fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Żukowski: Porozumieć się ze sobą

AFP
Tenis to sport, w którym normą jest raczej ustatkowany zawodowiec dbający o konto, wizerunek i ścieżkę kariery niż buntownik z szaleństwem w oczach. Taki jak Nick Kyrgios.

W Miami w meczu z Chorwatem Borną Coriciem Australijczyk kolejny raz pokazał, że tenis go nudzi, że gra, bo musi, a tak naprawdę chciałby być gdzie indziej i robić co innego. Świadczyła o tym już rozgrzewka, podczas której nawet nie udawał, że chce się rozgrzać. Mecz (przegrany, pomimo zwycięstwa w pierwszym secie) był w wykonaniu Australijczyka dalszym ciągiem spektaklu mającego świadczyć, że zwycięstwo nie jest jego pierwszorzędnym celem. Zdarzyło mu się nawet kibicowi sugerującemu, że może zamiast się wygłupiać, zacząłby grać, odpowiedzieć zwięźle: „Spier...", i pójść w stronę krzesełka, zanim Corić uderzył w piłkę przy serwisie.

Kyrgios nie jest pierwszym tenisowym nonkonformistą. Bywało nawet gorzej, prawie w każdym pokoleniu zdarzało się kilku graczy chamów; niektórzy z tego wyrastali, jak Jimmy Connors czy John McEnroe, inni pozostali źle wychowani, jak Ilie Nastase.

Amerykańscy bracia Luke i Murphy Jensenowie (triumfatorzy Roland Garros 1993 w deblu) wyglądali jak harleyowcy i chcieli zarabiać – głównie w ojczyźnie – wprowadzając „rock and roll tennis". Dziś już nikt o nich nie pamięta, może oprócz tego, że Murphy był oburęczny i serwował ręką lewą lub prawą w zależności od strony kortu.

Wielkoszlemowe turnieje, wychodząc naprzeciw potrzebom publiczności, od lat organizują rozrywkowe imprezy z udziałem dawnych asów – podczas nich gwiazdą jest Francuz pochodzenia irańskiego Mansour Bahrami prezentujący cyrkowe sztuczki.

Może właśnie ta potrzeba, by trochę ubarwić aseptyczny tenis, sprawia, że zachowanie Kyrgiosa nie jest jednoznacznie potępiane. Nie brakuje ludzi pamiętających przede wszystkim jego fantastyczne zagrania i twierdzących, że niezbyt smaczne facecje to cena, jaką można zaakceptować w zamian za geniusz.

Właśnie oni narzekają, że Hubert Hurkacz jest za grzeczny, wymagają od niego większego ognia. Przeszkadza im spokój dobrze wychowanego chłopaka, nie uznają za cenne tego, co komentator Polsatu Sport Tomasz Tomaszewski tak ładnie nazwał „wewnętrzną radością", i wskazują – być może nie bez racji – że grzeczni w sporcie mają trudniej. Ale ja zdecydowanie wolę grzecznych, nawet jeśli ich postawa wydłuża drogę do triumfu.

Kyrgios jest na drugim biegunie. On powinien porozumieć się ze sobą, by szaleństwo nim nie kierowało. Jeśli się nie zmieni, ludzie wciąż będą przychodzili na jego mecze, oczekując w równym stopniu na wygłupy i genialne zagrania, ale do historii tenisa raczej nie przejdzie jako wielkoszlemowy triumfator.

Aby stało się inaczej, Kyrgios nie musi robić nic poza jednym: uznać, że mu zależy. Być może sam sobie z tym nie poradzi, być może w ogóle sobie z tym nie poradzi, gdyż wraz z talentem – jak to często bywa u artystów – dostał od natury gen autodestrukcji. Ale powinien spróbować, nawet poprosić o pomoc, bo przykro patrzeć na to, jak kopie sobie na korcie sportowy grób.

Buntownicy mają swój urok, wie to każdy, kto widział na ekranie młodego Marlona Brando czy Zbigniewa Cybulskiego, ale sport to nie kino i sportowiec, który pomyli te dwa spektakle, pozostanie w pamięci co najwyżej jako komediant.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA