fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Hieronim Bosch: Malarz ludzkich przywar

„Sąd Ostateczny” – jedno z największych dzieł Hieronima Boscha – powstał około 1482 roku.
Gemäldegalerie
Rok Hieronima Boscha zamyka wystawa w wiedeńskiej Galerii Malarstwa poświęcona monstrom.

Relacja z Wiednia

Hieronim Bosch zmarł 500 lat temu, co w Holandii uczczono trzema wystawami, na które peregrynowały tłumy. Nie było łatwo, obrazów mistrza z gwarantowaną atrybucją zachowało się zaledwie 25, do tego kilka rysunków. Jubileuszowe pokazy zainaugurowano w 's-Hertogenbosch, mieście, gdzie geniusz urodził się, żył i zmarł.

Następnie pałeczkę przejęło madryckie Prado, tam jest najwięcej jego dzieł zakupionych przez Filipa II Habsburga. Cykl zamyka pokaz w Wiedniu, zogniskowany wokół „Sądu Ostatecznego", dumy tamtejszej Galerii Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych.

Tematyka tej ekspozycji podana w tytule: „Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha". I nie tylko w jego dziełach, również w dawnych kronikach, w poszukiwaniach współczesnych artystów oraz... eksperymentach genetyków.

Niderlandzki mistrz był nieodrodnym dzieckiem epoki pierwszych zamorskich wypraw i geograficznych odkryć, ale swą wizją wyprzedzał XX-wieczne naukowe doświadczenia. To pierwsza refleksja z wiedeńskiej wystawy: jak on zdołał połączyć średniowiecze z erą komputerów? Jak mógł być tak strasznie naiwny i tak zdumiewająco odkrywczy, profetyczny?

Myślę, że właśnie za to kochamy Boscha. Za unaocznienie tego, co ludzkie, choć naganne. Za zobrazowanie słabości charakteru, które nie są nam obce: chciwość, pycha, żądza władzy, tchórzostwo, lizusostwo. A także – seksoholizm, łakomstwo, opilstwo, folgowanie zachciankom. Bez względu na epokę człowiecze przywary pozostają bezmienne.

Tylko mistrz z Den Bosch umiał pokazać zło w sposób wieloznaczny. Śmiesznie i strasznie, fascynująco i obrzydliwie. Nie pokazywał ludzi postępujących wbrew nakazom Dekalogu, lecz nadał cielesność grzechom i występkom. Stworzył galerię kreatur, które na jego obrazach wchodzą ze sobą w interakcje, niejako odwracając uwagę od głównych tematów przedstawień.

Oto „Sąd Ostateczny", jedno z największych gabarytami dzieł Boscha. Stanęłam teraz ponownie przed tym ołtarzem, powstałym około 1482 roku, więc dekadę przed odkryciem Ameryki przez Kolumba.

Jego – i nie tylko jego – wyobraźnię pobudzały opowieści marynarzy, „naocznych świadków" dziwów nieznanych, niespotykanych w Starym Świecie. Inspirowały go kroniki z tych eskapad i „naukowe" katalogi stworzeń zamieszkujących antypody.

W wiedeńskiej Akademii zaprezentowano niektóre z tych opracowań. I tak w „Światowej kronice" Hartmanna Schedla z Norymbergi (koniec XV wieku) oglądamy „portret" jednonogiej, acz humanoidalnej istoty, poruszającej się na owej „łapie" zwieńczonej gigantyczną stopą z niewiarygodną szybkością.

Pół wieku później francuski rysownik François Desprez stworzył wizerunek pokrewnego monstrum: kobiety-cyklopa, wyposażonej w sześciopalczaste kończyny.

W kontekście tych rewelacji, kolportowanych w „uczonych" księgach i na pojedynczych grafikach, popularnym jarmarcznym towarze (jak eksponowany w Wiedniu drzeworyt Mathiasa Gerunga, wyobrażający kobietę-diabła), wizja Boscha nie wydaje się szokująca, ani odosobniona.

Biedni, okaleczeni

Na dodatek koniec XV i początek następnego stulecia dla mieszkańców Europy był okresem znojów, trosk i lęków. Wojny, zarazy, kataklizmy i pożary wiele rodzin pogrążało w biedzie, niejednego trwale okaleczały i wyrzucały na społeczny margines.

Na obrazach Boscha oglądamy galerię poszkodowanych przez los nieszczęśników. Okaleczeni żebracy i włóczykije, degeneraci i opętani. Czasem nie sposób odróżnić, co malarz widział na własne oczy, a co dodał od siebie.

Wpatruję się w „Sąd Ostateczny" i zastanawia mnie podobieństwo scen rozgrywających się na ziemskim padole z torturami, którymi w piekle męczy się grzeszników. W raju również nie dzieje się dobrze, Adam i Ewa są właśnie wyrzucani za wiadomą konsumpcyjną niesubordynację, a zbuntowane anioły strącane z niebiańskich wyżyn na ziemski padół. I już w locie przeobrażają się w demony...

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda taki diabełek, ma okazję: anonimowy XVI-wieczny dowcipniś skonstruował malutkiego bazyliszka z wysuszonych rybich łusek i błon.

Skoro o transformacjach mowa, to na wystawie znalazł się męski portret pędzla Giuseppe Arcimbolda. Swoim zwyczajem ulubiony malarz Rudolfa II „ulepił" głowę z zadziwiających elementów. Na ludzkie oblicze złożyły się tu różne bydlątka, od swojskich poprzez zwierzynę łowiecką po egzotyczne, jak słoń czy lew. W ten sposób Arcimboldo zaznaczał, że człowiek jest panem wszelkiego stworzenia.

Bosch inspirował

Niektórzy naukowcy potraktowali to dosłownie, bo nieco dalej widzimy... zdjęcie Dolly, słynnej sklonowanej owieczki. A obok – dokonanie niejakiego Stelarca, współczesnego artysty australijskiego, który przeszczepił sobie na przedramię trzecie ucho. Stelarc poświęcił się działaniom artystyczno-chirurgicznym, ofiarnie eksperymentując na sobie samym. O ile mniej ryzykowne było malowanie czy rzeźbienie rozmaitych wynaturzeń!

Przykładem naczynia ulepione przez włoskiego rzeźbiarza Federica Bonaldiego, mistrza ceramiki zmarłego dwa lata temu. Jednak garnki w kształcie głowonogów o wielkich oczach i wyszczerzonych zębach bardziej bawią, niż straszą.

Najważniejsze: dawne monstra umoralniały, przestrzegały przed grzesznym życiem. Natomiast obecne próby negowania praw natury są świadectwem ludzkiej pychy.

Bo najbardziej przerażające demony są w nas.

Wystawa do 29 stycznia 2017

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA