fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

NATO bezbronne przed Rosją

Desant rosyjskich żołnierzy na bałtycką plażę w obwodzie kaliningradzkim
www.youtube.com
Sojusz nie jest przygotowany do odparcia ewentualnego ataku Rosji w Europie Środkowej - ostrzega amerykański analityk. Przewaga militarna Rosji rośnie.

Rosja może w ciągu 72 godzin przerzucić drogą powietrzną 60 tys. dobrze wyćwiczonych i uzbrojonych żołnierzy. NATO nawet się nie zdąży zorientować. Sojusz nie obroni się przed atakiem na państwa bałtyckie i wschodnią część terytorium Polski.

Do takich wniosków dochodzi w swej analizie Jeffrey Rathke, analityk waszyngtońskiego think-tanku CSIS. Jego opinię trudno lekceważyć - Rathke przez wiele lat był dyplomatą, pracował m.in. w gabinecie sekretarza generalnego NATO. Był także ofierem dyżurnym w sztabie dowodzenia kryzysowego w Białym Domu. A jednym z jego szefów w CSIS jest Zbigniew Brzezinski.

Rathke analizuje reformy, jakie przechodzi rosyjska armia. I dochodzi do zatrważających wniosków:"Od 2008 r. Rosja rozwinęła zdolność szybkiego przerzucenia na granicę NATO ponad 100 tys. żołnierzy praktycznie przez żadnego ostrzeżenia ze strony USA i ich europejskich sojuszników". I dodaje, że pierwsze 60 tys. żołnierzy Rosja potrafi przerzucić samolotami w ciągu zaledwie 3 dni.

Dodatkowym złym sygnałem jest wycofanie się niedawno Rosji z układu CFE o redukcji sił konwencjonalnych w Europie. Głównym elementem układu były limity uzbrojenia, jakie Rosja i kraje NATO mogły utrzymywać w Europie Środkowej. Ale równie ważnym jego elementem był system ostrzegania się wzajemnie obu stron dawnej zimnej wojny przez ruchami wojsk. Po wycofaniu się Rosji z CFE takiego systemu praktycznie nie ma, co dobitnie pokazało totalne zaskoczenie Zachodu inwazją na Krym.

Jedyną odpowiedzią NATO na rosnące zdolności rosyjskiej armii do zaskakującego uderzenia - pisze Rathke - jest powołanie przez NATO w 2014 r. sił szybkiego reagowania. To zaledwie 5 tys. żołnierzy, ale najgorsze jest to, że są oni zdolni do działania w ciągu siedmiu dni. A to oznacza, że przez pierwsze kilkadziesiąt godzin od ewentualnej inwazji 60 tys. rosyjskich żołnierzy (a potem kolejnych 40 tys.) państwa bałtyckie i Polska są zdane wyłącznie na siebie.

"Biorąc pod uwagę rosnące zdolności wojskowe Rosji, to wszystko oznacza, że odpowiedź NATO na ewentualne zagarnięcie fragmentu terytorium Sojuszu pociągnie za sobą o wiele większe koszty niż obecne budowanie zdolności do niedopuszczenia do takiej inwazji" - pisze amerykański analityk.

Rathke uważa, że budowanie obecności sił NATO na wschodniej flance Sojuszu powinno być głównym tematem przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie. Analityk popiera pomysł rotacyjnej obecności sił USA w Polsce i krajach bałtyckich, proponuje jednak, by inne kraje Sojuszu włączyły się w budowanie stałej obecności co najmniej po jednym batalionie w każdym z czterech krajów wschodniej flanki Sojuszu.

Całą analizę Jeffreya Rathkego można przeczytać tutaj.

 

 

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA