fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Terroryzm

Po zamachu w Berlinie: Niemcy nadal w szoku

Po poniedziałkowej tragedii ponad setka berlińskich jarmarków wznowiła działalność pod ochroną policji.
AFP, Tobias Schwarz
Błędy służb specjalnych opóźniły obławę na zamachowca, którego Polak usiłował powstrzymać.

Coraz bardziej ostrożne po karygodnych błędach niemieckie służby wydają się nie mieć wątpliwości, że poszukiwany 24-letni Tunezyjczyk Anis Amri jest sprawcą poniedziałkowego zamachu w Berlinie. Za pomoc w jego schwytaniu oferowana jest nagroda do 100 tys. euro. Wiadomo już, że na drzwiach szoferki ciężarówki znaleziono odciski palców poszukiwanego Tunezyjczyka.

To on miał też zamordować polskiego kierowcę Łukasza Urbana, jak piszą niemieckie media, już w trakcie zamachu. Niewykluczone, że Polak usiłował przeszkodzić w skierowaniu ciężarówki w tłum na jarmarku. Tysiące Niemców podpisało już petycję z prośbą o przyznanie mu państwowego odznaczenia.

Portfel zamachowca

Zagadkowa pozostaje sprawa odkrycia w kabinie portfela z dokumentami prawdopodobnego zamachowca. Otóż, jak przyznała w czwartek berlińska policja, znaleziono je dopiero następnego dnia po rajdzie na jarmark świąteczny, co opóźniło poszukiwania. Jeszcze większą mgłą tajemnicy owiana jest sprawa jego obserwacji przez służby. Śledziły go wiele miesięcy i wiedziały o nim, jeżeli nie wszystko, to na pewno tyle, aby umieścić go w odosobnieniu. Z analiz rozmów telefonicznych wynika, że złożył gotowość dokonania samobójczego aktu terroru. Miał o tym zawiadomić jednego z podsłuchiwanych islamistów.

W niemieckiej szkole, do której trafił po przybyciu z Włoch przed czterema laty, szerzył podobno popłoch swym agresywnym zachowaniem. Próbował ją nawet podpalić. Potem miał na koncie drobne przestępstwa. Nie został deportowany, gdyż z Tunezji nie nadeszły dokumenty potwierdzające jego tożsamość.

– Nie mam pojęcia, jak to się stało, że w pewnej chwili zniknął z policyjnego radaru – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Hans Leyendecker, znany dziennikarz śledczy „Süddeutsche Zeitung", zajmujący się zamachem w Berlinie. Tunezyjczyk często zmieniał miejsca pobytu i był pod intensywną obserwacją w Badenii-Wirtembergii, Nadrenii Północnej-Westfalii oraz w Berlinie. Wiedziano, że poszukiwał broni i że miał kontakty z tzw. Państwem Islamskim, ale służby w Berlinie zlekceważyły zagrożenie. – Ponoszą za to bezpośrednią odpowiedzialność, a nie kanclerz Angela Merkel – podkreśla w rozmowie z „Rz" Stefan Lamby, ekspert w dziedzinie terroryzmu. Nie zwalnia jej to jednak od odpowiedzialności za decyzję o otwarciu granic dla imigrantów. W połowie roku 44 proc. Niemców było przeciwnych zamknięciu granic, a 45 proc. za takim rozwiązaniem. Zdecydowana większość jest za wprowadzeniem limitu przyjmowania uchodźców, czemu sprzeciwia się jednak Angela Merkel.

Terroryzm i imigracja

Im dalej od tej decyzji z początków września ubiegłego roku, tym większemu zatarciu ulega humanitarny i polityczny wymiar tamtego rozstrzygnięcia. Im większe zagrożenie terrorystyczne, tym większą przewagę uzyskują krytycy Angeli Merkel. Od samego początku kryzysu imigracyjnego ich liczba rosła. W ostatnich miesiącach było ich już więcej niż zwolenników pani kanclerz. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy szefowa rządu opowiedziała się za wprowadzeniem zakazu noszenia burki w miejscach publicznych.

Kierowana przez nią partia wprowadziła z kolei zasadnicze zmiany w swoim programie, zaostrzając znacznie politykę imigracyjną. Media porównują ten program z pewną przesadą do pomysłów forsowanych w tej sprawie przez ksenofobiczne ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec (AfD). To wszystko dało określone rezultaty w postaci wzrostu akceptacji kanclerz Merkel przez obywateli. Przed zamachem w Berlinie miała już więcej zwolenników niż przeciwników.

CDU odzyskiwała grunt w sondażach i partia mogła relatywnie spokojnie myśleć o wyborach zarówno w trzech zachodnich landach, jak i wrześniowych wyborach do Bundestagu. – Czy ta tendencja się utrzyma zależeć będzie od sukcesów i porażek na polu bezpieczeństwa – analizował znany instytut badawczy Allensbach, już po zamachu w Berlinie. Na razie są same porażki.

Merkel w pułapce

W takiej sytuacji siostrzane ugrupowanie CDU, czyli bawarska CSU, przypuszcza frontalny atak na swego partnera. Monachium domaga się przewrócenie polityki imigracyjnej do góry nogami, uznania wszystkiego, co było do tej pory, za błąd wymagający nie tyle korekty, co nowego sposobu myślenia o zagrożeniu terrorystycznym w nieodłącznym związku z praktyką imigracyjną.

– Kanclerz Merkel jest w pułapce. Zmiana paradygmatu polityki imigracyjnej oznaczałaby przyznanie się do winy za błędną decyzję o otwarciu granic. Ale to pozbawiłoby ją całkowicie wiarygodności w oczach społeczeństwa – tłumaczy „Rz" Werner Patzelt, politolog. Merkel nie ma więc dobrego wyjścia i musi działać jak do tej pory.

Nietrudno sobie przy tym wyobrazić, że CDU wygra wybory we wrześniu przyszłego roku, tracąc jednak wiele głosów. Wtedy dopiero pojawi się z całą ostrością kwestia odpowiedzialności Angeli Merkel. – Nie wykluczam, że w takiej sytuacji zrezygnuje ona z kierowania rządem po raz czwarty z rzędu – mówi Patzelt.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.jendroszczyk@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA