fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Piotr Żyła, człowiek bardzo pogodny

AFP, Christof Stache
Piotr Żyła, gwiazdor brawury słownej i nowych mediów, został w Oberstdorfie mistrzem świata na skoczni normalnej.

Wygrał jak należy, bez żadnych wątpliwości – dwa doskonałe skoki, w każdym energia i styl, tylko bić brawo. Wytrzymał presję prowadzenia po pierwszej serii, uśmiechał się już w chwili, gdy siadał na belkę przed finałowym skokiem, by z tym uśmiechem zdobyć złotą śnieżynkę.

Zdecydowanie przesłonił ponowny wzlot mistrza świata w lotach Niemca Karla Geigera i zapowiedź sukcesów nowego słoweńskiego pokolenia w osobie Anže Laniška, a przede wszystkim porażkę murowanego kandydata do tytułu – Norwega Halvora Egnera Graneruda.

W chwili największego sportowego szczęścia pozostał sobą, czyli dorosłym dzieckiem – wykrzyczał to szczęście bardziej niż inni, przeżywał intensywniej i inaczej, choć jest od sobotniego wieczoru także najstarszym mistrzem świata w historii skoków.

W tej radości najbardziej zwyczajna wydała się runda honorowa na ramionach kolegów i mistrzów z minionych lat, Kamila Stocha i Dawida Kubackiego – kolejne potwierdzenie ich zespołowej przyjaźni. Potem był już tylko on – rozgrzany, rozgadany, tyle radosny ile rozwichrzony w słowach i gestach nowy mistrz, postać nie do podrobienia.

Refleksja z nutą dumy

Nie da się do tego sukcesu przyłożyć zwykłej miary. Kluczem może być tylko szczerość – Piotr Żyła w tym, co robi, zawsze jest sobą, choć wcale nie ułatwia to zrozumienia wszystkiego. Dało się jednak wydobyć z eksplozji wrażeń mistrza parę ważnych wspomnień: o mobilizacji sprowokowanej przez długą wieczorną rozmowę w piątek z trenerem Michalem Doležalem, o świetnym poranku w sobotę, o wyjątkowym dla sportowców stanie uniesienia („Czułem się fajnie, jakbym na jakieś imprezie był, nie na zawodach..."), który daje tę wspaniałą pewność siebie w walce o najwyższe cele. I całkiem dojrzałą refleksję z nutą dumy, że w tak poważnym wieku dał radę się przygotować.

Wygrał przede wszystkim dlatego, że jest dobrym skoczkiem, choć jego kariera, jak całe życie, znacznie odbiega od schematów. Urodził się 16 stycznia 1987 roku w Cieszynie, co miasto lubi czasem przypomnieć, ale bez przesady, bo większość życia Piotr Paweł Żyła spędził w Wiśle, potem też w Ustroniu, gdyż tam rodzice Ewa i Zbigniew Żyłowie postawili u podnóża góry Lipowski Groń pensjonat Źródełko. Córka Dorota była dobrą snowboardzistką (w czasach, gdy kadrze przewodziła Jagna Marczułajtis), uczestniczką mistrzostw świata, ale gdy dwa razy złamała nogę, zakończyła karierę. Syn, jak każdy, najpierw miał być piłkarzem, ale odkrywszy skoki i zobaczywszy pierwsze sukcesy Adama Małysza, poszedł na skocznię.

Wujek Małysza

Miał szczęście, że trafił na sławnego Małyszowego wujka Jana Szturca i u niego zdobył podstawy. Kroniki lat juniorskich młodego Piotrka nie zawierają jednak wielu radosnych wspomnień, choć błyski były, takie jak drużynowe srebro w MŚ juniorów w 2005 roku (z Pawłem Urbańskim, Kamilem Stochem i Wojciechem Toporem), wtedy gdy pierwszy raz trenował ze Stefanem Horngacherem.

W Pucharze Świata debiutował na początku 2006 roku w Sapporo, zdobył od razu punkty, ale ciąg dalszy nie dawał powodów do wielkiego optymizmu.

Pierwszy raz pojawił się w mistrzostwach świata w 2007 roku. Wiele nie zdziałał, wbrew zaleceniom poszedł na konkurs na skoczni normalnej z gorączką, doktor dał więc mu zastrzyk i po opowieści. Dwa lata później nie dostał się do kadry.

Zimą 2010/2011 roku wypadł z niej na dłużej, wrócił do treningów u Jana Szturca w wiślańskim klubie i pomogło. Znów był w kadrze, jeździł po świecie, startował. Za czasów trenera Łukasza Kruczka wreszcie zdobył medal MŚ – brązowy z drużyną w Predazzo (2013). Dołożył pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata – na Holmenkollen w Oslo i trzecie miejsce w Planicy w finale sezonu. To był czas odkrycia Piotra Żyły przez telewizję i internet, czas „he, he, he", memów i na swój sposób zabawnych wypowiedzi, które najpierw stworzyły bohatera mimo woli, a potem skleiły się z osobowością skoczka, może na zawsze.

Tamta żyłomania mu przesadnie nie pomogła, choć dobrze wpłynęła na rodzinne dochody z reklam. W 2013 roku sportowiec był mężem od siedmiu lat i miał z panią Justyną, cioteczną siostrą Adama Małysza, dwójkę dzieci.

Trenerzy mieli jednak z Piotrem od zawsze zasadniczy problem – jego własne pomysły na skakanie. Zwykle sprowadzające się do metody: więcej ćwiczeń znaczy lepiej, choć nauka o skokach mówiła coś innego: trenuj mniej, za to mądrze. Próbował z tym walczyć Hannu Lepistoe, próbował Łukasz Kruczek, wychodziło różnie.

Nowe życie z Horngacherem

Stefanowi Horngacherowi, już jak trenerowi seniorskiej kadry, udało się wreszcie coś więcej: w pozornym lekkoduchu wzbudzić respekt. Trener kazał, zawodnik robił, zgrali się. Dziś trudno o inną opinię, niż ta, że to Austriak zbudował nowego Piotra Żyłę, tego bez „dupy na butach, garbiku i fajeczki", jak kiedyś skoczek opisywał własną pozycję dojazdową.

Horngacher dał Żyle wiele – m.in. drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni, indywidualny brąz i złoto drużynowe podczas MŚ w Lahti (2017), brązowy medal drużyny MŚ w lotach (2018), czwarte miejsce w PŚ 2018/2019, drugie zwycięstwo w konkursie pucharowym (Bad Mitterndorf 2020), można też dorzucić Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta RP.

Austriacki trener przeprowadził też skoczka przez zakończony rozwodem kryzys rodzinny, którego efekty ciągnęły się długo i miały wpływ na sportowe wyniki. Horngacher potrafił postawić ultimatum i zmusić Żyłę do powrotu do pracy. Jednym z bodźców było wykluczenie ze startów olimpijskich w Pjongczangu. Innym – twardy zakaz gadania dziennikarzom, co ślina na język przyniesie.

Spojrzenie księdza

Szczęściem Piotra Żyły było też to, że po Horngacherze przyszedł Michal Doležal – może nie tak surowy, ale kontynuator myśli szkoleniowej Austriaka. Szukanie klucza do meandrów psychiki skoczka nie było już takie trudne.

Łatwo przyklejać mu znane etykiety: talent, lecz do ciągłego szlifowania, wesołek, nieobliczalny, uparty, pracowity, choć rozbrykany, duże dziecko, choć trzydziestka dawno świętowana. Rzadko ktoś spogląda na Piotra Żyłę tak jak ksiądz Jan Byrt, proboszcz parafii ewangelickiej w Szczyrku-Salmopolu, dawny wykładowca z lekcji religii w Szkole Mistrzostwa Sportowego.

Ksiądz Byrt mówi: to człowiek bardzo pogodny i przypomina, że Piotr Żyła został w 2017 odznaczony przez jego parafię medalem wybitym z okazji jubileuszu 500 lat reformacji, że zasadził drzewko w tamtejszym Ogrodzie Reformacji, że wciąż wspiera projekty związane z dziećmi w parafii ewangelickiej w Szczyrku, mówiąc konkretnie – często przynosi i rozdaje zimowe czapki, piłki, plakaty z autografem i co tam dzieciakom trzeba, by pamiętały o uprawianiu sportu.

Ksiądz Byrt też w zamian coś mu daje, raz Biblię, raz Różę Lutra na magnesach, żeby w wolnych chwilach, których ma przecież mało, mógł sobie przypomnieć cztery fundamenty reformacji.

Do głowy lepiej nie zaglądać

Za śmiechem Piotra Żyły dostrzec też można ambicje innej natury – w grudniu 2017 roku, kilka tygodni po Robercie Lewandowskim, obronił w Wyższej Szkole – Edukacja w Sporcie pracę licencjacką „Pewność siebie w sporcie na przykładzie reprezentantów Polski kadry narodowej w skokach narciarskich". Dostał za nią wyróżnienie – to zapewne coś znaczy dla sportowca, o którym dawni nauczyciele mówili z lekkim skrępowaniem, że z nauką to szału nie było.

Zdobycie licencjatu zajęło mu dziewięć lat (Lewandowskiemu rok więcej). Zaczynał w Wiśle, kończył w Bielsku-Białej po zmianie siedziby instytutu. Zasadniczo pisał o sobie, ale także o Kamilu Stochu, Dawidzie Kubackim, Macieju Kocie, Stefanie Huli i Klemensie Murańce. Wedle uczelni zapisał się na studia magisterskie. Kto jednak weźmie tę sprawę całkiem na poważnie, musi pamiętać, że w dniu otrzymania dyplomu absolwent napisał na Facebooku, nieprzesadnie dbając o ortografię, iż w tym tempie zostanie profesorem za 84 lata.

Jeden z kolegów skoczka, pytany o zagadkę Piotra Żyły, powiedział chyba najmądrzej: – On miał i ma swój świat. Generalnie lepiej do jego głowy nie zaglądać, bo nie wiemy, co tam się dzieje.

Konkurs na skoczni normalnej

1. P. Żyła (Polska) 268,8 pkt (105 i 102,5 m); 2. K. Geiger (Niemcy) 265,2 (103,5 i 102); 3. A. Lanišek (Słowenia) 261,5 (102,5 i 101); 4. H.E. Granerud (Norwegia) 259,7 (99 i 103); 5. D. Kubacki (Polska) 257,1 (102 i 99); 6. R. Johansson (Norwegia) 256,5 (100 i 101); 7. M. Hayboeck (Austria) 253,9 (101 i 97,5); 8. B. Pavlovcić (Słowenia) 253,4 (101,5 i 98); 9. D.A. Tande (Norwegia) 251,6 (101 i 98); 10. S. Kraft (Austria) 251,2 (100,5 i 97,5);... 22. K. Stoch 236,0 (96 i 96); 30. A. Stękała 211,6 (95 i 87,5); 36. K. Murańka (wszyscy Polska) 108,0 (93).

Szóste miejsce polskiej drużyny damsko-męskiej

Piotr Żyła wrócił na skocznię w Oberstdorfie w niedzielę, by z Anną Twardosz, Kamilą Karpiel i Dawidem Kubackim zająć dobre, szóste miejsce w konkursie drużyn mieszanych.

Mistrz świata na pożegnanie skoczni normalnej skakał spokojnie, mogą go jednak usprawiedliwiać intensywne przeżycia z soboty. Złoty medal zdobyła czwórka z Niemiec, przed Norwegią i Austrią.

Inne konkurencje MŚ także miały w weekend interesujących bohaterów: Norweżka Therese Johaug i Rosjanin Aleksander Bolszunow efektownie wygrali biegi łączone, Szwedki i Norwegowie sprinty drużynowe parami (Johannes Klaebo ma już dwa złote medale, Eric Valnes srebrny i złoty). W kombinacji norweskiej tytuły indywidualne kobiet i drużynowe mężczyzn także poszły w norweskie ręce. Udział Polek i Polaków w tych wydarzeniach był skromny.

W poniedziałek mistrzostwa mają przerwę – nie będzie walki o medale, tylko treningi. Zawody w skokach przenoszą się na dużą skocznię (HS-137) Schattenberg. Zaczynają panie od kwalifikacji we wtorek i konkursu w środę 3 marca. Panowie skaczą w czwartek (kwalifikacje) i piątek. —k.r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA