fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Jana Novotna nie żyje. Pamiętne łzy

?Jana Novotna wygrała Wimbledon 1998 i 16 wielkoszlemowych tytułów w deblu i mikście
pap epa
Zmarła w niedzielę Jana Novotna na zawsze pozostanie symbolem kruchości kobiet na korcie. Jej przegrany finał Wimbledonu 1993 to już legenda.

Sławny obrazek pokazujący Novotną wypłakującą żal na ramieniu księżnej Kentu przylgnął do czeskiej tenisistki na zawsze.

Był to jeden z największych sportowych upadków roku, a w tenisie może nawet dekady. Nieczęsto traci się tytuł wielkoszlemowy, prowadząc 4:1, 40-30 w decydującym secie i mając serwis.

Nieważne, że rywalką była Steffi Graf, że Niemka grała świetnie. Etykieta przylgnęła do Jany mocno. Tłumaczenia, że zawiodła taktyka, a nie nerwy, że klasyczna gra serwis-wolej, którą prezentowała Czeszka, wymagała dużego ryzyka, nie pomogły.

W kolejnych meczach Novotnej czekano na efektowne załamania i to życzenie się spełniało. „No-No Novotna”, była artystką kortowych załamań z „Chokesłowacji”, jak pisano od angielskiego słowa „choker” – jakim określa się nieumiejących wygrywać w decydujących momentach.

Wypominano jej porażkę z nastoletnią Chandą Rubin w Roland Garros, gdy prowadziła 6:7, 6:5, 5:0, 40-0 i miała dziewięć piłek meczowych. Podobnie odebrano przegrany z 16-letnią Martiną Hingis finał Wimbledonu w 1997 roku (w trzecim secie Novotnej brakowało jednego punktu do prowadzenia 3:0).

Miała być gimnastyczką

Gdy rok później w końcu wzięła w ręce Venus Rosewater Dish, złocisto-srebrną paterę mistrzyń wimbledońskich, po wygranej z Nathalie Tauziat, cały kort centralny był po stronie Czeszki. Nie tylko dlatego, że Francuzka, mówiąc uczciwie, grała zawstydzająco nudny tenis.

Czy to jedyne wielkoszlemowe zwycięstwo w singlu przesłoniło płacz sprzed lat? Nie wszyscy są tego pewni, nawet jeśli na drugiej szali leżą 24 tytuły singlowe w turniejach WTA (wśród nich sukces w Masters) i 76 deblowych, 16 tytułów Wielkiego Szlema w deblu (z Heleną Sukovą) i mikście, również dwa medale olimpijskie. Może dlatego, że Jana nigdy nie była przebojowa, nie dbała przesadnie o rozgłos.

W zasadzie miała być gimnastyczką. Do chwili, gdy jej trener w Brnie odkrył, że tata ma prawie 2 metry wzrostu, przestraszył się ojcowskich genów i tak ośmioletnia dziewczynka po raz pierwszy skończyła karierę. Drugą, tenisową, zaczęła zaraz potem, za sugestią mamy Liby. Odbijanie piłek bardzo spodobało się Janie, tylko przegrane przyjmowała od zawsze z płaczem.

– Tenis jest fair: nie trzeba lać łez po porażkach, bo one uczą tak samo jak zwycięstwa. Jeśli znów cię zobaczę spłakaną, nie pozwolę ci grać – straszyła mama, co powodowało szybkie osuszenie policzków dziecka. Jak przyznała po latach już dorosła tenisistka, płakała wtedy, gdy nikt nie widział.

Nie była nastoletnim zjawiskiem czeskiego tenisa, nikt nie nakładał na nią wielkiej presji. Po prostu rosła w siłę w naturalnym tempie. Nie miała też mocnego, wrodzonego instynktu wygrywania, takiego jak Steffi Graf czy Monica Seles.

Hana Mandlikova (długoletnia trenerka, jedna z tych, które rozsławiły czeski tenis, w latach 80. wygrała dwa razy Australian Open, po razie Roland Garros i US Open) musiała przypominać Janie przed każdym meczem, by zrobiła wszystko dla zwycięstwa.

Po latach oceniała: – Ona była za miła, by pokonać największe rywalki, niewystarczająco agresywna. W sytuacjach, w których był czas na instynkt i prostotę, Jana zaczynała myśleć i szukała komplikacji – mówiła, dodając, że wszystkie osiągnięcia Novotnej wynikały z ciężkiej pracy, a nie nadzwyczajnego talentu. Jana nigdy nie potwierdziła teorii o strachu przed wygrywaniem. Przyznawała się tylko do nieustannych obaw przed lataniem samolotami.

Kto przypuszczał, że sukcesy wzięły się z zapatrzenia w Navratilovą, że to przedłużenie „czeskiej szkoły tenisa”, może być zawiedziony. Stałą odpowiedzią Novotnej na pytanie o początki w tenisie było zdanie: – Nie miałam żadnych marzeń ani celów. Zajęłam się grą dla zabawy.

Novotna była młodsza od Navratilovej o 12 lat. Gdy odbijała pierwsze piłki w Brnie, Martina zaczynała swój amerykański sen, więc w komunistycznej ojczyźnie telewizja i prasa nie mówiły o niej wiele. – To był czas jej ucieczki, więc wiele o niej nie słyszałam. Nigdy nie spotkałyśmy się w Czechosłowacji – powtarzała w wywiadach.

Historia robi swoje

Nie jest łatwo wytłumaczyć, jak to się dzieje, że przez kilka kolejnych dekad nieduży kraj środkowej Europy wypuszcza w świat utalentowane tenisistki wychowywane w różnych okresach historycznych. Lata Novotnej i wcześniejsze mają lepsze wytłumaczenie: tenis dawał zdolnym dziewczynom szansę godnych zarobków i wybicia się w świat. Był szansą wzięcia spraw we własne ręce, nawet jeśli wymagało to sporych poświęceń rodziny.

– Historia, mimo wszystko, robi swoje. W Czechosłowacji to od dawna był popularny sport. Byli świetni gracze i trenerzy, można było się od nich uczyć – twierdzi Petr Pala, obecny kapitan Czech w Pucharze Federacji.

Hana Mandlikova, która w 1988 roku wyjechała za mężem do Australii (potem zamieszkała na Florydzie), twierdzi, że czeskie sukcesy to wciąż „ogromny entuzjazm rodziców, ich finansowe i czasowe poświęcenie”. Kiedyś, rzeczywiście, dobre wyniki na kortach pozwalały na wyjazd na Zachód, zarobienie waluty, zakupy w Tuzeksie. Czechosłowacka, potem czeska szkoła tenisa, w szczególności kobiecego – wedle pani Hany nie istnieje.

W 1998 roku, gdy Jana Novotna w końcu podbiła Wimbledon, telewizja czeska mogła już bez przeszkód pokazywać, jak to było. W tamtym roku Petra Kvitova miała 8 lat, Lucie Safarova 11, Karolina Pliskova 6, Barbora Strycova 12, Lucie Hradecka 13. Zapewne wszystkie patrzyły w ekran telewizora.

Sport lubi dopisywać życiu przekorne pointy. Czeski tenis kobiecy pod tym względem też nie zawodzi. Navratilova wspominała, że jej babcia wygrała kiedyś w krajowym turnieju z matką Very Sukovej. Vera, jako główna trenerka kadry kobiecej Czechosłowacji, była jedną z tych osób, które zapłaciły za ucieczkę Martiny do USA.

Czeskie gwiazdy

Helena Sukova, córka Very, jako mała dziewczynka podawała piłki Martinie podczas turnieju w Pradze. W 1984 roku w Australian Open na kortach Kooyong w półfinale wygrała z wielką Martiną, przerywając jej niezwykłą serię 76 meczów bez porażki.

W 2011 roku w Wimbledonie na jeden z kortów wyszły zagrać mecz w ramach turnieju kobiecych legend: z jednej strony Jana Novotna z Martiną Navratilovą, z drugiej Helena Sukova z Węgierką Andreą Temesvari. Kilka dni później na korcie centralnym Petra Kvitova zwyciężyła Marię Szarapową.

Czeski kobiecy tenis wciąż ma się znakomicie, produkuje kolejne gwiazdy, ale tak jak Jana Novotna po porażce w finale Wimbledonu żadna z nich nas nie wzruszyła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA