Tenis

Wimbledon: Wygrywać w harmonii z samym sobą

Roger Federer w Wimbledonie wygrywał już siedem razy. Ostatnio w roku 2012.
AFP
Wimbledon wita: pełen słońca, zieleni, szampana i nadziei na wielki turniej. W poniedziałek gra Jerzy Janowicz, we wtorek Agnieszka Radwańska i Magda Linette.

Ta opowieść od lat zaczyna się tak samo – od udekorowanej w kolorach All England Lawn Tennis Club stacji metra Southfields, podobnie zielono-purpurowej drogi ze stacji do klubu, na szlaku jest jak zawsze sławna kolejka po bilety, przeniesiona zgrabnie za płot pobliskiego pola golfowego.

Przy bramach wejściowych do kas widać napisy: 25 funtów za wejście na teren Wimbledonu (i oglądanie w ścisku meczów na wszystkich bocznych kortach), 41 funtów za prawo wejścia na kort nr 2. Dostać się na kort centralny i kort nr 1 szans praktycznie nie ma, sprzedaż biletów była w styczniu.

Gruba lina

Słońce świeci, tzw. angielskie lato pokazuje swą najlepszą stronę, kto by się zatem przejmował słabnącym funtem, drożyzną i brexitem, gdy Andy Murray mówi rodakom, że wprawdzie ma trochę kłopotów ze zdrowiem, ale na obronę tytułu będzie gotowy.

Nie widać też napięcia w służbach ochrony. Wimbledon jest potężnie chroniony od lat, kamery i mikrofony potrafią wyłapać podejrzane gesty i szepty, bywało, że głupi żart w kolejce (namierzony z helikoptera) spowodował gwałtowną reakcję i aresztowanie żartownisia. Przy bramach jak zawsze rewizja plecaka, ale bez przesady. Stoiska z truskawkami, szampanem, pimms'em, piwem, rybą z frytkami, pizzą i kanapkami czekają.

Otwarcie wygląda dość zabawnie – gruba lina jest trzymana w napięciu przez ochronę. Powstrzymuje kilka tysięcy osób oczekujących w tłoku tuż za kasami. Gdy pada sygnał, lina opada i punktualnie na godzinę przed rozpoczęciem gier (w tym roku o 10.30 czasu lokalnego) tłum biegnie wybranymi ścieżkami, by zająć dogodne pozycje na ławkach między kortami. Gdy pozycja zajęta, można otwierać torebki z przekąskami i dzwonić do znajomych:

– Wiesz, właśnie jestem w Wimbledonie, o, idzie tu ta dziewczyna, co wygrała Roland Garros! No ta, Litwinka Helen Ostapchanka, czy jakoś tak podobnie.

Z brytyjskiego punktu widzenia zdecydowanie najważniejsze jest to, co mówi Murray. Wiadomo, że wedle tradycji wyjdzie na kort centralny jako pierwszy w poniedziałek o 13 (14 w Polsce). Zmierzy się z młodym Rosjaninem Aleksandrem Bublikiem, co dla miejscowych oznacza tylko dreszczyk emocji z powodu kompletnej niewiedzy o rywalu.

Szkot w niedzielę podał tak naprawdę dwie istotne informacje: pierwsza, że biodro jeszcze trochę boli, ale cała reszta jest na tyle zdrowa, by się przesadnie nie martwić. Druga: znów będzie ojcem.

O drugiej ciąży małżonki, pani Kim Murray z domu Sears, mówić wiele nie chciał (– To nie jest miejsce na takie tematy...). O swej formie fizycznej powiedział: – Ostatnie dni były dobre. Ćwiczenia codziennie szły lepiej. Jest może trochę tak jak w Paryżu, gdzie nie przyjechałem świetnie przygotowany, ale znalazłem sposób, by grać z meczu na mecz lepiej i podnosić wiarę w siebie. Mam nadzieję, że tak samo będzie tutaj.

Tajemnica Nadala

Inni kandydaci do głównych zaszczytów też się wypowiedzieli, był wśród nich Rafael Nadal, którego forma na trawie jest na razie tajemnicą. Hiszpan ma wreszcie zielone korty u siebie, na Majorce, tam się przygotowywał, rezygnując ze startu w Queen's.

Pokaz brutalnej siły na czerwonych kortach Rolanda Garrosa nie musi oczywiście oznaczać podobnej dominacji w Wimbledonie. Kolana Nadala trawy nie lubią, ale wciąż są chętni, by widzieć w Hiszpanie kandydata do zwycięstwa. Opinia zainteresowanego?

– Wiem, że zawsze jest trudno tu wygrać, ale Wimbledon wyzwala szczególne uczucia, to turniej, który uwielbiam. Jak zawsze, muszę wam jednocześnie przypomnieć, że to turniej, z którego mogę też bardzo wcześnie odpaść – rzekł hiszpański mistrz.

Dobra energia

Wysoko ocenia się szanse Rogera Federera, który dla misji „Wygrać ósmy raz Wimbledon" poświęcił sezon na kortach ziemnych. Porażka w pierwszej rundzie w Stuttgarcie z 39-letnim Tommym Haasem i zaraz potem efektowne zwycięstwo w Halle po 53-minutowym finale z Saszą Zverevem wyzwoliły liczne, niekoniecznie spójne opinie.

Zachwytów jest teraz oczywiście znacznie więcej. Sukces w Halle wyniósł Szwajcara na trzecie miejsce rozstawienia, więc najtrudniejszych rywali dostanie późno.

Wyglądał na treningu znakomicie. – Próbuję po prostu włożyć całą dobrą energię w każde ćwiczenie, ma być krótko i efektywnie. Potem odpoczynek, który daje pewność, że wyjdę na kort świeży i z właściwym nastawieniem. Nie chcę żadnej łaskawości rywali, chcę atakować, grać agresywnie od startu, przypomnieć wszystkim akcje serwis-wolej – mówił podczas konferencji prasowej, co odczytano jako ważny sygnał.

Jest też uśmiechnięty szeroko Novak Djoković, który po zwycięstwie w Eastbourne (to pierwszy raz od 2010 roku, gdy zagrał w turnieju ATP przed Wimbledonem) wygląda, jakby z pleców zdjęto mu worek węgla. Wygrana nad kanałem La Manche i w Wimbledonie to jednak dwie różne sprawy. Serb, z Andre Agassim u boku, musi dowodnić, że głód zwycięstwa wrócił na dłużej. Także to, że możliwe jest mieć w sobie nerw wojownika i jednocześnie rozsyłać wokół sygnały miłości do świata, co niekiedy wydaje się sprzeczne. – Wygrywać w harmonii ze sobą – brzmi teraz hasło Novaka i ciekawe, co przyniesie.

W turnieju męskim oczekuje się także fajerwerków od Marina Cilicia, Milosa Raonica (niekoniecznie od Stana the Mana Wawrinki) oraz od młodszego pokolenia: Aleksandra Zvereva, Dominika Thiema.

Roger Federer pytany o tych młodszych, najpierw spytał, gdzie jest granica młodości, jak dowiedział się, że na trzydziestce, dodał do listy turniejowych nadziei Kei Nishikoriego, Grigora Dimitrowa i Nicka Kyrgiosa.

Bezkrólewie

Turniej kobiecy, jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, bez Sereny Williams i Marii Szarapowej wielkich faworytek nie ma. Są oczywiście zwolennicy czeskiej szkoły w postaci Petry Kvitovej (– Ja największą bitwę już wygrałam – powiedziała w Wimbledonie, mając na myśli powrót do zdrowia po ataku rabusia nożownika) i Karoliny Pliskovej, jest grupa wspierająca wysiłki Simony Halep i jej chęć wygrania pierwszego turnieju wielkoszlemowego.

Inni widzą oczyma wyobraźni odrodzenie ubiegłorocznej finalistki Andżeliki Kerber, cenią wytrwałość Karoliny Woźniackiej albo rozbłysk nowych gwiazdek w osobach Eliny Switoliny czy nieustraszonej Jeleny Ostapenko (choć ta tenisistka wielu głosów na razie nie zbiera).

Ma swoich zwolenników Wiktoria Azarenka, choć na Majorce zaliczyła falstart. Wymieniać liczne inne kandydatki do wygranej można dziś śmiało (Brytyjczycy: Johanna Konta), prawdopodobieństwo trafienia jest spore. Tegoroczny Wimbledon musi godzić się z taką rozmytą prognozą, kto wie, czy to nie będzie główna zaleta turnieju kobiet.

Zaczyna Janowicz

Polskie mecze rozpocznie dziś Jerzy Janowicz. Zagra z Denisem Shapovalovem w poniedziałek o 12.30 czasu polskiego na nieco odległym od głównych aren korcie nr 7. Stawka jest przyzwoita: awans do drugiej rundy i przeskok z poziomu 35 do 52 tys. funtów premii.

Shapovalov w kwietniu skończył 18 lat, wygrał w ubiegłym roku wimbledoński turniej juniorów, dostał dziką kartę, ma mocne miejsce wśród promowanych przez ATP Tour młodych gwiazd cyklu #NextGen. Wśród dorosłych gwiazd oznacza to 164. miejsce rankingowe, kilka tegorocznych spotkań w głównym cyklu rozgrywkowym i mozolne budowanie kariery w challengerach.

Drogę do sportu miał niebanalną: rodzice wyemigrowali ze Związku Radzieckiego do Izraela (tata siatkarz, mama Tessa, pierwsza trenerka, była kiedyś tenisową wicemistrzynią kraju, potem sięgnęła 301. pozycji w deblowym rankingu WTA i 445. w singlowym).

Denis urodził się zatem w Tel Awiwie, z którego cała rodzina szybko wyjechała do Toronto i tam osiadła. W Kanadzie karierę Denisa wspomagał m.in. Andrzej Kępiński, znany menedżer i promotor organizujący w latach 80. głośne pokazowe mecze największych sław tenisa. Shapovalov jako miejsce zamieszkania podaje dziś Nassau na Bahamach, co też brzmi dobrze. Z Janowiczem grał raz i wygrał po trzech zaciętych setach półfinału marcowego challengera w Guadalajarze.

Dodawanie czegoś więcej

Polak – wiadomo, że niewiele wiadomo. Miał na trawie niezły występ i ćwierćfinał w Stuttgarcie, potem porażkę w eliminacjach w Eastbourne. W Wimbledonie po raz ostatni korzysta z tzw. rankingu zamrożonego, po Londynie musi żyć i grać z rankingiem, jaki przyniesie los. Albo oznacza to powrót do świata challengerów, albo ponowną obecność w turniejowej elicie. Do tego jednak trzeba trochę więcej niż jedna wygrana z obywatelem kilku światów, Denisem Shapovalovem.

O Agnieszce Radwańskiej (walczy na starcie z Jeleną Janković) i Magdzie Linette (gra z Bethanie Mattek-Sands) będzie jeszcze czas napisać (obie zagrają we wtorek), na razie można było obejrzeć ich treningi. Wyciągnąć wnioski z pracowitej godziny w słońcu jednak trudno, namówić na rozmowę po tej pracy – tym bardziej.

Można tylko po reportersku poinformować, że najlepsza polska tenisistka bardzo się przykładała, trenowała w upale returny po mocnych serwisach Dawida Celta, że grała ładne akcje serwis-wolej, return-atak, że fizjoterapeuta Krzysztof Guzowski był cały czas blisko.

Tomasz Wiktorowski dyplomatycznie wspomniał, że widzi światełko w tunelu. – Obecna praca to już nie tyle odbudowywanie straconej z powodu chorób dyspozycji, ile dodawanie czegoś więcej, ale jak zawsze najbliższy mecz zweryfikuje nasze nadzieje – stwierdził krótko trener.

2,2 miliona funtów

Oglądanie akcji na kortach treningowych dzień przed otwarciem turnieju to swoją drogą bardzo atrakcyjny przegląd świata wielkiego tenisa. Może dlatego media mają ograniczenia – do 40 minut na jedno wejście (wyłączywszy dziennikarskich wimbledońskich weteranów – posiadaczy własnego krzesełka na korcie centralnym, którzy mogą być tyle, ile chcą).

Na niewielkiej przestrzeni można spotkać dziesiątki obecnych i dawnych gwiazd, trenerów i ich pomocników, dostrzec ochy, achy, powitania, głośną wymianę uprzejmości lub ostentacyjne omijanie nielubianych postaci. Można zobaczyć, kto idzie z wysoko podniesioną głową, kto przemyka niepewnie pod ścianą. Ten test Agnieszka zdaje nieźle, wimbledońskie okoliczności dodały jej trochę wigoru.

Widocznych nowości w architekturze Wimbledonu tym razem nie ma wiele, zniknął kort nr 19, przeznaczony w przyszłości na strefę kibicowskiego relaksu. Kształtu przyszłego dachu nad kortem nr 1 można się tylko domyślać, roboty zostały wstrzymane.

W muzeum Wimbledonu czekają Venus Rosewater Dish i Gentlemen's Singles Trophy – złocisty talerz i puchar wręczane najlepszym w turniejach singlowych. Na nich czeka też splendor, sława i po 2,2 mln funtów na czeku.

Kolejka oficjalnie uformowała się od 20. w niedzielę. Wszystko gotowe, zaczyna się kolejny rozdział 140-letniej historii tenisa przy Church Road, London, SW19.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL