fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Turniej Czterech Skoczni: Czas na dzwony i trąby

Kamil Stoch wygrał niedawno w Engelbergu, co sprawiło, że zaczął być wymieniany jako jeden z faworytów Turnieju Czterech Skoczni
AFP
W niedzielę pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni. Wśród kandydatów do zwycięstwa znów jest Kamil Stoch, triumfator sprzed dwóch i trzech lat.

Po 67 latach zmiennych losów turniej pozostaje wyjątkowy. Wciąż rozgrywany jest wedle sprawdzonej przez dekady konwencji. Zawsze w tych samych miastach, od lat z pojedynkami KO w pierwszej rundzie i w zatwierdzonej przez tradycję kolejności.

Trybuny w Obertstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen zapełnione są do ostatniego miejsca, niezmiennie atmosferę zawodów tworzą dźwięki dzwonków i trąb, głośne tłumy pod niemieckimi i austriackimi flagami oraz zapach piwa, grzanego wina, gotowanych parówek i smażonych kiełbasek.

Największą siłą turnieju jest jednak przyzwyczajenie kibiców, że od prawie 70 lat o tej porze roku czeka ich dobrze znany serial. Termin sprzyja – chwilę po świętach Bożego Narodzenia i w trakcie powitania nowego roku. Nastrój swobodnej zabawy pod skocznią i na ulicach miast goszczących imprezę wzmacnia dobra organizacja i ponadgraniczna współpraca Bawarii z Tyrolem. Turniej to świetna okazja, by przypomnieć atrakcje turystyczne regionów i promować nie tylko skoki, ale też choćby to, że w 2021 roku w Oberstdorfie odbędą się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym.

Nastolatki piszczały

Pomnożone przez cztery sportowe i pozasportowe atrakcje turnieju robią więc swoje, nawet jeśli nie każdej zimy bohaterowie pochodzą z Niemiec lub Austrii, i nie zawsze ich skokom towarzyszą piski nastoletnich wielbicielek.

Był czas, gdy w Niemczech skoczkowie byli traktowani jak gwiazdy popu. Na początku XXI wieku tak to właśnie wyglądało: nastolatki krzyczały, zdzierając gardła, biwakowały pod hotelami i przychodziły na trybuny osiem godzin przez rozpoczęciem zawodów, by być bliżej idoli. Zwolenniczki Schmitta demonstrowały przywiązanie kupując fioletowe czapki firmy sponsorującej Martina, zakochane w Hannawaldzie wypisując na plakatach hasła w rodzaju: „Hanni, chcę mieć z Tobą dziecko”.

Reporterzy niemieckiej telewizji donosili o metodach zajmowania przez nie pierwszych rzędów trybun, nawet zakładaniu pieluch dla dorosłych, aby w przypadkach awaryjnych nie opuścić dogodnego miejsca.

Niektórzy zawodnicy tę atmosferę uwielbiali, inni trochę się obawiali nadmiaru entuzjazmu, wszyscy wspominają to jako szalony czas. W szczycie skokowego wzmożenia prywatna stacja RTL transmitująca wówczas imprezę reklamowała Turniej Czterech Skoczni jako „Formułę 1 sportów zimowych” i nikt się temu nie dziwił. Kiedy Sven Hannawald 6 stycznia 2002 roku jako pierwszy zwyciężył we wszystkich konkursach, czyli zdobył skokowego Wielkiego Szlema, finałowe zawody oglądało 13 mln jego rodaków.

Czasy telewizyjnej potęgi, gdy stacja zapłaciła w 1999 roku Niemieckiemu Związkowi Narciarskiemu (DSV) 48,5 mln marek za pierwszy trzyletni kontrakt, gdy pół minuty reklam kosztowało 120 tys. marek, a skoczków pokazywało 30 kamer, w końcu minęły, ale dziesięciodniowy turniej zachował swój prestiż i urok.

Mało pieniędzy

Patrząc w przyszłość, mówi się już o dołączeniu do programu rywalizacji kobiet oraz, choć to drażliwy temat, podniesieniu puli nagród. W kwestii skoków pań pośpiechu nie widać, odchodzący dyrektor ds. skoków w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) Walter Hofer mówi, że to wciąż tylko wizja, bez konkretów, lecz trener kadry kobiecej Niemiec Andreas Bauer wspomniał, że konkursy w dniach kwalifikacji mężczyzn – czemu nie.

W sprawach finansowych też nie jest łatwo. Turniej Czterech Skoczni to nie jest wyprawa po złote runo, tylko po figurkę pozłacanego orła, uścisk dłoni i kwotę 20 tys. franków szwajcarskich. Wręcza się ją wyłącznie zwycięzcy. Od paru lat nie ma auta dla mistrza. W sumie to raczej niewiele, zwłaszcza jeśli porównać z premiami np. w skandynawskim cyklu Raw Air (100 tys. euro w puli, 60 tys. dla najlepszego).

Johann Pichler, szef Turnieju Czterech Skoczni, mówi, że budżet imprezy wynosi ok. 6 mln euro i może obiecać wzrost dopiero za parę lat. Może będzie specjalna nagroda na 70-lecie turnieju plus bonus dla zdobywcy Wielkiego Szlema. Na 60-lecie ten bonus wynosił jednorazowo milion franków, nikt go nie zdobył.

Tego nie da się zapomnieć

W starych dekoracjach i ze starą nagrodą 68. Turniej Czterech Skoczni już niedługo postara się udowodnić, że wart jest podwyżki. Niemcy, mimo pozyskania trenera Stefana Horngachera, nie mają pewności, że niezapomniany sukces Hannawalda z 2002 roku wreszcie nie będzie ostatnim, bo Karl Geiger, choć mocny, ma silnych konkurentów.

Jest wśród nich Kamil Stoch, dwukrotny mistrz i jeden z trzech zdobywców Wielkiego Szlema, jest lider Pucharu Świata obrońca tytułu Japończyk Ryoyu Kobayashi, wyraźnie wzmocniony po udanych konkursach w Engelbergu, jest Austriak Stefan Kraft, także w formie ze zwycięskich lat (upadku w Engelbergu nie należy brać poważnie), jest grupa kilku młodych, którzy już widzą się na podium.

Nie będzie Norakiego Kasai, 47-letni skoczek z Japonii startował w TCS regularnie przez ostatnie ćwierć wieku, w latach 90. dwa razy był drugi, ale czas robi swoje. Turniej Czterech Skoczni lubimy także dlatego, że ma takie postacie i honorowe miejsce na nostalgię.

Dla nas ma ona twarz Adama Małysza, który w roku 2000 wyjechał na turniej jako znany sportowiec, a wrócił już w 2001 jako narodowy bohater i tak zostało na dziesięć lat. Tego nie da się zapomnieć, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że Kamil Stoch sportowo już przeskoczył mistrza.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA