fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Apolloniusz Tajner o Turnieju Czterech Skoczni

Fotorzepa, Piotr Nowak
Turniej Trzech Skoczni: w Zakopanem, Wiśle i Szczyrku? Jest możliwy - mówi prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Tajner opowiada również o dawnych i obecnych Turniejach Czterech Skoczni.

Rzeczpospolita: Kiedy pierwszy raz zobaczył pan na żywo Turniej Czterech Skoczni?

Apoloniusz Tajner: W 1999 roku, kiedy przyjechałem do Oberstdorfu z Adamem Małyszem. Wcześniej bywałem tam z innych okazji z dwuboistami, ale turniej to zupełnie coś innego.

Pamięta pan tamte wrażenia, co było dla was ważne?

To, żeby się nie pogubić. To była dla nas duża impreza, a my przyjechaliśmy w roli kopciuszków. Na wiele człowiek wtedy nie liczył, wiadomo jak było. Objechaliśmy te cztery skocznie jak zwyczajne zawody Pucharu Świata. Z naszego punktu widzenia nic ważnego się wtedy nie stało.

Kibice, nie tylko miejscowi, od lat traktują skoki na przełomie roku jako coś wyjątkowego...

Oczywiście tradycja jest tradycją, ale najbardziej decyduje to, że turniej związany jest z okresem bożonarodzeniowym, potem jest jeszcze sylwester, Nowy Rok, na koniec święto Trzech Króli. Ludzie mają wolne i się relaksują, mając pod bokiem ciekawą rywalizację, zwykle w otoczce pięknej zimy. Zwłaszcza niemieckie konkursy mają tę aurę świąteczności i to dodaje turniejowi wiele uroku.

Jakie są główne różnice między niemiecką i austriacką częścią zawodów?

Organizacja i kuchnia, jak wiemy, są podobne, ja doszukiwałbym się różnic w kibicach. Austriaccy są bardziej rozpuszczeni. Styl ich oglądania jest taki, że przyjeżdżają na miejsce wiele godzin przed konkursami, długo piją Glühwein i piwo, dopiero tak przygotowani idą pod skocznię. Powiedzmy delikatnie, to jest dość niewyszukane zachowanie.

Turniej Czterech Skoczni to także podróżowanie po pięknych górach. Czy zwracał pan kiedykolwiek uwagę na ten aspekt imprezy?

Dla nas zawsze najważniejsze było to, żeby jak najszybciej dojechać do celu. Bywały przecież trudności z przejazdem. Widoków przez szybę człowiek się naoglądał, po latach nie robiło to już wrażenia.

Czym jeździliście wtedy na zawody?

Do dziś właściwie nie rozumiem, jak się mieściliśmy. W zimie na przełomie 2000 i 2001 roku, gdy Adam Małysz wygrał, w osiem osób spakowaliśmy się do dwóch passatów kombi. Ze wszystkim: nartami, butami, ubraniami, kombinezonami – nie do wiary. Gdy Adam kończył karierę, to w zasadzie sam zajmował jeden bus. Jak się okazało, można jednak wygrać Turniej Czterech Skoczni, nie mając komfortu w samochodzie.

Tamto zwycięstwo było przez pana zapowiadane, i to śmiało, jak na nieprzewidywalność skoków narciarskich...

Z trenerem Piotrem Fijasem wiedzieliśmy, że Adaś musi tamten turniej wygrać, ale do głowy mimo wszystko przychodziło, że to niemożliwe. Pamiętam, jak 23 grudnia 2000 roku, po ostatnim treningu w Ramsau, gdzie Małysz był po prostu świetny, znów powiedziałem do Piotrka, że zwycięstwo jest właściwie pewne. Na co Fijas schylił głowę, spojrzał na mnie i mówi tak: – Wiesz co, jedziemy jeszcze na święta, nie martw się, jeszcze się wszystko spieprzy...

Nie spieprzyło się, Małysz poprawił parę turniejowych rekordów, przeszedł do historii...

Ale, o czym mało kto pamięta, zawalił pierwszy skok. Z tej przyczyny, że tuż przed startem pojawił się przy reprezentacji nowy sponsor, czekaliśmy do ostatniej chwili, czy naszywać jego reklamy na kombinezony, czy nie. O Pocztę Polską chodziło. Przez to czekanie zrobiło się nerwowo i Adam zapomniał o klinach do butów. Skakał bez tych klinów, w zastępstwie znalazł kawałek tektury, coś z niej posklejał, podłożył i niewiele brakowało, by przez głowę przeleciał w pierwszym skoku, tak zapikował. Myślałem, że mi serce stanie. Tak to się zaczęło.

Lecz skończyło się na głównej nagrodzie, granatowym audi, o którym też powstała legenda. Jak to z tym autem naprawdę było?

Gdy austriacki menedżer Edi Federer przyjechał dzień po sukcesie pod skocznię w Bischofshofen, to wszystko było rozebrane, zniknęły ogrodzenia i kabiny komentatorskie, zostało tylko jedno rusztowanie – z samochodem. Menedżer nie miał się do kogo zwrócić, więc sam wezwał samochód ciężarowy z dźwigiem, dźwig zdjął auto. Federer miał jakiś duży kluczyk, chciał odpalić pojazd, patrzy, ale nie ma gdzie kluczyka włożyć. Podniósł maskę, a tu silnika też nie było. Ponieważ to był Federer, zaczął sprawę drążyć. Wiedział, gdzie dzwonić, jak zidentyfikować fundatora nagrody i jak ją odebrać. Jak się dowiedział, to zamówił najdroższy model, wyposażony we wszystko, co fabryka mogła dać. Okazało się, że ten samochód jest za drogi, by go sprowadzać do Polski, Adam musiałby zapłacić ogromne cło. Federer zrobił więc inaczej: dał samochód firmie Loos, sponsorującej wówczas polskich skoczków. Loos z kolei pokazał to auto nagrodę na wystawie swych kotłów grzewczych w Monachium, tam sprzedał pojazd i jeszcze na tym zarobił. Pieniądze wróciły do Federera, następnie do Adama. Natomiast firma Audi Polska przez tę całą aferę za pół ceny sprzedała podobny samochód Małyszowi. Adam wręczył zaś kluczyki żonie, bo to od początku miał być prezent dla pani Izy.

Wracając do Turnieju Czterech Skoczni i jego uroku – czy sylwester naprawdę był dniem tak grzecznym, jak się powszechnie twierdziło? Dyskretne wiaderko na górze skoczni w Garmisch-Partenkirchen podczas konkursu noworocznego było przecież znane?

Miałem w kadrze trochę innych młodych ludzi, niż są dziś. Skakali wtedy, oprócz Małysza, m.in. Robert Mateja, Wojciech Skupień, Łukasz Kruczek. Adam i Łukasz zawsze byli w porządku, ale powiem tak: nie ze wszystkimi tak się udawało. Ogólnie rzecz biorąc w noc sylwestrową jednak wielkich rozrywek przy turnieju nie było. Tylko raz zorganizowano nam imprezę w ogrzewanym namiocie pod skocznią w Garmisch -Partenkirchen. Wtedy Dieter Thoma ruszył na rozbieg trzy sekundy przed północą, dojechał do progu i jak się wybił, to był już w Nowym Roku. Krótko mówiąc przełom roku spędził w powietrzu. Tak mu się udało. Zwykle jednak sami wynajmowaliśmy jakąś kawiarnię do godz. 22–23, by spędzić razem wieczór, i zaraz szliśmy spać, bo nic innego się nie robi, gdy na drugi dzień są zawody.

Czy organizatorom Turnieju Czterech Skoczni zależy na odmienności ich zawodów? Wcześniej eksperymentowali z mrożonymi rozbiegami, przebudowywali skocznie, w latach 90. wprowadzili system KO?

Zmiany obiektów były po części nieuniknione, bo profile skoczni były przestarzałe i trzeba było je unowocześnić. Wszystkie skocznie się przerabia, to należy robić, taki jest trend. Najważniejszą zmianą pozostaje skakanie w pierwszej serii parami. Ludzie się cieszą na tę rywalizację, ona doskonale pasuje do turnieju. Cechą szczególną zawodów pozostaje również to, że dość często zdarzają się w nich duże niespodzianki, to też przyciąga uwagę.

Czy jest możliwy polski Turniej Trzech Skoczni: w Zakopanem, Wiśle i Szczyrku?

Jest możliwy, tylko musi trafić na swój czas. Układ, jaki mamy dziś: dwa konkursy styczniowe w Wiśle-Malince i zaraz po nich na Wielkiej Krokwi, wziął się z tego, że były kłopoty z zawodami w Kulm. Byłem w odpowiednim miejscu i czasie, trafiłem na chwilę, gdy Walter Hofer i inni działacze FIS debatowali nad kalendarzem i zobaczywszy mnie po prostu spytali, czy chcemy wziąć termin styczniowy. Ofertę natychmiast przyjąłem, choć miałem w teczce papier z propozycją grudniową. Czasami nie pomogą długie starania. Teraz też czekamy na odpowiednią chwilę. Przy polskiej oglądalności skoków i zyskach marketingowych to może się udać.

Rozmawiamy po mistrzostwach Polski. Podobały się panu?

Zwłaszcza druga seria była bardzo dobra, w pierwszej może sędziowie trochę za bardzo byli ostrożni z rozbiegiem. Byłem pod wrażeniem, także dlatego, że szóstka, która jedzie na Turniej Czterech Skoczni, jeszcze ma w planach dzień na trening siłowy w Wiśle. Kiedyś to ja bym ich pewnie wszystkich rozpuścił po konkursie do domów, a teraz oni bez dyskusji jadą na kolejny trening.

Jest pan optymistą przed 65. Turniejem Czterech Skoczni?

Widać, że wszyscy Polacy są zmotywowani. Spodziewam się dobrego polskiego występu. Pierwszy raz jadę na turniej z tak głęboką przyjemnością oczekiwania na pojedynki KO, bo teraz to inni muszą się bać naszych. Polacy mogą przegrać z kimś bardzo mocnym. Już się cieszę na ten start.  

Apoloniusz Tajner. W latach 1999–2005 trener kadry skoczków. Adam Małysz w tym czasie trzykrotnie z rzędu zdobył Puchar Świata, trzykrotnie mistrzostwo świata i wygrał Turniej Czterech Skoczni, a na igrzyskach 2002 w Salt Lake City zdobył brązowy i srebrny medal. Od 2006 roku Tajner jest prezesem Polskiego Związku Narciarskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA