fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Smolar: Donald Trump jest groźny, bo nieprzewidywalny

www.flickr.com
Nie ma zaplecza intelektualnego, a swój pomysł na prezydenturę buduje na niechęci do establishmentu waszyngtońskiego - mówi Eugeniusz Smolar

Rzeczpospolita: Z punktu widzenia polskich interesów, który z amerykańskich kandydatów na prezydenta jest lepszy ?

Eugeniusz Smolar: Odpowiedź jest trudna. Hillary Clinton jest dość przewidywalna, jej polityka (gdy była sekretarzem stanu) różniła się od polityki prezydenta Obamy tym, że przejawiała większy aktywizm, gotowość do działania w imię interesów i wartości. Również w sprawie europejskich problemów bezpieczeństwa.

Reagując na tradycyjną, sięgającą dziesięcioleci amerykańską ideę rozpowszechniania demokracji w świecie, często przy użyciu sił zbrojnych, po fatalnych doświadczeniach polityki George W. Busha i okupacji Iraku, Barack Obama mówił: „nation building starts at home", czyli budowa potęgi USA powinna zacząć się od rekonstrukcji gospodarczej: przestarzałej infrastruktury, struktury społecznej itp., w których to dziedzinach wiele krajów – w tym Europa – prześcignęły Stany Zjednoczone w ostatnich dekadach.

A Clinton reprezentowała tradycyjna politykę tzw. liberalnych interwencjonistów którzy uważają, że bezpieczeństwa USA nie można zapewnić bez silnej obecności w świecie, bez angażowania, gdy trzeba, sił zbrojnych i współpracy z sojusznikami.

Ale to przy niej nie udała się próba rozmieszczenia tarczy antyrakietowej w Polsce i to ona prowadziła politykę „resetu" z Moskwą.

Nie zapominajmy, że amerykański system polityczny jest systemem prezydenckim.

Bardzo wielu ekspertów uważało, że niezależnie od tego kto jest prezydentem, to w tym kraju istnieje niezwykle silny establishment związany z polityką zagraniczną i bezpieczeństwa (dyplomacja, wojsko, służby wywiadowcze, część biznesu, ośrodki analityczne), który stabilizuje politykę USA i zapewnia jej kontynuację. Ale rządy George'a W. Busha pokazały, że osoba prezydenta jest kluczowa i prezydent jest w stanie – wbrew establishmentowi – prowadzić swą politykę. Doprowadziło to do wielu niepowodzeń. Wojna w Iraku szczególnie, ale i wojna w Afganistanie, są przykładami tego, że prezydent siłą posiadanych kompetencji jest w stanie egzekwować politykę, która nie przynosi korzyści ani USA, ani jego sojusznikom. W tym i Polsce, bo uczestniczyliśmy w obu tych wojnach.

Polityka „resetu" była polityką prezydenta Obamy – z tym, że ona się z nią zgadzała. Przy tym należy przypomnieć, że to był okres kiedy nie znane były jeszcze konsekwencje powrotu Władimira Putina na Kreml jako prezydenta. Pamiętano jego poprzednią kadencję, kiedy stosunki USA, NATO i Zachodu z Rosją były oparte na zasadzie współpracy. Zatem polityki „resetu" nie można traktować jako zarzutu. Raczej jako inwestycję czy wyraz nadziei, które skończyły się tak, jak się skończyły. Nie ze względu na Amerykanów, lecz na politykę prezydenta Putina i Rosji.

Hillary Clinton jest bez wątpienia osobą znakomicie przygotowaną do sprawowania swego urzędu (jeśli chodzi o znajomość polityki międzynarodowej). Pozytywnie odnosi się do Europy i europejskich sojuszników oraz żywi zdrowy sceptycyzm wobec rosyjskiej polityki. Wielokrotnie wypowiadała się bardzo krytycznie na temat roli Federacji Rosyjskiej w Gruzji, na Ukrainie i w sprawie zagarnięcia Krymu.

A Donald Trump?

To jest jedna wielka niewiadoma. Mówi bardzo wiele, ale nie układa się to w żaden system. Do dzisiaj nie ma grupy doradców w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa (tzw. foreign policy team). Nie ma znanej, doświadczonej osoby, którą można by uznać za „twarz" jego polityki, poza samym Trumpem, który mówi dużo różnych rzeczy, przeważnie w niezwykle agresywny sposób. Pochopnym byłoby jednak wyciąganie zbyt daleko idących wniosków z jego wypowiedzi.

Z drugiej strony nie można lekceważyć tych wypowiedzi, bo jest to dla obserwatorów jedyny punkt odniesienia. A głosi: „uczynimy Amerykę znów wielką" i niesłychanie agresywnie odnosi się do światowych podmiotów polityki zagranicznej. Mówi na przykład: „Załatwimy Chiny, nie pozwolimy im na gospodarcze wykorzystywanie Stanów Zjednoczonych" zapominając o tym, że zależności są wzajemne. Od współpracy gospodarczej z Chinami i od tego czy Pekin nadal będzie kupował amerykańskie papiery dłużne zależy finansowa stabilizacja nie tylko USA, ale i całego świata.

Intrygująco jakby parafrazuje Obamę i jego „kierowanie z tylnego siedzenia" („leading from behind"), powiązane z ograniczonym interwencjonizmem USA na świecie. Kilkakrotnie dopytywał się na przykład: „Gdzie są ci nasi bogaci sojusznicy?", „Gdzie jest Europa, która sama powinna być odpowiedzialna za swoje bezpieczeństwo? My Europie pomożemy, ale Niemcy, Francja, Wielka Brytania to są bardzo bogate kraje i powinny więcej robić dla bezpieczeństwa Europy. A gdy to zrobią, to my im pomożemy". Równie brutalnie wypowiedział się na temat amerykańskich sojuszników w Azji, co wywołało tam ogromne zaniepokojenie. Dosłownie: „Południowa Korea to bardzo bogaty kraj i najwyższy czas, by nasi sojusznicy – jeśli chcą mieć nasze bazy na swoim terytorium i nasze gwarancje bezpieczeństwa – płacili za nie".

Od kilkunastu lat różni, amerykańscy przywódcy ale i sekretarze generalni NATO mówili, że Europa powinna zrobić więcej dla swego bezpieczeństwa i całego regionu. Ale nie było do tej pory kandydata na prezydenta (i prezydenta), który by tak ostro stawiała kwestię współpracy z sojusznikami. Współpracy opartej na innej filozofii, niż ta która panowała od drugiej wojny światowej. To może zapowiadać fundamentalne zmiany w amerykańskiej polityce, tym bardziej, że on mówi to, co inni też myślą, ale dotychczas nie doprowadzali tych idei do końca.

Czy jeśli Trump przegra to te zmiany zapoczątkowane jego wystąpieniami nadal będą postępowały w amerykańskim establishmencie ?

Nie mam najmniejszej wątpliwości i to nie ze względu na samego Trumpa, ale ze względu na sytuację. Sojusznicy europejscy, ale również azjatyccy – zamożne państwa, które osiągnęły ogromny sukces w ostatnich dekadach – są zależne od polityki amerykańskiej. A Amerykanie mają ogromne problemy z finansowaniem swoich zobowiązań w dziedzinie bezpieczeństwa na całym świecie.

Robią to rzecz jasna i w swoim interesie, ale od początku rządów Obamy rozpoczął się proces przedefiniowywania interesów Stanów Zjednoczonych. Stwierdzono na przykład, że USA nie muszą angażować się w każdy konflikt lokalny, że nie każda wojna godzi w interesy Stanów Zjednoczonych.

To jest zmiana tektoniczna, bowiem od czasów Woodrowa Wilsona polityka amerykańska rozwijała się w opozycji między liberalnym interwencjonizmem a konserwatywnym izolacjonizmem. Stąd szok wynikający z polityki George'a W. Busha i jego neokonserwatywnego otoczenia, które doprowadziło do katastrofalnej interwencji w Iraku i destabilizacji całego Bliskiego Wschodu. To liberalni demokraci byli tradycyjnie zwolennikami aktywizmu, w tym interwencji wojskowych, dla poszerzania demokracji na świecie. Konserwatyści, ogromny odłam Republikanów, jak dzisiaj Tea Party i Ted Cruz (inny kandydat prezydencki) tradycyjnie opowiadali się za izolacjonizmem.

Neokonserwatyści G. W. Busha zaczęli używać języka i narzędzi politycznych liberalnych interwencjonistów. USA odniosły pewne sukcesy, jak w Bośni (za prezydentury Clintona), ale i porażek, jak w Iraku czy Libii.

Ta polityka doprowadziła jednak do nadmiernego zaufania w siłę wojskową w stosunkach międzynarodowych, czemu w owym okresie sprzyjały oba skrzydła amerykańskiego spektrum politycznego. Teraz jednak w obu tych odłamach politycznych następuje odchodzenie od nadmiernego aktywizmu, choć nie oznacza to automatycznie izolacjonizmu. „Nasze potrzeby bezpieczeństwa muszą być inaczej definiowane niż innych państw, naszych sojuszników" – mówi na przykład socjalista Bernie Sanders i jest to bardzo bliskie temu, co mówi republikanin Trump. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą w węższych kategoriach postrzegali własny interes a angażowanie się, szczególnie wojskowe, za granicą będzie uwarunkowane bezpośrednim zagrożeniem interesów bezpieczeństwa lub gospodarczych USA. Będzie też zapewne zależne od stopnia zaangażowania sojuszników, w Europie i gdzie indziej. Nie będzie w tym automatyzmu.

A gdzie tu miejsce dla naszego kraju?

Polska ma ogromne potrzeby w dziedzinie bezpieczeństwa ze względu na zagrożenie polityką rosyjską, ale... nie istnieje w polityce amerykańskiej. Jest częścią zamożnej Europy, członkiem NATO i UE, znakomicie się rozwijała w ostatnich 26 latach. No, chyba żeby doszło do rzeczy na razie niewyobrażalnej, czyli wojny w Europie Rosji z NATO. Najpoważniejsi analitycy nie wyobrażają sobie, by mimo wszystko do niej doszło. Takie starcie byłoby niesłychanie kosztowne dla Rosji, która musiałaby je przegrać. Uznaje się co prawda, że z pewnym zagrożeniem winny się liczyć państwa bałtyckie - ale nie Polska. Stąd, poza elementem finansowym, odmowa budowy baz na naszym terenie. Wykluczywszy sytuacje równie dramatyczne co nieprzewidywalne, Polska obecnie nie jest punktem odniesienia dla polityki amerykańskiej – natomiast jest nim cały region jako wschodnia flanka NATO. Nasz region i Polska są ważne dla zapewnienia trwałości struktur bezpieczeństwa w całej Europie.

Czego więc powinniśmy się obawiać w przypadku zwycięstwa Clinton lub Trumpa?

O Clinton możemy powiedzieć, że będzie prowadzić bardziej aktywistyczną politykę Obamy, z zachowaniem kontynuacji jego filozofii funkcjonowania w świecie – skupienia się na problemach dla USA najważniejszych, tak w polityce międzynarodowej jak i wewnętrznej.

O Trumpie mimo wszystko nic nie możemy powiedzieć, to jest bardzo niepokojące.

Powinniśmy jednak obawiać się wygranej Trumpa: ze względu na jego nieprzewidywalność, nieznajomość stosunków międzynarodowych połączoną z werbalną agresją, brak w jego otoczeniu analityków i polityków, znanych z posiadania wiedzy o stosunkach międzynarodowych, na miłe słowa kierowane pod adresem Putina i fakt, że jednym z jego doradców został ostatnio były szef amerykańskiego wywiadu wojskowego – zwolennik współpracy z Rosją w rozwiązywaniu problemów na świecie.

To powoduje, że nawet czołowi analitycy związani z Republikanami – tacy jak Robert Kagan czy Max Boot – grożą głosowaniem na demokratkę Clinton jeśliby Trump uzyskał nominację.

Wszystko dlatego, że nie on ma zaplecza intelektualnego, a swój projekt prezydentury buduje na niechęci do establishmentu waszyngtońskiego – Demokratów i Republikanów. To się wielu ludziom podoba w czasie kampanii wyborczej, ale jest uznawane za bardzo niebezpieczne dla USA.

- rozmawiał Andrzej Łomanowski

Eugeniusz Smolar jest ekspertem Centrum Stosunków Międzynarodowych

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA