fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Trener Igi Świątek Piotr Sierzputowski: Do Paryża na luzie

Trener Igi Świątek Piotr Sierzputowski
Piotr Sierzputowski
Reporter, Tomasz Jastrzebowski
Trener Igi Świątek Piotr Sierzputowski o postępach swojej podopiecznej, specyfice gry w chłodzie i pułapce, jaką jest turniej Roland Garros.

Wyspał się pan po zwycięstwie Igi w ćwierćfinale?

Tak sobie. Wróciliśmy do hotelu około północy. Zjedliśmy, ogarnęliśmy się i było już bardzo późno. Kiedy byłem na śniadaniu, Iga jeszcze dosypiała.

Złożyło się na to kilka czynników. Pojawiło się trochę stresu, głowa była gdzie indziej, a poprzedni mecz na tym samym korcie trwał bardzo długo i musieliśmy przedłużyć rozgrzewkę. Początek faktycznie nie był łatwy. Pojawiły się momenty wahania, Iga grała na prostych nogach. Jednak im dalej w las, tym wszystko wyglądało lepiej. Dostała wsparcie z trybun i od nas, z boksu trenerskiego.

Bardzo długo czekaliście na początek meczu, bo przedłużało się spotkanie Diego Schwartzmana z Dominikiem Thiemem. Ile razy zaczynaliście rozgrzewkę?

Mieliśmy szczęście, bo popełniliśmy tylko jeden falstart. Zakładaliśmy, że mecz chłopaków potrwa długo, ale potem myśleliśmy, że w czwartym secie Thiem już sobie poradzi. Długie oczekiwanie zawsze jest męczące, trudno się wówczas dobrze rozgrzać i skoncentrować. Warunki były jednak takie same dla obu zawodniczek.

Iga jest wyżej w rankingu, więc była faworytką. Teraz, dzięki temu doświadczeniu, będzie łatwiej, kiedy znowu spotka się z niżej notowaną rywalką?

Nie, bo każdy mecz jest inny i do każdego musimy się na nowo przygotować. Nie możemy podchodzić do najbliższego spotkania z założeniem, że coś już mamy. Taki to sport. Jeden dobry występ nie oznacza, że uda się też kolejny. Wykonaliśmy mnóstwo pracy, aby osiągnąć stabilność i powtarzalność. To klucz do sukcesu. Półfinałowi będzie towarzyszył jednak inny rodzaj presji, niezależnie od przeciwnika.

Takiego wyniku chyba się pan nie spodziewał...

Losowanie drabinki z punktu widzenia Igi było całkiem dobre i nie mówię tu o zawodniczkach, które ostatecznie dotarły do ćwierćfinału i półfinału. Przyjechaliśmy do Paryża na luzie, nie narzucając sobie konkretnych założeń czy planów. Naszym największym zmartwieniem była oczywiście Simona Halep. Nastawiliśmy się na zagranie dobrego meczu, jak za każdym razem.

Czujecie ciężar wielkiej szansy? Niektórzy pisali przed meczem z Trevisan, że Iga znalazła się na autostradzie do finału...

Wolałbym, żeby Iga grała z rozstawionymi zawodniczkami, bo wówczas presja spada na rywalkę. Sytuacji w drabince nie traktuję jako szansy – to raczej utrudnienie. Wiedzieliśmy, że Trevisan nie odpuści żadnej piłki. Niżej notowane tenisistki w takiej sytuacji nie mają nic do stracenia i spisują się lepiej, niż wskazuje ranking. Inna sprawa, że ten sezon jest bardzo uczciwy. Zazwyczaj najlepsi rywalizują ze sobą, budują pewność siebie, przyzwyczajają się do tempa gry oraz emocji na najwyższym poziomie, a inni muszą ich gonić. Teraz sytuacja jest inna. Nagle okazuje się, że na korcie decydują umiejętności i głowa, nie nazwiska.

Przygotowanie psychiczne to element, w którym Iga zrobiła od US Open największy postęp?

Mówimy to teraz, dwa tygodnie temu nie było tak kolorowo. Ale rzeczywiście jest postęp. Iga przede wszystkim zakończyła wiele spraw, które wcześniej przeszkadzały jej w tenisowym życiu i utrudniały skupienie się na treningu. To ambitna dziewczyna, zależało jej na maturze, którą zdała bardzo dobrze. Dzięki temu przyszedł czas, kiedy mogła zacząć pracować jak profesjonalistka, co też wpłynęło na oczekiwania, jakie na siebie nałożyła. Nigdy tak ciężko nie trenowała. Było trudno, ale fajnie, że szybko z tego wybrnęła. Ten turniej to jednak pułapka.

Dlaczego?

Iga jest w dobrej formie, zagrała wszystkie mecze na wysokim poziomie i to nie jest przypadek. Pojawia się jednak pytanie: co będzie w przyszłości? Jelena Ostapenko trzy lata temu była najlepsza, a później już prawie nic nie wygrała. Musimy zakasać rękawy, odciąć się od mediów i ciężko pracować. Mądrze powiedziała po meczu Trevisan: „Zamknęłam ważny rozdział w moim życiu, teraz otwieram kolejny". Awans do półfinału turnieju Wielkiego Szlema nie jest małą rzeczą, ale to też pułapka. Człowiek zarobił trochę pieniędzy, zyskał popularność, wszyscy zaczęli o nim mówić...

Trudno się nie zachłysnąć?

Nasz naród jest głodny sukcesów i presja rośnie. Presja to oczywiście przywilej, mogą się z nią mierzyć tylko najlepsi.

O tym, że presja jest przywilejem, przekonywał swoich podopiecznych słynny koszykarski trener Doc Rivers.

To samo motto widnieje w tunelu na korcie Arthura Ashe'a. Tenis to sport przegranych. Tylko najlepsi umieją w jednym sezonie wygrać trzy albo cztery turnieje. Porażka to nasz chleb powszedni i jeśli ktoś nie umie się z tym pogodzić, to szybko popłynie. Iga gra świetnie, ale w kolejnym meczu może się nie udać. Dla nas będzie to jednak dzień jak każdy inny. Przeanalizujemy go, wyciągniemy wnioski i pójdziemy dalej. Gramy w sezonie 20 czy 25 turniejów. Organizmy zawodników są obciążone, balansujemy na krawędzi. To powód wielu kontuzji wśród tenisistów.

Zabraliście już Idze telefon i komputer, żeby odciąć ją od mediów?

Iga podczas turniejów nie korzysta zbyt często z telefonu, wolny czas poświęca raczej na czytanie książek. Teraz dodatkowo wyłączyła powiadomienia, zostawiła tylko te dotyczące komunikacji między nami. Wiem, że po powrocie do Polski ma zaplanowaną konferencję prasową. Później będzie miała wolne. Sezon się kończy, przyjdzie czas na odpoczynek i wakacje.

Brak publiczności na meczach jej pomaga czy przeszkadza?

Iga uwielbia publiczność. Dla niej największą przyjemnością w tenisie jest to, gdy może dać ludziom radość. Kiedy przegrała w Toronto z Naomi ?saką po wspaniałym widowisku, schodziła z kortu szczęśliwa. Powiedziała wtedy: „O to w życiu chodzi". Kiedy gra dobrze, a trybuny szaleją, to ją nakręca. Teraz początkowo było ciężko, musiała przywyknąć do nowej sytuacji. Kibiców nie ma, więc Iga poprosiła o większe wsparcie i dodatkową energię z boksu. Klaszczemy i kibicujemy, staramy się dodawać jej otuchy, ale nie jest łatwo. Jesteśmy przecież jej teamem, nie możemy przesadzać, musimy robić to ze smakiem.

Jak radzicie sobie z warunkami atmosferycznymi? W Paryżu jest zimno, wieje wiatr.

Największy problem to temperatura. Granie w chłodzie jest trudne, bo piłka odbija się inaczej, a ryzyko kontuzji wzrasta. Wiedzieliśmy jednak, na co się piszemy.

Organizatorzy turnieju zamienili w tym roku piłki Babolata na Wilsony. To robi różnicę?

Nie narzekamy. Iga bardzo lubiła Babolaty, ale Wilsony nie są gorsze. W obecnych warunkach pogodowych nie gra się nimi zbyt dobrze, ale moim zdaniem poprzednie byłyby jeszcze słabsze. Zimno sprawia, że piłki są sztywniejsze, a kozioł niższy, ale nie nabierają tyle wody co Wilsony, które bywały puchate.

Co wiecie o Nadii Podoroskiej, z którą Iga zagra w półfinale?

Jest w gazie. Odniosła w Paryżu osiem zwycięstw (musiała grać w kwalifikacjach – przyp. red.) i nie jest to jednorazowy wyczyn, bo bilans w całym sezonie ma bardzo dobry. Stylem gry przypomina Trevisan: nie odpuści żadnej piłki, będzie gonić za każdą. To charakterystyczne dla zawodniczek z Ameryki Południowej. One mają bieganie we krwi, inaczej niż Amerykanki z USA czy Francuzki. Na pewno nikt jeszcze nie zweryfikował Podoroskiej na poziomie, jakim jest półfinał turnieju Wielkiego Szlema. Pytanie, czy będzie w stanie zrobić to Iga.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA