fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Puchar Davisa: Koniec historii

Francuzi z Pucharem Davisa po ubiegłorocznym finałowym triumfie nad Belgią
AP, Michel Spingler
W ten weekend pożegnanie z Pucharem Davisa, jaki znaliśmy i rozumieliśmy.

Wieko trumny zamkną na stadionie w Lille tenisiści Francji i Chorwacji, którzy ostatni raz rywalizować będą według starej formuły, co oznacza mecze do trzech wygranych setów, dwa single w piątek, debel w sobotę i dwa kolejne single w niedzielę. Ostatni raz jedna z drużyn może też liczyć na wsparcie publiczności, bo jest gospodarzem finału i – co za tym idzie – miała prawo wyboru nawierzchni.

To część daviscupowej alchemii, wybór nawierzchni był zawsze pierwszym taktycznym pojedynkiem, jeszcze zanim gracze wyszli na kort. W niektórych reprezentacjach decydujące znaczenie miał głos tenisisty nr 1 – tak było ostatnio np. w reprezentacji Polski (decydował Jerzy Janowicz), są drużyny, np. Hiszpanie, które z każdym chcą grać na korcie ziemnym, i są takie, które stawały przed dylematem: wybieramy to, co lubimy, czy raczej to, czego nie lubią rywale.

Egoizm górą

Puchar Davisa to była perła w koronie tenisa w czasach, gdy nie zorganizowano jeszcze zawodowych rozgrywek w dzisiejszym rozumieniu (powstały pod koniec lat 60., gdy zaczęła się tzw. era open, czyli zawodowcy uzyskali prawo gry w turniejach wielkoszlemowych).

Wówczas sformułowanie „daviscupowy gracz" było nobilitujące, szczególnie w krajach, gdzie kandydatów do występu w reprezentacji nie brakowało. I sprawa najważniejsza: Puchar Davisa to była jedyna okazja, by tenisista zagrał dla ojczyzny, bo przez resztę roku grał dla siebie. Zanim gwiazdorzy tego sportu stali się finansowymi krezusami i medialnymi celebrytami, to miało znaczenie.

Potem już nie dla wszystkich. Byli tacy jak John McEnroe, który pomimo sławy, majątku i cholerycznego usposobienia przez całą karierę pozostał najwierniejszym łańcuchowym psem Pucharu Davisa, ale z czasem większość gwiazdorów rozgrywki te zaczęła traktować wybiórczo.

Jeden, czasem drugi występ, nawet łzy, gdy Srebrna Salaterka pojawiała się na korcie po finałowym zwycięstwie, ale potem zwyciężał egoizm podawany w łagodzącym sosie: że sezon jest długi, że Puchar Davisa zabiera cztery tygodnie w roku, zmusza do dodatkowych podróży, czyli, mówiąc krótko, przeszkadza w zarabianiu pieniędzy.

Roger Federer, Novak Djoković i Rafael Nadal – wszyscy oni wygrywali Puchar Davisa, ale łzy po pierwszym zwycięstwie zwykle wyczerpywały ich zdolność do patriotycznych wzruszeń. Potem szukali wymówek i rozgrywki traciły prestiż. To, że trzeba je zreformować, nie ulegało wątpliwości, ale Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) poszła o wiele dalej, po prostu swe rodowe srebro sprzedała, nie martwiąc się nawet tym, że praktycznie w ten sposób sama się marginalizuje.

Całoroczne zawodowe cykle (ATP – mężczyźni, i WTA – kobiety) rządzą się same, cztery Wielkie Szlemy są własnością narodowych federacji (oprócz Wimbledonu będącego własnością prywatną), a teraz ITF Puchar Davisa sprzedał grupie Cosmos, za którą stoi hiszpański piłkarz Gerard Pique i obietnice wielkich pieniędzy. Federacji zostało tylko prawo selekcji graczy do turnieju olimpijskiego i Fed Cup, czyli kobiecy odpowiednik Pucharu Davisa, który prestiżem daleko odbiega od rozgrywek męskich.

Gra o kasę i wpływy

Cosmos Davis Cup to impreza niemająca wiele wspólnego z oryginałem. Finałowy turniej z udziałem 18 drużyn odbędzie się w listopadzie przyszłego roku w Madrycie. Mecze bez zaangażowanej emocjonalnie publiczności stracą swą niepowtarzalną atmosferę, a udział gwiazdorów wciąż jest niepewny. Nową imprezę popiera tylko Rafael Nadal, Roger Federer dba głównie o stworzony przez siebie pokazowy turniej Laver Cup, a Novak Djoković był raczej za, teraz zaś jest raczej przeciw.

ATP Tour na te pomysły zareagował, tworząc we współpracy z Australijską Federacją Tenisową ATP World Cup, czyli rodzaj drużynowych mistrzostw świata. Ma być rozgrywany z udziałem 24 drużyn w trzech australijskich miastach w styczniu, tuż przed Australian Open, i mają być za udział w nim przyznawane punkty do rankingu ATP. Jak z tego widać, na trupie Pucharu Davisa w historycznym kształcie trwa rywalizacja o kasę i wpływy.

Zdradzona Francja

W takim kontekście od piątku do niedzieli w Lille zagrają Francuzi z Chorwatami. Dla gospodarzy ta reforma jest trudna do przełknięcia z dwóch powodów. Od lat Francja uważana jest za głównego strażnika świętych ksiąg Pucharu Davisa, każdy finałowy triumf drużyny to prawie narodowe święto, nikomu nie trzeba tłumaczyć, co znaczy to, że Francja wciąż ma następców przedwojennych Muszkieterów, którzy zdobywali Puchar Davisa i wprowadzili tę imprezę do sportowego krwiobiegu kraju. Powód drugi to fakt, że historyczne rozgrywki dla pieniędzy i zaspokojenia wybujałego ego pogrzebał prezes francuskiej federacji Bernard Giudicelli, sprzymierzając się z Cosmosem.

Prezes jest człowiekiem w ojczyźnie nie przesadnie szanowanym, przegrał proces o zniesławienie z byłym tenisistą Gilles'em Morettonem. Kapitan reprezentacji Francji Yannick Noah raczej unika spotkań z nim, podobnie jak czołowi gracze. Wszystko z powodu despotyzmu, a głównie ciosu, jaki Giudicelli zadał Pucharowi Davisa.

Ciekawe, co stanie się w Lille, jeśli Francja wygra, jak będzie wyglądała radość, czy będzie to marsz bardziej weselny, czy raczej weselno-pogrzebowy. Wielka francuska gazeta sportowa „L'Equipe" – mająca ogromny wpływ na opinię publiczną – do Pucharu Davisa odnosi się z wielkim szacunkiem i dla utrwalenia jego legendy zrobiła więcej niż wszyscy prezesi narodowej federacji razem wzięci. Warto spojrzeć, jaki będzie miała tytuł nazajutrz po finale.

Wielki mag

Mecz odbędzie się na korcie ziemnym przygotowywanym w ostatniej chwili na stadionie w Lille. Jeszcze w sobotę odbywał się tam mecz rugby Francja – Argentyna i tuż po nim ruszyła budowa kortu. Chorwaci trochę protestowali, że będą mogli zacząć treningi na stadionie dopiero dwa dni przed meczem, ale dziś twierdzą, że nawierzchnia jest w porządku.

Goście mają bardzo mocny skład. Ich asem jest uczestnik niedawnego turnieju Masters Marin Cilić, drugim singlistą rezerwowy w tym turnieju Borna Corić, a w deblu może wystąpić jeden z najlepszych fachowców Mate Pavić (też grał w finale ATP Tour). Po stronie francuskiej kontuzjowani są Richard Gasquet i Gael Monfils, a tuż po kontuzji jest Jo-Wilfried Tsonga. Prosto z Londynu przejechali natomiast finaliści deblowego Masters Nicolas Mahut i Pierre-Hugues Herbert. No i najważniejsze: Francuzi będą mieli po swojej stronie wielkiego maga Yannicka Noaha i publiczność, która rozumie, że na jej oczach kończy się historia. ©?

Francja–chorwacja 23–25 listopada w Lilles

Pucharu Davisa bronią Francuzi, którzy zdobyli go w ubiegłym roku, pokonując w finale w Lille Belgię. Chorwaci to finaliści sprzed dwóch lat (przegrali u siebie z Argentyną). Kapitanem Francuzów jest Yannick Noah, a Chorwatów Željko Krajan.

Francja. Singliści: Lucas Pouille (32 ATP), Jérémy Chardy (40), Jo-Wilfried Tsonga (259), debliści: Nicolas Mahut i Pierre-Hugues Herbert.

Chorwacja. Singliści: Marin Čilić (7), Borna Ćorić (12), Franko Škugor (492), debliści: Mate Pavić i Ivan Dodig. ?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA