, szpital albo osiedle mieszkaniowe, ale to propaganda. Żadnego wyboru nie było. Choć dla Pałacu przygotowano pięć lokalizacji, gmach musiał stanąć w centrum. Zdecydowano się więc wyburzyć fragmenty ulic z czynszowymi kamienicami, które w dobrym stanie przetrwały wojnę i szybko zostały zamieszkane. Przesiedlono ponad tysiąc osób, odzyskano dwa miliony cegieł. W prospekcie budowy pisano o bezładnie tłoczącym się relikcie burżuazyjnej Warszawy, a Pałac miał być przecież "symbolem nowej, wolnej od szpetoty i bezładu architektonicznego stolicy". Nazwano go też "podarowanym z samego serca Wielkiego Towarzysza Stalina brylantem".

W kwietniu 1952 roku partyjni dygnitarze zaakceptowali projekt wysokościowca opracowany przez radzieckich architektów. Podpisano wtedy umowę między ZSRR a władzami polskimi o budowie 30 pięter, Pałac ma jednak o 12 więcej. Wszystko przez to, że Sigalina ogarnęła mania wysokości. Stał z delegacją z ZSRR na prawym brzegu Wisły i obserwował latający nad centrum kukuruźnik ciągnący za sobą wielki balon. Przy 120 metrach główny architekt Lew Władimirowicz Rudniew powiedział: "Wystarczy". "Wyżej! Wyżej! " krzyczał jednak do pilota przez krótkofalówkę naczelny architekt stolicy. Stanęło na tym, że wraz z iglicą Pałac ma 230 metrów i 68 centymetrów.

Wykopy rozpoczęto 2 maja. Budowa trwała dniami i nocami - jesienią wzniesiono drewniany pomost, z którego można było oglądać jej postępy. Pan Bronisław pamięta, że Stalin nie dotarł, przyjechał za to Chruszczow. "Dobrze budują, ładnie budują, ale drogo budują" zadumał się podczas spaceru wśród rusztowań. Według umowy Pałac miał być wzniesiony przez ZSRR z własnych środków i materiałów: ale marmury przyjechały ze Sławnowic, Bolechowic i Dębnika, piaskowiec z Szydłowca, granity ze Szklarskiej Poręby i Strzegomia, a wapień z Pińczowa. Ile kosztował dokładnie - nie wiadomo, bo dzienniki budowy i rozliczenia finansowe radzieccy budowniczowie zabrali ze sobą. Co chwila przyjmowano zobowiązania o przyspieszeniu prac, więc budynek był gotów wiosną 1955 roku, a uroczyste otwarcie nastąpiło 22 lipca. Na wejście obowiązywały przepustki wydawane przez pana Bronisława, ludzie klękali przed rzeźbami.

Przejścia nie ma

Hanna Szczubełek to warszawianka z babki prababki. W 1960 roku, gdy ukończyła kurs pracy w administracji, dostała trzy skierowania z urzędu zatrudnienia: wybrała Pałac, bo był najbliżej domu. Pierwszego dnia przyszła w mundurku, akurat wróciła z harcerskiego rajdu dla uczczenia 1 maja. Pół roku później zaczęła prowadzić pałacową kronikę. Pisze o wszystkich wydarzeniach, ćwierć miliona imprez zajęło prawie dwa tysiące stron w czterdziestu tomach - wszystkie w niebieskim skaju, jedynie pierwszy oprawiony w cielęcą skórę. Szczubełek podkreśla, że przez lata obyło się bez żadnej ingerencji. W jej biurku leżą też listy, które przyszły do Pałacu - głównie z małych miasteczek i wsi. Górale prosili: "Pałacu pomóż, bo sąsiad sypie sól do zaprawy". Emerytowany profesor PAN chciał mieszkać na ostatnim piętrze, by rejestrować pioruny. U jednej pani promieniowanie iglicy powodowało doznania erotyczne: "Sami przyznacie, że orgazmy bez własnej woli nie są tak dobre". Ostatni list przyszedł w listopadzie: na kolorowym wykresie krzyżują się Bóg, Lenin, car i papież. W podpisie Królowa Carowa Watykańsko-Rzymsko-Polska, inaczej pani Jabłońska, która od lat rości sobie prawa do Pałacu. Dużo korespondencji kierowano do Gierka i Gomułki, do Stalina nie pisał nikt.

Szczubełek w szufladzie ma też kilkanaście odznak, których nie odebrali budowniczowie i jedną ze szklanych płytek, którymi wyłożono kiedyś iglicę, by lśniła w słońcu. Zostały jej również mosiężne nożyczki - gdy Cyrankiewicz przecinał nimi wstęgę, udawały jeszcze złote. - Potężny klucz z emblematem polsko-radzieckim, którym otwierał Pałac, wisiał w specjalnej szafeczce w recepcji, ale dostał nóg. Zginęła księga pamiątkowa z tłoczonymi złotymi literami i wpisami dygnitarzy. Złodzieje kradli też maszyny do pisania, radia, żarówki, papier toaletowy. Wielkiego skoku nie było - podlicza pan Bronisław. Mówi, że oczkiem w głowie były jednak zabezpieczenia pożarowe, dlatego przez lata w Pałacu spłonęła jedynie sala Dzierżyńskiego w 1963 roku. - Przepalił się radziecki bezpiecznik i kulka ognista spadła na oprawę plafonu. Cały sufit się zajął, poodpadały: sztukaterie, stiuki, tynki, klepka. Jak płonący Reichstag w filmach, tak to wyglądało.

Pytany o schrony w podziemiach i przejście do budynku KC PZPR - pan Bronisław tylko się śmieje. - To wymysły i marzenia. Były jedynie bocznice kolejowe, które dostarczały budulec do Pałacu, ale po zakończeniu budowy zostały zamurowane. Tak samo nie istniały studnie głębinowe na wypadek wojny i ślepe piętra. Pałac był jedynie bardziej samodzielny niż inne budynki: nasze podstacje energetyczne zaspokajały zapotrzebowanie Radomia - mówi. Przejścia nie było nawet między Pałacem a trybuną rządową, więc czasem oficjele chyłkiem przemykali do samochodów. Pod trybuną mieściły się ledwie trzy pokoiki z kuchenką i toaletą. Po defiladach wojsko zdejmowało płyty chodnikowe i stalowe klapy, by wietrzyć smród stęchlizny z materiału, którym obito boazerię. Po 1989 roku założono tam wypożyczalnię kaset wideo, potem pub. Szczubełek dementuje również plotki o pięcioramiennej gwieździe na czubku. Na dowód rysuje antenę telewizyjną, która była zamontowana na iglicy i kształtem mogła przypominać gwiazdę - pod spodem pulsowało czerwone światło dla samolotów.

Stalin plujący

W listopadzie 1953 roku koło placu budowy przechodził Stanisław Jaszczak i rozwiązał mu się but. Gdy schylił się, by go zasznurować, spadł mu na głowę młot upuszczony z rusztowania. Z całej rodziny żyje dziś tylko siostra, ale pamięta niewiele. - Brat kończył liceum w rodzinnym Bełchatowie, jednak maturę musiał zdawać w Bydgoszczy. Wyrzucono go ze szkoły za sprofanowanie portretu Stalina. To były wygłupy potraktowane zbyt poważnie - mówi. Jaszczak pojechał do Warszawy studiować na Akademii Sztuk Pięknych. Pochowano go w Bełchatowie. Pozostałe piętnaście ofiar Pałacu leży na cmentarzu prawosławnym na Woli, obok żołnierzy Armii Czerwonej: osiem osób zabiła urwana winda, kilku pijanych robotników utopiło się w Wiśle lub wpadło w świeży beton. Na dwóch grobach ten sam rok urodzenia i śmierci - to radzieckie wcześniaki zmarłe tuż po porodzie. W 1994 roku naczelnik budowy Georgij Arkadiewicz Karawajew spisywał nazwiska poległych, by powiadomić rodziny o ich losie - jednak grobami nikt się nie opiekuje. Zresztą Karawajew do Warszawy przyjechał w trosce o sam Pałac, bo prasa rosyjska donosiła, że popada w ruinę. Naczelnik był jego wielkim entuzjastą, napisał nawet książkę "Narodziny wysokościowca".

Pałac tworzyło cztery i pół tysiąca robotników - w większości z ZSRR. Na Jelonkach wybudowano dla nich osiedle Przyjaźń ze świetlicą, radiowęzłem, kinem i basenem, pilnie strzeżone przez radzieckich wartowników. Pisarz Marek Nowakowski, kronikarz miasta, pamięta jednak, że robotnicy fraternizowali się z ludnością stolicy podczas wspólnych pijaństw, a uliczne dziewczyny jak ćmy krążyły wokół budowy. Ale wśród budowniczych byli też Polacy. Sztukaterie wykonywali członkowie spółdzielni Ład, założonej w międzywojniu przez profesorów i studentów ASP. Wybitni twórcy po latach nie wstydzili się swojego dzieła, zresztą niewykorzystane fragmenty żyrandoli wieszali we własnych domach. Z kolei plac przed Pałacem płytami wykładali więźniowie z Gęsiówki, którzy ryli na nich inicjały i cyfry oznaczające lata do końca wyroku. Plac też miał nosić imię Stalina, gazety używały już nawet tej nazwy, ale XXZjazd KPZR rozwiązał problem.

Waldemar Baraniewski z Instytutu Historii Sztuki UW, którego specjalnością jest architektura socrealizmu, opowiada o konkursie na pomnik Stalina rozpisanym w 1953 roku. Monument miał stanąć między frontem Pałacu a trybuną. "Stalin się udał. Niebawem zacznę odlewać" pisał w liście do przyjaciela Ksawery Dunikowski, który przystąpił do konkursu. Gipsowy model pokazał w 1954 roku członkom KC: lekko wzdęte policzki wodza robiły wrażenie, jakby miał zamiar splunąć - ponoć tylko Cyrankiewicz się zaśmiał. Pozostałe projekty trzymały standardy epoki: "Stalin patrzący w dal", "Stalin pozdrawiający", ale KC ustalił, że żaden nie nadaje się do realizacji. Model dłuta Dunikowskiego ustawiono na rondzie Waszyngtona, gdzie przetrwał do lipca 1956 roku - rzeźbiarz dostał wtedy telegram z nadrukiem "pilne" z prośbą o jego usunięcie. Model stoi dziś w Muzeum Rzeźby imienia Dunikowskiego w Królikarni. Baraniewski mówi, że konkurs obejmował też rzeźby do całego Pałacu, ale ostatecznie Polacy wykonali tylko te przed głównym wejściem. Pozostałe sprowadzono hurtowo z azerskiej Fabryki Ceramicznej im. 60-lecia Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży w Estonii.

Narośl na nosie

Brązowy Lew Władimirowicz Rudniew, główny architekt Pałacu, stoi dziś na szafie w gabinecie Szczubełek. W 1919 roku Lenin wysłał Rudniewa do Ameryki, aby szkicował drapacze chmur i na nich wzorował moskiewskie wysokościowce budowane już z inicjatywy Stalina. Dla niego kształt Pałacu był jednak nieistotny, Rudniew zaprojektował go na wzór własnego Uniwersytetu Łomonosowa - było to zresztą jego ostatnie dzieło. Czternaście kolumn przed wejściem głównym miało nawiązywać do dworków szlacheckich, a monstrualnych rozmiarów attyki były ukłonem w stronę polskiej architektury. Grupa radzieckich architektów odwiedziła wcześniej Chełm, Toruń, Nieborów, Kielce, Zamość, Kraków, Puławy i Kazimierz - i tak każda sala ma inaczej zdobiony strop. "Ruska Grecja" komentował Stefan Kisielewski. "Gigantomania i patos do dziesiątej potęgi. Groza socrealizmu zmaterializowała się w samym środku miasta jak kwitnąca narośl na nosie pijaka" pisał Leopold Tyrmand. "Każdy to widzi: w środku miasta statua z gówna wyrasta" śpiewa Kazik Staszewski. Nowakowski w "Moim słowniku PRL-u" wspomina, że ze względu na bogactwo ozdób (jakoby w guście ludowym) i kremowy kolor murów Pałac nazywano tortem. Porównanie trafne, co widać na kolorowych zdjęciach w fotoplastikonie. Mówiono też: Pekin, bo to anagram nazwy.

Przez lata się przybrudził: czyszczono go piaskiem i sprężonym powietrzem, ale okazało się to zbyt kosztowne. Miejscami odpada też elewacja z ceramicznych płytek wykonanych w azerskiej fabryce, którymi pokryty jest cały Pałac - alpiniści co roku opukują gmach i wymieniają uszkodzone. W 1990 roku chciał go kupić i wyremontować Amerykanin polskiego pokolenia John Kowalczyk - w maju władze Warszawy podpisały z nim nawet list intencyjny, ale kilka miesięcy później Kowalczyka zamordował jego szwagier. W konkursie rozpisanym przez miasto pojawiły się pomysły, aby Pałac zburzyć, przebudować, przemalować, przerobić na bardziej nowoczesny. Wśród 297 prac sugerowano wzniesienie na jego miejscu dwóch piramid w fioletowo-złocistej tonacji albo oszklenie budowli. Anonimowo zgłoszono projekt pod nazwą "Rezerwat", według którego Pałac miał być przekształcony w ruinę zarośniętą zielenią i zamieszkałą przez ptaki - z całkowitym zakazem wstępu dla ludzi. Ostatecznie wygrali jednak architekci Andrzej Skopiński i Wiesław Biełyszew - ich wizja przewidywała obudowanie Pałacu wysokimi budynkami i odtworzenie układu części przedwojennych ulic, po których został tylko mosiężny znak na chodniku. Na realizację brakuje pieniędzy.

Tyrmand pisał też: "Brzydkie budynki po wiekach służby stają się nieodzownie piękne, zagęszcza się coś wokół, co zwykliśmy nazywać atmosferą, klimatem, nastrojem; gromadzą one warstwy zdarzeń i przeżyć, indywidualnych i zbiorowych, które z czasem mieszają wystrój i detal fasady z treściami istnienia". Tadeusz Konwicki umieścił Pałac w czterech książkach: "Staram się, aby Pałac znaczył więcej niż znaczy" pisał, porównując go do piramidy, obelisku oraz osi wszechświata. Dziś wielu uważa Pałac za najpiękniejszy budynek w Warszawie. Pisano o nim prace doktorskie i magisterskie, także za granicą. Podoba się zwłaszcza Amerykanom, niedawno zwiedzali go studenci architektury ze Szwajcarii i byli zachwyceni. "Aby obejść Pałac, zatrzymując się jedynie przez minutę w każdym pokoju, trzeba by poświęcić na wędrówkę 48 godzin" - kiedyś lubowano się w takich wyliczeniach. My też idziemy, ale w miejsca niedostępne: od piwnic zamieszkanych przez koty, do tarasu pod zegarem pełnego martwych ptaków. Mijamy sale Marmurową i Ratuszową, największe w Polsce oraz salę Rudniewa, która pierwsza otrzymała imię. Naszym przewodnikiem jest Agnieszka z biura promocji: pracuje w Pałacu dwa lata, ale nawet nie wie, kiedy został oddany do użytku. Mówi, że budynek nie kojarzy jej się ze stalinizmem. Dla niej jest tylko funkcjonalny, bo dzięki wynajmowaniu trzech tysięcy sal zarabia na siebie.

Litery w pudełku

- Nieoficjalnie dwa, trzy razy byłem w Pałacu. Widziałem, że dużo zmieniło się na plus - mówi pan Bronisław, którego syn pracuje teraz w dziale dźwigowym. Z dawnych czasów zostało jeszcze prezydium z oryginalnym obiciem z czerwonego sztruksu, które kiedyś wyjeżdżało na scenę Sali Kongresowej z okazji partyjnych zjazdów - już nie wyjedzie, bo podłogę sceny zabito dechami. Rzeźba z brązu polskiego i radzieckiego budowniczego miała być złomowana, ale kupił ją biznesmen spod Warszawy. Jedyne gipsowe popiersie Stalina, które stało w gabinecie sekretarza organizacji zakładowej PZPR, a po przełomie zaczęło się poniewierać po gabinetach, oddano do Centrum Sztuki Współczesnej. Jednoosobowa winda jeżdżąca tylko jedno piętro, która miała służyć Stalinowi podczas wizyty, już nie działa. Mosiężne litery z pełną nazwą Pałacu przez lata wiszące w holu głównym, leżą w pudełku. Imię patrona ostało się na frontonie, ale zasłania je neon, a dodatkowo blacha w kolorze elewacji. Wśród posągów okalających Pałac jest intelektualista trzymający księgę z nazwiskami Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina - w latach siedemdziesiątych ostatnie wykuto, ale niedawno ktoś dopisał je flamastrem.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL