fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

UE: Niemcy otwierają portfel. Trochę

AFP
Bo ośmiu latach blokady Berlin proponuje budowę europejskiego systemu gwarancji depozytów. Ale w wersji soft.

W środku kryzysu finansowego, gdy w oczy unijnych przywódców zajrzał strach przed rozpadem strefy euro, udało się zbudować podwaliny pod zintegrowany rynek finansowy. Europejski Bank Centralny (EBC) przejął nadzór nad największymi bankami komercyjnymi Wspólnoty. Opracowano też wspólny mechanizm przeprowadzenie operacji bankructwa instytucji finansowych. Oraz stworzono fundusz pomocy dla krajów, które jak Grecja czy Portugalia, znalazły się na skraju bankructwa.

Ale gdy panika minęła, minął też entuzjazm dla dokończenia budowy silniejszych unijnych instytucji, unii bankowej, szczególnie w Niemczech. Berlin od 2011 r. blokuje budowę wspólnego systemu gwarantowania wkładów bankowych w obawie, że mogłoby to prowadzić do wypłaty przez najpotężniejszy kraj UE rachunków za banki działające w biedniejszych krajach Unii.

Punkt wyjścia

W środę w artykule w „Financial Timesie" niemiecki minister finansów Olaf Scholz ogłosił jednak, że czas skończyć z tym „paraliżem". Jego zdaniem to konieczne, bo po brexicie londyńska City nie będzie już pełnić roli czołowego ośrodka finansowego Europy i Unia może zostać zdana na łaskę amerykańskich i chińskich banków. A to „niedopuszczalne".

W propozycji Scholza najważniejsza jest zgoda Berlina na powstanie wspólnego mechanizmu gwarancji bankowych. Ale jest to zgoda bardzo ostrożna, obwarowana wieloma warunkami. Minister uważa, że jej warunkiem jest ograniczenie przez systemy bankowe poszczególnych banków „ryzyka systemowego", czyli udziału złych kredytów i dywersyfikacji aktywów, na jakich opierają się banki. Scholz chce także, aby w razie bankructwa instytucji finansowej interweniował w pierwszym rzędzie krajowy system gwarancji bankowych oraz krajowe władze, a dopiero gdy ich możliwości zostaną wyczerpane, „komponent europejski". I to tylko „w ograniczonym zakresie".

W Brukseli propozycja Scholza została przyjęta z zadowoleniem, ale bez specjalnego entuzjazmu, skoro dalece odbiega od wielokrotnie deklarowanych ambicji Komisji Europejskiej.

– To jest dobry punkt wyjścia, choć oczywiście to, co KE uważa za niezbędne, idzie znacznie dalej – powiedział Olivier Guersant, dyrektor departamentu stabilności finansowej europejskiej egzekutywy.

– Każda cegła, która przyczynia się to budowy niedokończonego działa unii bankowej, jest cenna. Ale my jako nadzorcy mamy własne preferencje – przyznał wiceszef EBC Yves Mersch.

Warunki nie do spełnienia

Dla Daniela Grosa, dyrektora prestiżowego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS) w Brukseli, inicjatywa Scholza jest „dziwna".

– Sygnalizuje, że politycznie Niemcy są teraz otwarte na ideę dokończenia budowy unii bankowej, ale jednocześnie stawia szereg warunków, które nie są możliwe do spełnienia. Dlatego kanclerz Merkel, CDU, nie sprzeciwiła się temu. Na krótką metę oferta Scholza będzie miała zerowe znaczenie, ale w dłuższej perspektywie może doprowadzić do przełamania oporu Berlina w tym czy innym konkretnym punkcie, skoro jest zielone światło dla „idei politycznej". Zobaczymy – mówi „Rz" Gros.

W 2011 r. Niemcy zgodziły się na pewne elementy unii bankowej, bo były postawione pod ścianą. Teraz już w takiej sytuacji nie są, ale znalazł się w niej sam Scholz. Minister pozostaje faworytem do przejęcia przewodnictwa w SPD, ale w ostatnim, wciąż nierozstrzygniętym głosowaniu w tej sprawie zdobył tylko minimalnie większe poparcie działaczy partii (22,7 proc.) niż jego główny konkurent, sytuujący się znacznie bardziej na lewo były minister finansów Nadrenii Północnej-Westfalii Norbert Walter-Borjans (21 proc.). Rozgrywka ma zostać rozstrzygnięta do końca roku.

Poprzez otwarcie w sprawie unii bankowej, która zawsze była tematem tabu dla CDU/CSU, Schulz może próbować pokazać swój sceptycyzm wobec dalszego trwania wielkiej koalicji z chadekami. Wielu działaczy SPD właśnie temu aliansowi przypisuje tragiczne wyniki partii w sondażach: może już liczyć tylko na 16 proc. głosów wobec 29,5 proc. dla CDU i 23,5 proc. dla Zielonych. Niemieccy socjaldemokraci tak słabego wyniku nie mieli od 85 lat.

Proeuropejski zwrot to także próba odebrania wyborców prounijnym Zielonym, do których w ostatnich latach przeszła znaczna część elektoratu umiarkowanej lewicy. Wcześniej Scholz sygnalizował zresztą, że w razie pogłębienia kryzysu jest gotowy uruchomić nawet 50 mld euro na stymulowanie wzrostu. Zadłużenie Niemiec w tym roku spadnie do 58 proc. PKB i po raz pierwszy od lat będzie się mieścić w ramach limitu UE wynoszącego 60 proc. PKB. To stwarza margines dla uruchomienia inwestycji publicznych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA