fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Marcin Orłowski, trener Maryny Gąsienicy-Daniel: Na bieżąco się uczymy

Marcin Orłowski
Adam Nurkiewicz / Forum
- Nasza praca to jest droga kompromisów. Nie mam zapędów, żeby być trenerem despotą, który wydaje komendy i forsuje swoje pomysły, bo tak chce - mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Marcin Orłowski, trener Maryny Gąsienicy-Daniel, szóstej zawodniczki w gigancie na mistrzostwach świata w narciarstwie alpejskim w Cortina d'Ampezzo.

Pan i Maryna Gąsienica-Daniel musieliście się długo do siebie dopasowywać, czy to było natychmiastowe porozumienie?

Współpracujemy ze sobą od 2013 roku w różnej formie. Teraz jestem jej głównym trenerem, ale samo wymienianie mnie i zawodniczki to trochę za mało. Mamy jeszcze w grupie serwismena i asystenta. Jeśli mówimy o docieraniu się, to w ramach tej czteroosobowej grupy. Nie każdemu zawodnikowi odpowiada każdy trener i na odwrót. Na szczęście znaleźliśmy wspólny język i wygląda to dobrze.

To jest raczej dialog, czy pan mówi, a zawodniczka wykonuje?

Mamy partnerskie relacje. Każdy może wypowiedzieć swoje zdanie i do niego przekonywać. Nasza praca to jest droga kompromisów. Nie mam zapędów, żeby być trenerem despotą, który wydaje komendy i forsuje swoje pomysły, bo tak chce. Rozmawiamy i wspólnie podejmujemy decyzje. Po części bierze się to z tego, że różnica wieku między nami nie jest duża, ale też może dlatego, że przed Maryną nie miałem wielkiego doświadczenia z innymi zawodniczkami. Na bieżąco się wszystkiego uczymy.

Trener bez wielkiego doświadczenia, który ma prowadzić młodą, utalentowaną narciarkę. Były wątpliwości na początku?

Wątpliwości były, są i będą. To popycha do tego, żeby przemyśleć dwa razy swoje pomysły. Nie wychodzę z założenia, że jestem najmądrzejszy i wiem najlepiej. Jak to się złożyło, że taki duet powstał. Nie ma co wracać do historii. Od 2013 roku różnie bywało, ale ostatnie lata są bardzo dobre. Wszyscy, razem z Polskim Związkiem Narciarskim, byliśmy w stanie stworzyć odpowiednie warunki dla Maryny.

Odpowiedzialność jest duża, bo prowadzi pan praktycznie całą reprezentację Polski. Tak to przynajmniej wyglądało w Cortina d’Ampezzo.

Nie jesteśmy jedyni. Mamy grupę, gdzie trenuje Magda Łuczak, która też ma swoich trenerów i razem tworzymy reprezentację Polski. Narciarstwo alpejskie jest takim sportem, że trzeba na różnych etapach startować w różnych zawodach, mieć różne priorytety. To związek zaproponował, żeby przypisać trenerów do poszczególnych zawodniczek. Słowak Ivan Ilanovsky pracuje teraz tylko z Magdą, ale na początku sezonu miał pod opieką dwie dziewczyny i kadra tak naprawdę składała się z trzech zawodniczek. Była jeszcze Zuzanna Czapska. Niestety, zerwała więzadło w kolanie. Ivan realizuje program dla Magdy, ja dla Maryny, ale oficjalnie jesteśmy jedną kadrą.

Z pana punktu widzenia dobrze jest pracować z jedną narciarką?

Ma to swoje plusy i minusy. Możesz w 100 proc. poświęcić się jednej zawodniczce i realizować najlepszy dla niej plan. Jednak w przypadku jakiegoś niepowodzenia czy kontuzji wszystko się rozsypuje.

Trzy osoby w sztabie wystarczają, czy czasem trzeba prosić innych o pomoc?

Musimy się zwracać o pomoc. Na dzisiaj trzy osoby daję komfort pracy, ale zawsze może być lepiej. Petra Vlhova ma siedem osób do obsługi, pomocy. Musimy się zwracać o pomoc do innych, choćby przy trenowaniu supergiganta. W tym przypadku, żeby nakręcić całą trasę, trzeba przynajmniej czterech trenerów. Nie da się tego zrobić samemu, bo zbierze się dużo mniej informacji, nie będzie widać wszystkich załamań terenu. Po pomoc idziemy do mniejszych teamów. To działa na zasadach koleżeńskich, dogadywania się między trenerami. Niektóre kraje mogą działać na poziomie federacji i inaczej wymieniać się przysługami. Włosi mają zawody Pucharu Świata u siebie, więc oferują treningi i pomoc, ale w zamian chcą tego samego np. od Niemców. W naszym przypadku kalkulacja jest prosta: jedni i drudzy mogą skorzystać na współpracy.

Będziecie kłaść większy nacisk na trenowanie konkurencji szybkościowych już teraz, chociaż zima się powoli kończy, czy to kwestia kolejnego sezonu?

Dla nas zima trwa jeszcze w pełni, bo możemy jeździć i trenować do połowy kwietnia, choć rzeczywiście zawodów w konkurencjach szybkościowych już wiele nie zostało. Dla nas ważne są jednak nie tylko same starty, ale chociażby ilość treningu, liczba kilometrów przejechanych na długich nartach.  Musimy tutaj znaleźć odpowiednie ustawienia. W gigancie przetestowaliśmy wiele rozwiązań i chyba mamy optymalne. To samo trzeba będzie przećwiczyć z nartami do supergiganta.

Trenujecie razem, ale podpatrujecie się przy tej okazji?

Jasne, że tak. W każdym sporcie trwa wyścig technologiczny. Musisz patrzeć na innych, na bieżąco i ciągle, żeby nie zostać z tyłu. W grudzień w Courchevel, z tego, co pamiętam to w pierwszej 15 było kilka dziewczyn jeżdżących na nartach firmy Atomic, czyli takich jakich używa Maryna i każda miała inne ustawienia. Każdy zbiera dla siebie informacje i jeśli gdziekolwiek coś nowego się pojawia, to każdy stara się to mieć.

A jak pan rozwija się jako trener?

Najważniejsze jest to, że jeżdżę na Puchary Świata. Mam przed sobą najwyższy poziom. Jeśli tylko chcesz, to jesteś w stanie dużo zobaczyć. Najwięcej dają zawody.

Korzystacie ze wsparcia technologicznego, naukowców?

Ostatnim większym projektem były testy, które mogliśmy odbyć w tunelu aerodynamicznym. Na bieżąco korzystamy też z różnych porad.

Mistrzostwa świata były też okazją do sprawdzenia się dla was jako zespołu. Lubi pan duże imprezy?

Duże imprezy różnią się od „codziennych” startów w PŚ, bo dłużej przebywa się w jednym miejscu. Potrafi się też zmienić program zawodów, jak teraz, czy trzy lata temu w Pjongjangu. Trzeba się ich nauczyć. Niektórzy to lubią, inni nie. Byliśmy w Cortinie przez dziesięć dni. Nam się rzadko zdarza okazja, żeby posiedzieć tak długo w jednym miejscu. Ciężko powiedzieć, czy to była miła odmiana. Dużo czynników jest ważnych: hotel, możliwości treningowe, pogoda. Sama Cortina jest bardzo ładna, ale lepiej odpocząć w domu niż siedzieć w hotelu.

Podczas transmisji z Cortiny widać było jak jedna z zawodniczek coś sobie powtarzała z zamkniętymi oczami. Może przypominała sobie trasę? Maryna też ma takie rytuały?

Każda narciarka ma swój przedstartowy rytuał: jedne się koncentrują, inne słuchają muzyki, albo odchodzą gdzieś. Ja nie jestem wtedy z Maryną, bo zgodnie z przepisami muszę wyjść wcześniej na trasę i tam pozostawać. Ostatnią godzinę Maryna spędza z serwismenem.

Korzystacie z programu PolSKI Mistrz i dzięki temu jest wam łatwiej, czy to raczej do młodych, bo wy i tak jeździcie w Alpy?

Wydaje mi się, że nakierowane na młodszych, ale skorzystaliśmy w tym roku. Dzięki temu przeprowadziliśmy fajny trening w Szczawnicy. Dzięki Polskim Kolejom Linowym i programowi PolSki Mistrz udało się fajny stok do treningu. Pojechaliśmy tam 1 stycznia i byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Miałem pewne obawy, bo kilka razy się wcześniej sparzyłem, a to był najlepszy trening, jaki udało nam się zrobić w Polsce przez ostatnie pięć, dziesięć lat. Jeśli tylko harmonogram startów pozwoli, to chcielibyśmy trenować w Polsce więcej. Następny trening pewnie w marcu, bo będzie Puchar Świata w Jasnej na Słowacji. Potem chyba przejedziemy do Zakopanego i zrobimy tam kilka treningów.

rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA