fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Haszczyński: Nie wystarczy zaśpiewać, by poprawić stosunki z Polską

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Litewscy politycy, zamiast przyjąć ustawy korzystne dla mniejszości narodowych, próbują zrobić jakiś gest, który się spodoba Prawu i Sprawiedliwości.

Przywódcy obu krajów, kiedyś składający sobie dziesiątki wizyt, teraz, poza międzynarodowymi spotkaniami, się nie widują, zgromadzenie parlamentarne obu krajów nie działa. Chłód w stosunkach między Warszawą a Wilnem panuje już od lat. Pojawił się dużo wcześniej niż Moskwa, anektując Krym i wywołując wojnę na wschodzie Ukrainy, pokazała, do czego jest zdolna w naszym regionie. Niektórym się wydawało, że wspólne zagrożenie ze Wschodu doprowadzi do ocieplenia. Tak się nie stało.

Powód jest ciągle ten sam: mniejszość polska na Litwie. A ściślej niechęć polityków litewskich do przyjmowania prawa uwzględniającego jej potrzeby. Czy też chęć do ograniczania ich praw (największym wstrząsem była zmniejszająca zakres nauczania w języku mniejszości ustawa oświatowa z 2011 r.).

Zmiana polega na tym, że teraz politycy litewscy zrozumieli, że spora część Polaków jest pod wpływem kremlowskich mediów.

W Sejmie litewskim, mimo że zmieniają się jego barwy – raz jest bardziej lewicowy, raz bardziej prawicowy, raz populistyczny – w sprawach mniejszości narodowych wciąż dominuje ponadpartyjna większość nacjonalistów.

Skoro nie da się przegłosować nawet najskromniejszego projektu, o którym od biedy można by powiedzieć, że jest korzystny dla litewskich Polaków, w głowach polityków dostrzegających, w jakim regionie świata leży Litwa, rodzą się pomysły pozyskania sympatii Warszawy. Ta metoda też ma długą tradycję.

20 lat temu Vytautas Landsbergis, najważniejszy polityk konserwatywny, pierwszy przywódca odrodzonej Litwy, wywoływał łzy i brawa w polskim Sejmie, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła, póki Żmudź istnieje". Była to wersja Mazurka Dąbrowskiego wykonywana przez litewskich powstańców listopadowych. W 2013 roku centrolewicowy szef dyplomacji Linas Linkevičius (jest nim do dzisiaj) przepraszał, zresztą w rozmowie z „Rzeczpospolitą", za swoich kolegów posłów, którzy podczas ostatniej wizyty Lecha Kaczyńskiego, tuż przed katastrofą smoleńską, odrzucili korzystny dla mniejszości polskiej projekt pisowni nielitewskich nazwisk. „To wielki wstyd. Prezydent Kaczyński był wielkim przyjacielem Litwy" – dodał.

Teraz konserwatyści przedstawili projekt rezolucji wyrażającej pełne poparcie dla wznowionego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Trudno nie dostrzec, że jest to skierowane do Jarosława Kaczyńskiego.

Również konserwatyści przodują w poselskiej Grupie 3 Maja, która stawia sobie za cel poprawę stosunków z Warszawą. Warto dodać, że konserwatyści są teraz w opozycji, ale wiele lat rządzili. – Dlaczego nie przedstawialiście projektów dla litewskich Polaków, takich jak retransmisja programów TVP, gdy byliście u władzy, lecz czekaliście, aż Putin zajmie Krym? – spytałem podczas niedawnego spotkania w Wilnie szefa grupy, byłego premiera Andriusa Kubiliusa.

– Jeżelibyśmy byli mądrzy we wszystkich kwestiach, to żylibyśmy dziś jak Niemcy lub Brytyjczycy. Nie dostrzegaliśmy problemu, wyglądało, że wszystko rozwija się normalnie. To wymagało czasu, by dostrzec miękką siłę Rosji Putina – odpowiedział Kubilius.

Jednak zagrożenie rozgrywania Polaków na Litwie przez Moskwę istniało, zanim na Kremlu pojawił się Putin. Znalazłem w archiwum własny tekst o tej połączonej ze śpiewaniem „Jeszcze Polska" wizycie Landsbergisa w polskim Sejmie w lutym 1997 r. Padło pytanie, czy nie sądzi, że rosyjskie służby celowo psują stosunki polsko-litewskie. Odpowiedział, że nie chciałby spekulować, wolałby mieć informacje.

Wiadomo, co trzeba zrobić, by ich dalej nie psuć, i nie oglądać się na Putina. Wystarczy, by 71 ze 141 posłów litewskiego Sejmu zagłosowało za projektem korzystnym dla mniejszości. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA