fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Terroryzm

Po ataku Würzburgu: Niemcy nie chcą bać się jak Francuzi

Tak niedługo przed atakiem wyglądał afgański uchodźca spod Würzburga - twierdzi powiązana z tzw. Państwem Islamskim agencja Amak. Jej zdaniem nazywał się Mohamed Rijad.
AFP
W Würzburgu ranne zostały cztery osoby, a nie jak w Nicei zabite 84. Ale logika ataku była taka sama.

17-letni uchodźca z Afganistanu w poniedziałek późnym wieczorem wsiadł do regionalnego pociągu na stacji Ochsenfurt, w bawarskim miasteczku, w którym od dwóch tygodni mieszkał z rodziną zastępczą. W wagonach znajdowało się o tej porze nie więcej niż 25–30 osób. Gdy kurs zbliżał się ku końcowemu przystankowi w Würzburgu, nastolatek nagle wyciągnął nóż i siekierę i rzucił się w kierunku rodziny turystów z Hongkongu. Z okrzykiem na ustach „Allahu akbar" („Bóg jest wielki), ciężko ranił cztery osoby (dwie we wtorek wciąż walczyły o życie), po czym wyskoczył z pociągu.

Przypadek chciał, że w pobliżu znajdował się patrol jednostki policyjnej wyspecjalizowanej w zwalczaniu terrorystów – funkcjonariusze błyskawicznie dopadli sprawcę i gdy ten próbował ich zaatakować, zastrzelili go.

„Policja powinna zatrzymać sprawcę, nie go zabijać" – napisał niedługo później na Twitterze Renate Künast, przewodnicząca koła Zielonych w Bundestagu.

Ale sieć zawrzała: na Künast posypała się fala ostrej krytyki. Bo to już nie są Niemcy z września ub.r., gdy Angela Merkel ogłaszała słynne „wir schaffen das", damy radę przyjąć falę imigrantów.

– Tak jak Francja znaleźliśmy się na celowniku Państwa Islamskiego. To jeszcze nie jest ten strach, ta paranoja, że w każdej chwili może dojść do ataku ze strony islamistów, ale ludzie obawiają się, że wydarzenia mogą potoczyć się w tym samym kierunku, co u naszego zachodniego sąsiada – mówi „Rz" Dominik Grillmayer, ekspert Instytutu Francusko-Niemieckiego w Ludwigsburgu.

Przypadek zamachowca z Würzburga pokazuje, jak wielkim zagrożeniem może się okazać dla Niemiec ubiegłoroczna fala uchodźców, jeśli rząd nie podejmie znacznie bardziej energicznych działań, aby zintegrować nowych przybyszy. Afgańczyk, nastolatek bez żadnej rodziny, przybył do Niemiec dwa lata temu. Do początków czerwca mieszkał w ośrodku dla sierot, zanim znaleziono dla niego rodzinę zastępczą. Ale się nie uczył, nie pracował, właściwie nie znał niemieckiego. Sensu życia najwyraźniej szukał nie w integracji z niemieckim społeczeństwem, tylko w ideologii radykalnego islamu: w jego pokoju znaleziono namalowaną na ścianie flagę Państwa Islamskiego. Choć nie wiadomo, czy miał jakieś związki z terrorystami, powiązana z dżihadystami agencja Amak ogłosiła, że atak jest częścią wojny prowadzonej przez kalifat z Europą.

To nie jest przypadek odosobniony.

– Islamski terroryzm jest dziś największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Niemiec – uważa Hans-Georg Maassen, dyrektor Federalnej Agencji ds. Ochrony Konstytucji. Jego zdaniem w minionym roku przechwycono 320 prób nawiązania kontaktu między uchodźcami a dżihadystami.

Niemiecka islamofobia

Poziom zagrożenia zaczyna także docierać do społeczeństwa. Niedawny sondaż przeprowadzony przez waszyngtoński instytut Pew pokazuje, że już dla 61 proc. Niemców fala uchodźców oznacza „wzrost zagrożenia terrorystycznego". To niewiele mniej niż w Polsce, gdzie ta liczba wynosi 71 proc.

– Około 60 proc. Niemców to islamofobi, ale w landach wschodnich ten wskaźnik sięga 78 proc. – mówi „Rz" prof. Peter Heine, specjalista ds. islamu na berlińskim Uniwersytecie Humboldta. – Niemieckie społeczeństwo jest bardzo zlaicyzowane, 60 proc. ludzi nie wyznaje żadnej religii. Dla nich kontakt z wierzącymi muzułmanami jest szokiem, integracja tak różnych mentalności siłą rzeczy musi być bardzo trudna – dodaje Heine.

Ale porażka integracji jest też spowodowana czymś innym: brakiem wykształcenia przybyszy. Choć od wielkiej fali imigrantów, która przyniosła nad Ren 1,1 mln uciekinierów, minął rok, tylko 30 tys. z nich znalazło pracę, i to w części sponsorowaną przez państwo, na pół etatu. Choć teoretycznie na rynku jest 650 tys. wakatów, 30 czołowych koncernów kraju zatrudniło jedynie 54 uchodźców, z czego 50 znalazło pracę w Deutsche Post. W przeciwieństwie do Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii Syryjczycy, Irakijczycy i Afgańczycy są więc obciążeniem dla niemieckiego budżetu, i to poważnym: tylko w tym roku Berlin będzie musiał wypłacić 16 mld euro landom na opiekę nad nowymi imigrantami.

Przełomem był sylwester w Kolonii

Odpowiadając na rosnącą radykalizację społeczną, niemieckie władze zaczynają więc zaostrzać przepisy w sprawie pobytu imigrantów, tak jak władze francuskie zaostrzają przepisy dotyczące zabezpieczenia przeciwko atakom terrorystycznym.

– Przełomem była noc sylwestrowa w Kolonii, gdy tłum śniadych mężczyzn dopuścił się masowo agresji seksualnej na przechodzących ulicami Niemkach – mówi Grillmayer.

Nowe przepisy uzależniają więc utrzymanie dotacji dla uchodźców od postępów, jakie robią w nauce niemieckiego i poszukiwaniu pracy. Radykalnie zaostrzono także definicję gwałtu, a poszerzenie listy „krajów pewnych" ma spowodować, że znacznie więcej imigrantów niż do tej pory zostanie odesłanych do domu po odrzuceniu podania o azyl.

Merkel zmieniła także o 180 stopni swoją politykę wobec uciekinierów. Porozumienie z autorytarnym reżimem w Turcji oraz zamknięcie granic przez kraje bałkańskie spowodowało, że w pierwszej połowie tego roku liczba przybyszy spadła do 220 tys., trzykrotnie mniej niż o tej samej porze w 2015 r.

– To nie tylko reakcja na zmiany nastrojów społecznych w Niemczech. Merkel zachęcała imigrantów do przyjazdu, zanim wysondowała, czy inne kraje Unii będą gotowe część z nich przyjąć. To był jej błąd i teraz go naprawia – przekonuje prof. Heine. Ale też dodaje: prędzej czy później uchodźcy ściągną swoje rodziny, a przez to ich liczba zwiększy się wielokrotnie.

Teraz wiele zależy od tego, czy przed wyborami w połowie przyszłego roku dojdzie do poważnego zamachu terrorystycznego.

– Wówczas populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) może uzyskać nawet 20 proc. głosów, a CDU/CSU nie zbuduje większości inaczej niż w ramach powtórzenia wielkiej koalicji z SPD. Taki brak alternatywy będzie jednak sprzyjał partiom skrajnym, zarówno na lewicy, jak i na prawicy – ostrzega Grillmayer.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA