fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

St. Louis Blues mistrzami NHL, czyli szalona karuzela

AFP
Jeszcze na początku stycznia byli jedną z dwóch najsłabszych drużyn w NHL. Teraz podnieśli w górę Puchar Stanleya.

W decydującym meczu w Bostonie mistrzowie pokonali na wyjeździe Boston Bruins 4:1. Sprawę mistrzostwa mogli rozstrzygnąć już wcześniej, ale szósty mecz (we własnej hali) przegrali aż 1:5. To pierwsze trofeum w historii klubu, który w finale grał już trzykrotnie, ale bardzo dawno temu, zaraz po dołączeniu do ligi NHL, pod koniec lat 60. Dwa razy przegrał decydujące batalie z Montreal Canadiens, a za trzecim razem 49 lat temu, uległ Bruins właśnie.

Ten sezon też nie zapowiadał się rewelacyjnie. Po porażce z New York Rangers 1:2 razem z Ottawa Senators byli na ostatnim miejscu w ligowej tabeli. Ale właśnie od tego momentu wszystko się odwróciło. Trzeba było koniecznie coś zmienić, więc w bramce stanął Jordan Binnington - wieczny rezerwowy, wybrany w 2011 roku, w trzecie rundzie draftu, dopiero z numerem 88. Binnington grał znakomicie, bronił 93 proc. strzałów rywali, wpuszczał jedynie 1,83 bramki na mecz. Z nim w składzie St. Louis Blues wygrali 24 mecze i awansowali do fazy play off.

Tam też nie mieli łatwo, bo aż 10 z 16 spotkań wygrali na lodowiskach rywali. Najpierw pokonali Winnipeg Jets, potem wyeliminowali Dallas Stars i San Jose Sharks. W finale okazali się lepsi od Bruins.

MVP fazy play-off został Ryan O'Reilly. 28-letni Kanadyjczyk zapisał na swoje konto 23 punkty w klasyfikacji kanadyjskiej (8 bramek i 15 asyst). To on strzelił pierwszego gola dla St. Louis w siódmym spotkaniu finału i tym samym wyrównał osiągnięcie Wayne'a Gretzky'ego z 1985 roku, który zdobywał bramki w czterech kolejnych meczach finałowych.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA